Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chris paul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chris paul. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2013

Wróżka prawdę Ci powie

Czy ktoś się kiedyś zastanawiał jak zmiana klimatu wpływa na rozgrywki sportowe? Te wszystkie letnie przesilenia, golfsztromy i lodowce. Czy np. Kwame Brown jak Prąd Wiatrów Zachodnich wpływa na jego karierę? Może, gdyby był tego świadomy, przezwyciężyłby grawitację. Oczywiście wpływa to również na kibiców, jak to tak, ledwo śnieg stopniał, a tu już play-offy. Przyszło z zaskoczenie. Właściwie najważniejsze zagadki sezonu zasadniczego zostały rozwiązane. Wprawdzie Kobe trzyma nas w niepewności do końca, więc pozwólmy mu jeszcze pobawić się jego pięcioma minutami. Tymczasem czas przedstawić najciekawsze i te mniej ciekawe pary na pierwszą rundę play-off. 

źródło


Heat - Bucks

Zaczynamy od najnudniejszej serii. Jak ktoś tu zakłada 4-1 to jest optymistą. Choć jak to zwykle bywa pod znakiem zapytania jest zdrowie Wade'a, który przydałby się w destrukcji duetu Ellis - Jennings. Dla Larriego Sandersa to pierwsze poważne play-offy, a Luc Mbah a Moute ma po prostu za trudne nazwisko, więc nici z niespodzianki. Warto choć jeden mecz z tej serii zobaczyć, bo w Bucks wielu młodych, gniewnych może pokazać ułamek tego, czego możemy się po nich spodziewać za kilka lat, a Miami to Miami i warto zobaczyć z jakiego C zaczynają. Nie może obyć się bez typu.

4-0 dla Heat

Pacers - Bulls

O ile w przypadku poprzedniej serii nie ma zbytnich wątpliwości, że obie drużyny się spotkają, w tym wypadku różnie to może być. Indiana na trzecim miejscu powinna dojechać do mety. Pytani brzmi, kto dojedzie tam na miejscu szóstym. W tym momencie znajduje się tam Atlanta.Chicago znajduje się wyżej, tylko dlatego, że rozegrało mniej meczów. Chicago rozegra jeszcze 5 spotkań w zasadniczym. Dziś podejmuje Knicksów, jutro Raptorrs, potem Heat, Magic i Wizards. Bez Rose'a, Noah i Denga ogranie ekipy z NY wydaje się trudne, ale Knicksi wygrali 13 ostatnich spotkań, a jak każdy fanatyk statystyki wie, każda kolejna wygrana zwiększa prawdopodobieństwo przegranej. Nie wiadomo kto zagra jutro w Toronto, a zarówno z Magic, jak i Wizards, Bulls mieli ostatnimi czasy ciężko. Miami nawet jeśli odpuści mecz z Bykami to może go spokojnie wygrać. Atlanta gra z Bucks, Raptors i Knicks. Właściwie Knicks i Raptors rozdają w tym momencie karty na wschodzie. Nowy Jork powinnien dać odpocząć Melo i spółce w ostatnim meczu, ale co się stanie ciężko przewidzieć. Tak czy inaczej, łatwiej mi sobie wyobrazić, że Hawks wygrywają te trzy mecze, niż że Bulls wygrywa pięć. Co nie zmienia faktu, że Indiana poradzi sobie spokojnie  w pierwszej rundzie. Nie sądzę, by Rose bawił się w Brandona Roya i wracał na tą serię.

