Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ranking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ranking. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2013

5 reżyserów, których kocha Twoja sąsiadka, a ja nie

Jak już w fazie dojrzewania osiągniemy etap, w którym zdamy sobie sprawę, iż wszelkie rankingi są z palca wyssane. Gdy pogodzimy się, z tym, że nie wyjdzie nigdy na jaw, czy to Beyonce czy Belen Rodriguez ma lepszy tyłek. Jeżeli zaakceptujemy, że top ten to rodzaj rozrywki, a nie wskaźnik demograficzny, poczujemy się lepiej. Co najważniejsze, zaczniemy etap w życiu, który się zwie - notoryczne igraszki z top listami. Jaki piękny jest świat, gdy go posegregujemy. Jak to cudownie mieć moc stwórczą i LeBron'a umieścić wyżej niż Chrisa Mullina, a potem wymyślić kategorię, w której najciekawiej by to wyglądało. Jak to filuternie wygląda, gdy w jednym szeregu ustawimy Kate Upton, Bolesława Leśmiana i Carla Junga. Pięknie jest porównywać i ustawiać, gdy przekroczymy pewne granice dystansu. Ok, ten akapit był tylko po to, żeby móc w tagach wpisać Bolesława Leśmiana.

Nie wiem, na jakiej zasadzie wybieracie sobie repertuar filmowy. Zakładam, że można polegać na samych referencjach i przy zdywersyfikowanym koszyku znajomych, można poznać szerokie spektrum dobrego kina. Można też śledzić aktora, aktorkę, reżysera, scenarzystę, operatora, kaskadera, dźwiękowca lub innego specjalistę od rekwizytów. Można lecieć oscarowo albo po prostu kinowo. Bardziej w tym momencie interesuje mnie element kontestowania propozycji. Ja przyznam nieśmiało, rzadko miewam chwile, gdy oglądam wszystko jak leci. #prawdziwe wyznanie. Negowanie propozycji jest tematem bardzo ciekawym i niezbadanym. Jak się chwilę zastanowić, dużo częściej badamy co ludzie wybierają niż co odrzucają. Po pierwsze, bo łatwiej to zbadać, po drugie ma to większe przełożenie na zyski. Najlepsze, w tym wszystkim, że wszystkie niewybrane pozycje wrzucamy do jednego worka. A to przecież motywy są prawdziwą pożywką dla takich behawioralnych freakardów jak ja.

Moją ulubioną formą negacji filmu na wstępie jest gatunek. Problem, w tym, że temat jest dość obolały i zmniejsza mojego kinematograficznego swaga. "Nigdy nie widziałeś, to co możesz wiedzieć", "Nie masz porównania", "Nie rozumiesz kontekstu" i inne wymysły. Dlatego pomijając schemat, w którym omijam wszystkie filmy z Tomem Cruisem, przedstawię 5 reżyserów, których pokochacie, ale beze mnie. I tak pewnie, w końcu obejrzę wszystkie ich filmy, ale dzięki swojemu negatywnemu podejściu nie polubię ich. W moich psychologicznych testach, w tym momencie, open-mindness przyjmuje wartości ujemne, a neurotyzm staje się moim znakiem rozpoznawczym. Wszystko po to, by zdobyć materiał badawczy do notki o inteligentny ludziach, którzy są głupi, którą próbuje stworzyć od szmatu czasu.

źródło

Clint Eastwood

Pan Clint to gość z silnym charakterem. W każdej życiowej sytuacji potrafi pokazać, jak winno się czynić. Absolutnie nie można robić czy działać, czy nawet uczynić, należy czynić. Clint nigdy nie rozpoczyna maila od "Witam", co najwyżej intryguje odbiorcę tajemniczym "Witaj". Kręgosłup moralny i ten taki z kości to w wydaniu eastwoodowkim pojęcia tożsame. Ludzie dzielą się na dobrych i złych, a poznać ich można po sposobie artykulacji. Oczywiście nie można wierzyć nowinkom, a już na pewno filmem nie można manipulować. W ogóle manipulacja jest zła, wiec jak radio źle Ci stroi to nie manipuluj gałką tylko je kopnij z buta. Będzie słuszniej. Jakby tu opisać mój stosunek do tego starszego jegomościa... Gdy mowa o dramacie sportowym to wolę "Kapitana Jastrzębia" od "Za wszelką cenę".


źródło

Judd Apatow

Pierwszy człowiek z brodą w zestawieniu. Człowiek, który w życiu postawił na humor. Człowiek, na którego filmach znudziły mi się amerykańskie komedie. Apatow to gość, co śmiechu się nie boi, więc śmiać może się ze wszystkiego. Głównie lubi śmiać się z obyczajów. I właściwe śmieszne w tym momencie jest to, że mamy się z tego śmiać. To tak jak, iść na horror i przestraszyć się, że będzie o ożywających plackach ziemniaczanych. Czyli jest moment, w którym dowiadujemy się, że będziemy się śmiać z takiego konwenansu, zanim żart się rozkręci zaczyna się motyw obyczajowy, gdzieś przez moment myślimy, że to dramat. Potem jest ślisko, gładko, pulchnie, słodko, błogo i na koniec ciasno. Get fit with it. Najgorsze, że Judd Apatow w mojej świadomości jest ojcem chrzestnym Seth'a Rogena o Steve'a Carella. Najgorzej.

