Fajnie, że KZ wprowadził nas w temat suportowania (kibicowanie mi zbrzydło, a na protegowanie jeszcze przyjdzie czas). Ciekawe to koleje losu z tym suportowaniem (single P!). Podzieliłbym wielbicieli wszelkich odmian sportowców na cztery grupy: sympatycy lokalni, sympatycy sentymentalni, sympatycy analitycy, sympatycy impulsowi. Pierwsza grupa, jasna sprawa, lokalni patrioci, synowie ojców, wspierający kluby i sportowców z własnego podwórka, żyjący wszystkim co dzieje się wokół sportu, zainteresowani wszelkimi newsami z backstaga, przynależność do społeczności danego klubu jest dla nich zrozumiała sama przez się. Gdy skupimy się na sportach drużynowych. gdzie zaangażowanie społeczności wokół klubu jest największe i emocje, łatwo zauważymy co kluby sportowe znaczą dla miasta i jego mieszkańców, ile dodają do jego tożsamości. Skąd już niedaleko do drugiej drogi prowadzącej do sportowej miłości, najlepsze wakacje, film, reportaż, marzenia i inne przesłanki skłaniające do polubienia drużyny z danego miasta. Pewnie spora grupa fanów Lakers z całego świata, kibicuje im, bo chciałoby mieszkać w LA. Mechanizm działa tu na tej samej zasadzie co w pierwszym wypadku, gdyż sportowe uwielbienie jest ściśle powiązane z miejscem. Zupełnie inaczej jest w pozostałych dwóch przypadkach. No, albo niezupełnie zupełnie. Analitycy w zasadzie rzadko są przywiązani do jednego klubu. Częściej ich sympatie podążają za konkretnym zawodnikiem lub trenerem, generalnie hołdują jakiemuś stylowi gry, argumentacją dla ich uwielbienia są walory sportowe, a nie geograficzne. No i ostatnia grupa, której przesłanką do polubienia drużyny nie jest ani sport, ani geografia, przynajmniej nie bezpośrednio. Zatrwożony czytelnik mógłby spytać: jak nie to, to co? Śpieszę z odpowiedzią. Wszystko inne. Często jest to okolica przypadku, akurat leciał taki mecz w telewizji, akurat oni przegrali finał, gdy ja zacząłem się interesować sportem, akurat oni wygrali finał, akurat w pracy wszyscy ich lubią, akurat oni byli najlepsi w fifie. Kolejna seria argumentów, już bardziej ugruntowanych przekracza wszelkie granice wyobraźni, od fajnych koszulek (w końcu trzeba w jakiś fancy kolor się ubrać na wieczór z Ligą Mistrzów), przez rozsądny zarząd (association, man), po medialny szum, pr itd (domena PRITD.pl jest jeszcze wolna, jak coś). Swoje skłonności suporterskie określiłbym na poziomie: lokalny - 15%, sentymentalny - 5%, analityczny - 35 %, impulsywny - 45%.
Koniec z teoriami, czas na historię. Zacznijmy od piłki nożnej. Były kiedyś takie czasy, gdy znałem skład Galatasaray i wiedziałem kto jest królem strzelców Serie A. Dziś nawet w Fife gram rzadko (nie baczac na to wspominam o niej średnio trzy razy na notkę). Zaczeło się dość sentymentalnie (te moje 5%), na mundialu w Francji kibicowałem Włochom, w związku ze wspomnieniami z wakacji rok wcześniej. Na tym turnieju postanowiłem wybrać sobie ulubionego gracza. Roberto Baggio, tu pokręcił nóżką, tu strzelił jakiemuś nieświadomemu istocie tej sytuacji Chilijczikowi w rękę, coś tam strzelił, nie zagłębiając się w szczegóły, padło na niego. Jak na złość nigdy nie znalazłem koszulki Baggio, która by mi odpowiadała, w cenie dopasowanej do wysokości mojego kieszonkowego, także na w-fie wcielałem się w lebiegę przebranego za Del Piero lub Vieriego. Co tu dużo mówić, kwestia nie jest zbyt przebojowa, nie zaznałem łaski futbolowych bogów. Koszykarscy bogowie w tym czasie nie mogli znaleźć wspólnego języka z dostawcami usług telewizyjnych w Polsce. Skrzętnie korzystałem z prób pewnej