4-1 dla Pacers

Spurs - Warriors

Na zachodzie, jak to na zachodzie niewiadomych jest wiele. Przede wszystkim walka o pierwsze miejsce jest otwarta. Sęk w tym, że Oklahoma ma bardzo prosty terminarz (Warriors, Blazers, Kings, Bucks), Parker i Ginobili są kontuzjowani, a przy tie-breaku wygrywa Oklahoma. Popovich nie będzie ryzykował. Golden State w tym momencie jest na pozycji numer 6, ale ma przed sobą Oklahomę, której zależy, Lakers, którzy mają Kobiego, któremu zależy, Spurs, którym nie zależy i Blazers w nastroju wakacyjnym. Z jednym małym ale. Spurs w tym meczu decydują z kim grają, a mogą zechcieć grać z Golden State, bo nikt nie chce spotkać Jamesa Hardena w pierwszej rundzie (to na pewno ten argument). Na same play-offy Parker powinien być już zdrowy, co czyni tą serię dość przewidywalną.

4-1 dla Spurs

Nuggets - Rockets

Wspominałem coś o strachu przed Hardenem. Nie miałęm na myśli Nuggets. Denver są 4-0 przeciwko Houston w tym sezonie. Mają przewagę własnego parkietu, a przewaga parkietu w Denver znaczy dla przeciwników, mniej więcej tyle co dla hokeistów gra bez łyżew.Oczywiście broda Jamesa Hardena wygra jakiś mecz.

4-2 dla Nuggets

Knicks - Celtics

Z trudem dotrwaliśmy do momentu, gdzie seria zaczyna być ciekawa. Te drużyny spotykają się notorycznie w play-offach. Mają też jakąś tożsamościową cząstkę wspólną: obie są archetypem drużyny ze wschodu i są przesiąknięte latami 70-tymi. Jak bardzo nie próbuję sobie tego wyobrazić to bez Rondo ciężko wyobrazić sobie Celtics w drugiej rundzie. Ale jeżeli już sobie wyobrażać to tylko po serii z Knicks. Dużo zależy od tego jak zachowa się Jeff Green. O wkład KG i Pierca nie trzeba się martwić. Jason Terry powinien zrobić swoje (propsuję Jeta!), ale to właśnie Green pod nieobecność Rondo nadaje tej drużynie dynamiki. Defensywnie Celtics są w stanie zneutralizować Melo, pytanie brzmi: na ile kwart. Bardzo bym chciał, by było inaczej, ale ta seria idzie do NYC.

4-2 dla Knicks

Nets - Hawks


O konferencji wschodniej świadczy do dość dobrze fakt, że najciekawsza seria pierwszej rundy po tej stronie kontynentu to starcie drużyny, której doświadczenie na tym szczeblu rozgrywek można ambitnie ocenić na intermediate, z drużyną, którą ogląda się bardzo ciężko. Ciekawość tej serii nie wynika z gęstej atmosfery czy pokładanych nadzieji, lecz z braku bladego pojęcia co tam się wydarzy. Wynik wróżyłem z fusów.

4-2 dla Nets

Thunder - Lakers

Ok, Lakers mają trudniejszy terminarz niż Utah, ale mogą sprzyjać im różne okoliczności. Liga potrzebuje Lakersów w play-off. Oczywiście przydałaby się seria Lakers - Clippers, ale nie można mieć wszystkiego. Choć racjonalnych argumentów brakuje, Lakers będą w postseason. Tam już tak różowo nie będzie, ale Oklahoma, może złapać lekkiej zadyszki po ataku na pierwszą pozycję ( zdaję sobie sprawę, iż Russell Westbrook nie jest w stanie złapać zadyszki). Choć warto zwrócić uwagę, iż Thunder tracą najmniej punktów, gdy grają z dnia na dzień. Nie zdziwię się jak to będzie sweep, nie zdziwię się, gdy Oklahoma odpadnie. To będzie ciekawa porcja koszykówki i to może być moment, kiedy Lakers zaczną grać tak jak wszyscy od nich tego oczekują. Głównie dlatego, że już nikt niczego nie będzie od nich oczekiwał.