źródło

Ridley Scott

Ridley Scott robi dobre filmy. Andrzej Wajda też robi dobre filmy. Lazio Rzym to dobra drużyna. Scott Brooks to dobry trener. Meg Ryan jest ładna. Ta dam! Mamy "Milczenie owiec", potem mamy "Hannibala". Ta dam. To smutne jak ten film pokazuje słabości Ridleya Scotta. Oczywiście, miewa on lepsze momenty, ale widać tu pewne cechy reżysera. Cechy, które ciężko ujednolicić do wszystkich filmów, bo co jak co, lecz trzeba mu przyznać, iż dorobek ma różnorodny. Pewnie, dodajmy, że Giancarlo Gianni swoją aktorską brawurą nie dodał "Hanibalowi" uroku. Scott ma zazwyczaj do dyspozycji kupę kasy i kupę talentu aktorskiego, a wychodzą mu cacka, które powinny kosztować mniej. Wychodzą mu filmy, na których nie wiem co mam robić. Trochę, dla mnie, postać Scotta jest uosobieniem płytkości amerykańskiego kina. Taki miałki polot.

źródło

Darren Aronofsky

Oj Darren, co ja z Tobą mam. Lubię Twoje "Pi". Nie trawie "Requiem..." i "Zapaśnika". Trochę przypominasz mi Clinta. Jesteś świeższy i momentami bardziej intrygujący, ale smędzisz niesłychanie. I ten Twój naturalizm. Wyluzuj. Nie połączysz filmu kasowego z psychologicznym. Bo to filmy dla innych osób. Jesteś niewolnikiem swoich ambicji. Jesteś przewidywalny. Krztusisz się światem, który rysujesz. Nie zatrudniaj agencji PAP do pisania dialogów. Pokombinuj z ciekawszymi postaciami. Słyszałeś o Brzechwie? Możliwe, że jesteście soulmate'ami.

źródło

Peter Jackson

Zupełnie nie chodzi o gatunek. Nie bądźmy złośliwi. Ale tam ciągle, po ekranie ganiają jakieś elfy i trolle. Ok, chodzi o gatunek. Mój problem z fantastyką jest prosty. Odrealnienie świata, w których usytuowana jest akcja winien mieć jakiś sens. Pokazanie ludzkiej natury w zmienionych warunkach, w abstrakcyjnej, nienaturalnej przestrzeni daje wiele możliwości fabule, intrydze moralnej, budowaniu bohaterów. Może nie jest sensu stricte czynnik stanowiący, ale byłoby miło. W zamian mamy piękny wizerunek świata, perfekcję odtworzenia wizji autora książki i baśniową historyjkę. Kino jest za stare by bawić się wyłącznie ruchomymi obrazkami. Ma to swoje walory, pewnie. Fajnie, że takie wizje światów powstają i są ekranizowane. Problem w tym, że mówimy o twórczości uznanej za klasykę kina.

środa, 24 kwietnia 2013

40 ton. Runda 1


Dla tych, którzy nie mieli przyjemności przeczytać wstępu do tej serii, teraz to absolutny mus: tutaj sobie przeczytaj. Oczywiście, można było to zrobić z własnej woli i nie było by teraz aktów despotyzmu.






Salad Story


Zaczynamy od ostatniego miejsca w poprzedniej rundzie. Tutaj sprawy wyglądają bardzo nieciekawie pod względem estetycznym. Wprawdzie na stronie coś się zmienia i wygląda mniej odrażająco niż wcześniej, to konkurencja jest daleko z przodu. W sumie, gdyby zmienić to hipnotyzujące tło, strona byłaby przejrzysta. Gdy wklikamy się w dział Filozofia (nie ma cytatów z Seneki) dostrzeżemy elementy story-tellingu. Jedna kwestia jest niezaprzeczalna, pozycja Salad Story dziś wynika z roli pioniera w branży jakiś czas temu. Gdyby ta firma wchodziła na rynek dziś, nie miałaby szans się przebić tu, gdzie jest. Bardzo dobrze, że wykorzystują to w swojej historii, trochę mniej w smak mi ton tej opowiastki ("nigdy", "nikt, "nigdy", "nigdy"). Tak czy inaczej, trzeba trochę podnieść w przekazie z tej nieszczęsnej "jedynki". Szkoda, że przekazu nie widać w socjalu, nie widać też tam tłoku, co jest dość skuteczną strategią antykryzysową (archetypem takiej postawy jest Nawet Nawet).