masońskiej stacji na aktywizowanie koszykarskich dusz. Pierwszym meczem NBA jaki obejrzałem na żywo były derby Florydy. Byłem za Magic, no bo Backstreet Boys i Disneyland, a nie jakieś tam South Beach. Moim bohaterem w tym meczu został Nick Anderson ze swoimi 30 punktami, trochę szkoda mi było, że nie dane mi było zobaczyć wtedy tego prawdziwego Hardaway'a, a nie tego mniejszego. Dziś zastanawiam się, jak to jest, że wtedy to The Bug był graczem formatu All-Star, a dziś połowa osób interesujących się koszem, które znam, z sentymentem wspomina swoje fascynacje stylem gry, jaki prezentował Penny. Smutne, że musieliśmy wybierać wtedy sobie idoli z tych 10 starterów, którzy dotarli do finałów. Od momentu odejścia Shaq'a do L.A. przez jakieś 6 lat Miami było zdecydowanie najlepszym zespołem na Florydzie, nawet gdy Chuck Daly wyciskał z Orlando wszystko, a Penny był relatywnie zdrowy w krótkim sezonie polockoutowym. Ale to Magic byli dwa razy w finale i oni utrzymywali przy sobie wiernych suporterów. Potem przyszedł Doc Rivers i zaczeła się przebudowa. Nie miałem okazji oglądać szczególnie tego zespołu, ale lubiłem go. Lubiłem zmagania młodzieży i poszukiwanie lidera do tego zespołu. Czy to był McGrady, czy Grant Hill, czy mentor w postaci Ewinga, czy po wyrzuceniu Doca, Steve Francis, nadal tak z założenia byłem za Orlando, chociaż nawet nie miałem pojęcia, jak wygląda to ich granie. W międzyczasie trochę odpuściłem sobie NBA, przez to, że było dla mnie kompletnie nienamacalne. Głównie dzięki internetowi i kilku znajomym, po kilku latach zwątpienia, NBA wróciło do moich łask. W tym momencie nie byłem za nikim, bardziej przeciwko. Nienawidziłem Orlando z Howardem, nienawidziłem Dwighta. Po pierwsze, gość kompletnie bez dystansu do siebie, z absurdalnie dziecięcym poczuciem humoru ma być gwiazdą mojej drużyny? Po drugie, on nie potrafi budować wokół siebie drużyny, mało tego, jest młody, nie musi być mentorem, ale on niszczy cały team building. Po trzecie, jeszcze wtedy to wyglądało tak, jakby nie potrafił panować nad swoim ciałem, jakby te wszystkie bloki i zbiórki były przez przypadek. Zupełnie inną postawę na boisku prezentował Kevin Garnett. Ok, dystans i poczucie humoru nie są może w jego wypadku fundamentem osobowości, ale przynajmniej nie robi z siebie płaczącego klowna. KG gra na mojej ulubionej pozycji, gra koszykówkę przemyślaną, nie przeginał nigdy z fajerwerkami, gra z pasją, jest bogiem obrony. Minnesote lubiłem, ale ominął mnie czas, kiedy była realnym zagrożeniem dla Lakers, także ciężko powiedzieć, że cała drużyna mi imponowała. Lubiłem Detroit, bo czułem wewnętrzną satysfakcje będąc za drużyną, która przez trzy kwarty gra spokojny, zdystansowany basket, by w czwartej kwarcie włączyć fizyczną i psychiczną demolkę przeciwników. Mieszane miałem odczucia w stosunku do Spurs, z jednej strony robili dobrą robotę, z drugiej strony te czarne stroje i jakieś głupie "u" i Teksas, nie,nie,nie. I tak dochodzimy do roku 2007. KG idzie do Bostonu. KG ma szanse na mistrzostwo. KG jest trenowany przez Doca. Doc to wspomnienia. KG to pure basketball. Powoli doszło do tego jak ten team bronił, jak wykorzystywał role players, jak dzielił sie piłką, Ray wychodził zza zasłon, jak Pierce zdobywał punkty za pomocą stepback, jaki pojedynek stworzyli w finale konferencji z Detroit. To stał się mój zespół. Zupełnie inaczej ogląda się mecze mając swojego faworyta, zupełnie inaczej, gdy grają Twoi gracze z fantasy, zupełnie inaczej, gdy chcesz podpatrzeć jakieś zagrania i ich kiedyś użyć.