4-3 dla Thunder

Clippers - Grizzlies

Mniejsza o to, czyja będzie przewaga parkietu. Mniejsza o to, jak zmieniły się te drużyny w tym sezonie. Rok temu to była najlepsza seria pierwszej rundy, w tym roku będzie tak samo. W tym momencie, może nam się urodzić ciekawa rywalizacja. Fantastyczną historią jest dla mnie to jak w Memphis spisuje się Tayshaun Prince. Memphis jest potęgą pod koszem i Blake Griffin może kolejny razy wyjść z tej serii sromotnie poobijany. Chris Paul musi dodać wiatru w żagle swojej drużynie, bo bez tego ta seria może być ciekawie jednostronna. W tym roku dziejowa sprawiedliwość może wziąźć górę.

4-3 dla Grizzlies


bk


poniedziałek, 25 marca 2013

Czym jest Los Angeles Clippers

Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący wygrywać z każdym. Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący się odnaleźć w każdych okolicznościach. Chciałbym, żeby ten zespół łączył efektywność z efektownością. Los Angeles Clippers stoi przed ogromną szansą stania się czymkolwiek w tej lidze. Bardzo bym chciał, by czymkolwiek się stał. Szkoda, że w tym sezonie to niemożliwe.

Czasami subtelna jest różnica, pomiędzy znaczącym teamem, a blendem najlepszych zawodników. Przykład? Proszę bardzo. Utah Jazz z lat 90-tych i New Jersey Nets z początku millenium. Oba zdobyły dwa razy vice-mistrzostwo. Z jednej strony mamy Listonosza i Stockton'a, z drugiej Vince'a i Kidd'a. Jerry Sloan vs. Byron Scott. Widać subtelną różnicę? Nawet, gdyby pominać, iż Scott jest tylko bardzo dobrym trenerem, a Sloan wybitnym oraz to, że Vince Carter ma troszkę mniej charakteru od trójki pozostałych zawodników, to nadal występuje ten tajemniczy dysonans odbiorczy. Utah Jazz stworzyli historię tej ligi, Nets zdobyli tylko dwa vice-mistrzostwa (w tym okresie).

Historia w subiektywie


Oczywiście, Clippers nie są na poziomie Nets z 2002 roku. A mogliby już być. Zresztą Clippers mogliby być czymkolwiek innym niż pośmiewiskiem już sto lat temu, ale dopiero niedawno znudziła im się ta rola. W 2008 roku zobaczyłem w grze pierwszy raz Erica Gordona. "Kurcze, szkoda, że jest w LAC" pomyślałem i poszedłem spać, ale dla niego obejrzałem później kilka meczy Clippers. Po cichu liczyłem na jego rozwój. Sukcesywnie wybierałem go w draftach fantasy. Z tym rozwojem trochę się zawiodłem. Właściwie Gordon rozwinął się jedynie w kwestii ścinania do kosza. Bardziej wiązało się to z poczuciem pewności siebie niz z treningiem. Co gorsza, szybko obróciło się przeciw niemu. Dziś czuję się trochę jak Kevin Pritchard.

To co robił Blake Griffin z naszą wyobraźni w październiku 2009, można porównać jedynie do tego:

źródło
Gdy, Blake Griffin wrócił z czyśćca, gdzie musiał odpokutować za grzech pychy i szaleństwa, LAC mieli tzw. skład z iskrą. Griffin, Gordon, Baron Davis w dobrym humorze i nieokrzesany Eric Bledsoe kreowali basket pełen pozytywnej energii i zabawy. To była taka wersja Warriors lub Suns stworzona podemnie. Mieli problemy z defensywą, udany grudzień i styczeń oraz moje dobre słowo. Niestety, nie wystarczyło w zasadzie na nic. Do dziś nie bardzo rozumiem, po co komu Mo Williams, ale widocznie, członkowie tej organizacji stwierdzili, że jest niezbędny. Na szczęście, trochę wyższym priorytetem niezbędności obdarowany został Chris Paul.

Jak to działa?


Organizacja. O dziwo, wiele problemów z klubowych biur znajduje odzwierciedlenie na boisku (zaiste dziwne). Zobaczmy, jak wygląda LAC dziś, bez Erica Gordona, a z Chrisem Paulem i paroma innymi nabytkami. Zeszły sezon można zdecydowanie zaliczyć do udanych. Emocjonująca seria z Memphis i trochę mniej emocjonująca ze Spurs. Za bardzo nikt nie może mieć pretensji, że tą serię przegrali. To cudownie mieć tak nieciekawą historię - nikt od Ciebie nic nie wymaga. Obecny sezon ciężko podsumować. Zaczeli bardzo mocno. W grudniu byli niepokonani. Wszystko wyglądało cacy. Tylko, że to początek sezonu. 

Większość drużyn (ok, większość tych lepszych drużyn) wykorzystuje rozciągłość sezonu do nabierania tempa, poszerzania arsenału zagrywek, badania rywali. Te lepsze drużyny mogą sobie na to pozwolić, bo prawdziwa walka rozpocznie się w marcu i kwietniu. Oczywiście rozpędzanie się nie wszystkim wychodzi płynnie (Lakers), ropędzając się można stracić pół składu (Celtics), w rozpędzie można pójść kilka kroków powyżej normy (Heat), można mieć wszystkie stare prawdy w nosie (Spurs), albo po prostu można zrobić to podręcznikowo (Nuggets). Clippers jakby zapomniało zmienić mindset na faworytów konferencji. Oni od początku sezonu walczyli o play offy. Nie mówimy tu o Sacramento, gdzie najbardziej doświadczoną osobą jest sprzedawca hot-dogów z czwartego sektora, tylko o drużynie, w której na każdą pozycję można wstawić gościa z dwucyfrowym stażem i pokaźną listą osiągnięć (i tak stworzyłem heroiczną piątkę Billups, Crawford, Butler, Hill, Odom, która raczej nie zagra ze sobą razem już nigdy!). Dodatkowo gwiazdą tej drużyny jest CP3. A widzieliście kiedyś bardziej zrównoważoną i rozsądną gwiazdę NBA? (Cliff Paul jest gwiazdą innego formatu.) Wracamy, więc do organizacji. To organizacja jest niedojrzała. Tego nawet nie trzeba udowadniać.

Patrzę, jak Clippers często nie mają pomysłu na rozegrania piłki. Widzę, jak wszystko zależy od inwencji twórczej CP3. Wszystko w tym zespole oparte jest na indywidualnych umiejętnościach. Świetny przykład, w połowie marca do Staples Centre zawitały misiaki z Memphis. To jak wyglądała czwarta kwarta tego meczu, nie zostanie na pewno wizytówką przemiany LAC w kontendera. Billups próbujący samodzielnie utrzymać drużynę w meczu, Vinny Del Negro tajemniczo rotujący zawodnikami, co mogło być odczytane jako prymitywny substytut rozpisania dwóch zagrywek. Pomijam fakt, jak bardzo Memphis są w stanie ośmieszyć Clippers pod koszem (są w stanie to zrobić z większością drużyn w tej lidze). Tam absolutnie nie było walczącego zespołu. Zero woli walki. Zupełnie coś innego widziałem wczoraj, gdy z Memphis przegrał Boston. Walka do ostatnich sekund, zaangażowanie Rivers'a w deprymowanie przeciwników, zaangażowanie i poświecenie. Można oczywiście powiedzieć, że Doc miał łatwiej, bo nie miał kim rotować. Można też podsumować, to właśnie było coś czego brakuje Clippers do bycia czymś więcej w tej lidze. Póki co.