Tak, w wielkim skrócie prowadziły mnie drogi i ścieżki do etapatu w moim życiu zwanego Celtics Supporter. Co roku słyszałem, że to ostatnia szansa Bostonu na mistrzostwo, co roku spokojnym głosem odpowiadałem: ok, zobaczymy. Gdzieś między legendą o tej piątce z pojedynku z Detroit, która nigdy nie przegrała serii play-offs, a regułą, że doświadczone teamy budzą sie w maju, było moje przekonanie, iż ze zdrowym Rondo i KG Celtics są w stanie dojść do finału i tam to już inna historia. Z tą myślą oglądałem ostatnie finały konferencji. Po game 5 buzowałem energią, po game 6 niewiele się zmieniło, bo wyczyn LeBrona był na tyle legendarny, że nie mógł się powtórzyć w game 7. Nie powtórzył się, ale gdy Garnett schodził bez słowa do szatni, jako przegrany, pierwszy raz poczułem, że to może być koniec.
Tamten Boston skończył się z odejściem Ray'a, tak patrząc logicznie. Była wielka trójka, nie ma wielkiej trójki. Z drugiej strony, trzon zespołu w postaci KG, Rondo i Pierca się nie zmienił, Doc pozostał, a zespół, jako taki, wzmocnił się w offseason. I tu zaczyna się mój problem (w końcu doszedłeś do meritum, brawo).
![]() |
Meritum |
Ludzie z dziwnym kształtem głowy nie potrafią zbytnio wzbudzić mojego zaufania, w dodatku gość po trafionej trójce udaje samolot, sprawia wrażenie opryszka pyszałka, swoje wizje tatuuje sobie na ciele, grał w Mavs, na których nie mogłem patrzeć (nie mam pojęcia dlaczego, po prostu oglądałem 15 minut meczy Dallas i zaczynał boleć mnie brzuch, true story), nie chciałbym z nim jechać na obóz harcerski i mam wrażenie, że jak się poci to pachnie gorzej ode mnie. Co na moim miejscu robią reprezentancji poszczególnych typów suportowania. Lokalni się cieszą, zespół się wzmocnił, w dodatku Dallas nie było jakimś rywalem Bostonu, więc wszystko cacy. Sentymentalni w przypadku Bostonu prawdopodobnie nie istnieją, ale jeśli juz to mają całą sytuacje w głębokim poważaniu. Analitycy prześcigają się w zaawansowanych statystykach porównujących Ray'a z Jetem. Impulsywni mają problem. Właśnie moja impulsywna część ma teraz zagwozdkę.
Okazuje się jednak, iż Jason Terry ma sztab dobrych doradców. Najpierw był tatuaż, który nie zrobił na mnie wrażenia. W międzyczasie doradcy dorzucili do pralni Jasona mocno farbujący zielony ręcznik, dorzucili Persil Green Power, a ubrania, które nie dały się w ten sposób przefarbować wyrzucili. Sam Terry dzień w dzień afiszuje się z swoja afirmacją do Bostonu, analizuje drzewa genealogiczne w poszukiwaniu babci w Irlandii, pije kilka herbat dziennie i inne podobne zabiegi. Robi też takie rzeczy:
Tak, dobrze zauważyliście, to jest cała seria. Jason Terry może stać się niedługo pełnoprawnym Bostończykiem. Po prostu będzie to tak długo mówił, aż wszyscy, nawet ja, w to uwierzymy. Mój lód powoli topnieje. To już jest inny Boston Celtics, ale może być równie ekscytujący. Raczej nie stanie się moim ulubionym graczem, ale jeśli pokaże swoja wartość na boisku, będę mógł śmiało powiedzieć: "To dobry chłopak"
bk
Ha, jeszcze wczoraj myślałem, że nawet gdyby Terry pomógł Bostonowi w 3 mistrzostwach z rzędu to dalej byś go nienawidził. Will Ferrell powinien nakręcić film z Willem Ferrelem i Jasonem Terrym o Tobie i Jasonie Terrym skazanym na wspólny weekend w Rzymie. A jednak. Wnioski są większe ode mnie.
OdpowiedzUsuń