źródło

bk

poniedziałek, 29 października 2012

Perpetuum Mobile 2012


Michael Jordan vs. Utah Jazz, buzzer beater, grafika nieznanego autora


Niezależnie od tego czy przeżywamy NBA od roku czy od lat 30-u, wszyscy dobrze wspominamy lata '90 kiedy po boiskach biegali centrzy i więcej niż pięciu rzucających obrońców z Clyde'm the Glide'm na czele. O jedno trofeum zabijali się wtedy jednocześnie Jego Powietrzność, Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, David Robinson, Hakeem Olajuwon, Pat Ewing, Shaq, Pippen, Rodman, Hardawayowie, Dikembe, Payton, Kemp, wspomniany Drexler, Jason Kidd, Grant Hill (ej, jako drugoroczniak miał statystyki bliskie 20-10-7 z pozycji SF, ktoś pamięta?) czy Chris Webber (do lat '90 zaliczyłem najważniejszych zawodników dekady, którzy grali tam minimum 5 lat). Trzeba było być naprawdę dobrym, żeby wygrać w takich okolicznościach 6 pierścieni na 7 podejść i naprawdę wkurzającym, żeby zabrać nam 2 finały z Hakeemem na rzecz spraw jakkolwiek większych niż koszykówka... Nie zmienia to faktu, że był to z pewnością złoty wiek NBA, który miał już nigdy nie wrócić. Co znamienne te piękne czasy zakończone zostały charakterystyczną grubą kreską w postaci końca kariery MJ i początku lokautu. 



[*]



LeBron vs. Indiana Pacers fans, free throws, nba playoffs 2012

Teraz mamy rok 2012, początek drugiej dekady po złotym wieku Jordanowskim. Lokaut za nami, nowy sezon puka do drzwi, a w nim nowy król, który góruje niepodważalnie nad resztą książąt, hrabiów i margrabiów. W podobnym wieku do MJ'a na tym etapie kariery, po latach mozolnych trudów i kolejnych nauk na drodze do mistrzostwa (ekchem, Dallas AD 2011 vs. Detroit 1990?) pojął już podobno ciężar pierścienia i jest gotów zdominować całą dekadę, bez żadnych przerw na baseball (aczkolwiek z być może większym indywidualnym zagrożeniem w postaci Kevina Duranta). Okoliczności do pisania swojej legendy ma wcale nie mniej sprzyjające niż jego poprzednik. Nie ma już praktycznie centrów, rzucających obrońców jest właściwie jeszcze mniej, ale nowy płynny podział na combo-guardów i różnego rozmiaru skrzydłowych nie wydaje się być uboższy. 

młody Blake Griffin i przyjaciółkiNa parkietach NBA z LBJem biegają dziś jednocześnie Chris Paul, Kobe Bryant, Kevin Durant, Kevin Love, Dwight Howard, Derrick Rose, Dwyane Wade, Carmelo, Ginobili, Rondo, Westbrook, Deron Williams, Dirk Nowitzki, 'Drew Bynum i Blake Griffin (14. miejsce w rankingu top500 ESPN, jak to napisał Noam Schiller, jedyny z top20 koszykarzy NBA który ma szanse być dwa razy lepszy niż jest teraz). Zanim zostanę deską zabity za te niegodne porównania, przypominam, że porównujemy całą dekadę '90 z reprezentacją zaledwie jednego roku dekady '10. Nie wygląda to chyba tak najgorzej, nie? W kwestii wysokich faktycznie prezentuje się to raczej zatrważająco, ale na pozostałych pozycjach młodzi nie mają się czego wstydzić.


Przyjrzyjmy się najbardziej rzetelnemu rankingowi zawodników w sieci. Top100 NBA 2012 w wykonaniu połowy Nawet Nawet, z którą w zasadzie od pierwszych sekund nie zgadza się całe Nawet Nawet, ale tak to już z rankingami bywa.

Top 100 NBA 2012 posortowani według pozycji, Chris Paul, Kobe Bryant, LeBron James, Kevin Love, Dwight Howard

Trzy gwiazdki oznazają bardzo dobrych zawodników z potencjałem na udział w przyszłości w meczu gwiazd, pięć gwiazdek oznacza możliwości na poziomie elity historii NBA. Wyróżnionych zawodników jest łącznie 56 co daje blisko dwóch potential all-stars na drużynę. Szukając niżej, nie mogłem się nadziwić ilu świetnych koszykarzy musi grać w lidze 10-e skrzypce i czekać na swoje 5 minut, oglądając codziennie 10 reklam z MJ-em. Talentu starczy dla wszystkich, moim skromnym zdaniem w tym wieku więcej w jednym miejscu go nie widzieliśmy. Nie wiem ilu potencjalnych MVP Euroligi mamy w tym roku w NBA, ale przeglądając składy skazanych na pożarcie Bobcats, Kings, Pistons i Wizards, nie macie wrażenia, że oni mają po prostu bardzo dużo dobrych gości? Dawno już nie było tak mało słabych drużyn w lidze. Ponadto drużyna złożona z Paula, Bryanta, Jamesa, Love'a i Howarda mogłaby przegrać kwartę w Rucker Parku z drużyną złożoną z Millera, Allena, Mariona, Ilyasovy i DeAndre Jordana, co świadczy o wyrównanym poziomie ligi, hoho.

Konferencja prasowa Memphis Grizzlies, smutni zawodnicy czekają na jakiekolwiek zainteresowanie mediów

Po sporządzeniu rankingu moją uwagę przykuły jeszcze dwie rzeczy.

KrangPo pierwsze, mocno zarysowane dążenie do równowagi po odejściu (nie oszukujmy się więcej) Barona Davisa. Najsilniej obsadzoną pozycją w lidze jest pozycja rozgrywającego. Jest pewnie wiele składników takiego stanu rzeczy, zastanawiam się jednak, czysto magicznie i absurdalnie, jaki udział (choćby najmniejszy, maciupeńki) bierze w tym wszystkim wieloletnie drążenie skały czarnej kultury w postaci powtarzanego przez amerykańskich trenerów jak mantra etosu sportowca, odpowiedzialności, rozwoju, kultury, edukacji i awansu społecznego, nomen omen kierowania swoim życiem. Kiedy patrzę jak Chris Paul czy Rajon Rondo kontrolują wydarzenia boiskowe, dowodzą drużyną, zastanawiam się nad tym jak bardzo poczynania ich i idących w ich ślady młodych adeptów koszykówki nie wpisują się w szkołę bycia generałem w swoim życiu jaką dostają dziś w pamiątce po poprzednich 100 latach historii USA. Może chęć realizacji tych idei w swoim życiu przekłada się w jakiś minimalny sposób na kilka punktów procentowych więcej młodych, którzy marzą o byciu rozgrywającym a nie rzucającym, co ostatecznie przekłada się na nadmiar bogactwa na jednej pozycji? Może właśnie działalność Isiah'a Thomasa w Chicago? A może po prostu Earvin 'Magic' Johnson i Anfernee 'Penny' Hardaway?

A może po prostu specjalizacja jest zawsze dobra do momentu w którym potencjał rywali jest zbyt duży na samą specjalizację i mamy dziś erę combo-guardów? Raczej na pewno kilku dzisiejszych PG byłoby SG w poprzednich systemach (choćby Russel Westbrook, który stanowi, w swoim stylu z resztą, jakiś horrendalny, przejaskrawiony przykład tego stanu rzeczy). 

Russell Westbrook konferencja prasowa NBA

Tutaj nasuwa się drugi wniosek. Dawny podział na 5 pozycji na boisku jest już przestarzały. Rozgrywający rzucają, rzucający rozgrywają, dwóch rozgrywających gra obok siebie, niscy skrzydłowi wykorzystują przewagę szybkości pozycję wyżej, centrzy rozciągają grę i rzucają trójki, a większość z nich to właściwie i tak silni skrzydłowi. Koniec końców zostają nam combo-guardzi i silni skrzydłowi. Atletyzm się szerzy. I to + LeBron James = teorie o small ball. Warto w tym roku się bliżej temu przyjrzeć. Faktycznie, granice między pozycjami się zacierają, jednak jak na razie zbyt wiele przykładów przeczy taktyce small ball jako skutecznej. Po pierwsze, zbyt często mylona jest ona z teorią, którą ja nazywam LeBron James. Najważniejszym argumentem w teorii small ball jest rezurekcja drogi po mistrzostwo Miami Heat po przesunięciu LBJ'a na pozycję silnego skrzydłowego, gdzie grał najefektywniej. 

really stupid joke, LeBron James, Rudy Gay

Czy nie jest jednak tak, że ideą trenera Spoelstry było po prostu wystawienie najsilniejszej piątki na parkiet, bez skazywania się na dzielnego, walecznego w obronie, ale fatalnego w ataku Joela Anthony'ego czy jego jeszcze gorszych zmienników na pozycji centra? Czy nie jest tak, że mówimy tutaj o wybryku natury, który jest najlepszym zawodnikiem na świecie i niekoniecznie najrzetelniejszym obiektem badań nad skutecznością small ball? Podobnie rzecz się ma z Durantem i Anthony'm w Knicks. Właściwie całe rozumowanie za small ball bardzo mnie przekonuje i nie poddawałbym go w wątpliwość, gdyby nie 2 bardzo dobre kontrargumenty w postaci fenomenalnych wyników +/- Utah Jazz z końca sezonu 11/12 z Paulem Millsapem jako niskim skrzydłowym i Derrickiem Favorsem i Alem Jeffersonem jako podkoszowymi, a także tym jak sprawdzał się small ball dream teamu 2012 na olimpiadzie w Londynie. W reprezentacji znalazło się 1,5 centra w postaci Tysona Chandlera i Kevina Love'a. Ani jeden ani drugi nie byli w pierwszej piątce czy nawet pierwszej siódemce najlepszych zawodników reprezentacji, jednak wyniki +/- USA z jednym albo drugim w składzie były o niebo lepsze niż wyniki magicznych piątek z Paulem, Bryantem, Durantem i Jamesem, ale bez klasycznego centra na parkiecie.

Tak czy siak (a jak) przed nami jeden z najlepszych sezonów w historii NBA, który powinien na dobre rozpocząć drugą złotą erę w dziejach organizacji. Wystarczy porównać fatalny lokaut 1999 z poprzednim i spojrzeć na 31. (zasłużone) miejsce gracza pokroju Josha Smitha w rankingu ESPN, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Jeśli to nie wystarczy, warto spojrzeć na najlepsze drafty w historii. Draft 1984 - Olajuwon, Jordan, Barkley, Stockton - napisał historię lat '90, draft 1996 - Iverson, Allen, Bryant, Nash - był niezły, draft 2003 - James, Wade, Anthony, Bosh, Szewczyk - pisze historię na naszych oczach, draft 2012 - Davis, Kidd-Gillchrist, Beal, Robinson, Lillard? - jest prawdopodobnie najgłębszym z wszystkich dotychczasowych i może niekoniecznie da nam czwórkę zawodników pokroju tych z 1984 roku, ale raczej na pewno przyniesie nam najwięcej all-starów z wszystkich pozostałych. Myślę, że w większości poprzednich draftów Jared Sullinger (20 pick w 2012), Perry Jones (27.) i Draymond Green (35) wybierani byliby bliżej miejsc 5-15. Tylko czekać na kolejnych chętnych do mistrzostwa. 

maskotka Phoenix Suns skacze w przerwie meczu przez płomienny okrąg i pakuje piłkę do kosza. NBA

Liga jest przygotowana na koniec świata znakomicie, przedwieczni będą zadowoleni panie Stern. W lokautowym sezonie 11/12 finały NBA transmitowane były do 215 krajów, a średnia wartość jednego klubu wynosiła około 400 mln $. Kiedy Stern przychodził do ligi 30 lat temu, finały (z udziałem Magica Johnsona, Kareema Abdula-Jabbara, Larry'ego Birda, Juliusa Ervinga, czy Mosesa Malone'a) nagrywane były na kasetę i odtwarzane następnego dnia, a wartość wszystkich 23 klubów wynosiła około 400 mln $. Teraz NBA jest małą marketingową utopią, świetnie opakowaną maszynką, perpetuum mobile do tworzenia historii, za które każdy chętnie płaci, bo wie że warto. I zawsze będzie. 


kz