Jest tu pewien problem z wnętrzami, bo nigdy nie byłem, w takim lokalu, w którym mógłbym to ocenić (tylko Warszawka się takich dorobiła), więc ocena jest wypośrodkowana. 4, a nie 5, bo konsekwentny brak własnych przestrzeni jest minusem do wnętrza.

Sieć zdecydowanie odgrywa się w kategoriach menu i smak. Mamy zróżnicowanie, mamy dość jasny schemat, mamy motyw przewodni, nie zauważyłem tylko z jaką częstotliwością zmieniają się promocje.


id- 3

smak- 5

menu- 7

przekaz- 2

social- 3

wnętrza- 4



North Fish


North Fish ma kilka tożsamościowych problemów. Widzieliście kiedyś Nordsee? No właśnie.

Sieć istnieje ponad 10 lat, jednak to w ostatnim roku zauważyć można było, po pierwsze dynamiczny rozwój, po drugie poprawę efektywności oferty. Pojawiło się Tanie Branie (element niezbędny w każdym fast foodzie), Snax czy okresy promocyjne. Rozwinęli temat kanapek i tortilli. Ano właśnie. Niestety, warto tam szamać "dania główne", z małymi rzeczami jest spora loteria. Kilka razy zdarzyło mi się dostać suchą, starą tortillę lub nie grzeszące smakiem paluszki z dorsza.

Możliwe, że problem z North Fishem wynika z podświadomego porównywania z Nordsee, gdzie jest o niebo lepiej. Niestety, ktoś usilnie próbował nam wmówić, że będzie tak samo.


id- 2

smak- 3

menu- 5

przekaz- 3

social- 2

wnętrza- 4


Green Way


Weź tu oceń sieć, gdzie jeden lokal to cudo dla zmysłów, a drugi 7 grzechów głównych. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że pokazuje, jak bardzo to co się dzieje dookoła wpływa na moje odczucia smakowe. Wersja nr 2: jak bardzo to co się dzieje dookoła, wpływa na osobę przyrządzającą jedzenie.

Green Way ma ta przewagę na resztą stawki, że jest wegetariański. Nie, żeby brak mięsa mnie rajcował. Jednak, gdy otwieramy szufladę z napisem Wegetarianizm mamy Green Way, a potem długo, długo nic. Drugą arcyważną kwestią jest rozwój. Historia sieci dzieli się na dwa rozdziały: Green Way i Green Way Food for Life. Ten drugi rozdział to odrobienie zadania domowego. Nie wiem z czego wynika, pozostawianie starych lokali w obskurnej wersji. Można podejrzewać, iż to kwestia nieprzemyślanych umów franczyzowych, ale nie będę się zagłębiał w biznesowe zgadywanki. Właściciel marki musi się liczyć z tym, iż jego produkt jest postrzegany całościowo. W starej wersji GW jest bardzo nieprzyjemnym miejscem. Możliwe, że można tam dobrze zjeść. Niestety ja trafiłem na pozycje z menu, które mnie odrzuciły. W GWFFL nie wszystko trafia wprost w moje kubki smakowe, ale jest ciekawe i intrygujące. Menu jest dość zróżnicowane (nie ma szału z wyborem, ale jest w sam raz) i zbudowane w przemyślany sposób (polecam Kofty Indyjskie). Największą różnicę robią oczywiście wnętrza, ale zakładam, że mogą być punkty starego GW, które dają radę estetycznie. Za wnętrza daję 5, bo nowym bym dał 9, a starym 2.

Niestety w socialu GW pozostał przy starych zasadach gry.

id- 4

smak- 5

menu- 6

przekaz- 6

social- 2

wnętrza- 5



KFC



No to wkraczamy do ligi gigantów. Na pierwszy ogień - królestwo kurczaka (jakoś mi się skojarzyło z Królestwem Kalendarza). Równości dla wszystkich się raczej nigdy nie doczekamy, więc takich weteranów oddziaływania na naszą świadomość traktuję odrobinę inaczej niż polskie marki. W końcu, wiadomo, zagranica.

W czołówce widać ostatnio jednolity trend dążący do minimalizmu i odejściu od "rozpraszaczy". W KFC przejawia się to połączeniem prostych kolorów z drewnem. Eksponowanie wizerunku kanapek na drewnie (całkiem schludne sampelki deseczek) ma ten skromny minus, że jedzenie zlewa się z tłem. Nie jest to jakaś piekąca oczy sprawa, ale trochę walorów się w ten sposób traci. KFC ma zdecydowanie najbardziej kreatywny team projektujący nowe kanapki. Nie zdążyłem spróbować nowych longerów, a tu nowe twistery (które były po longerach) już nie są nowe. Wymagają ode mnie częstszych wizyt widocznie. A co jak mi by zasmakował taki Longer Marco czy tam Polo? Stety czy niestety, kanapki jak szybko się w KFC pojawiają, tak szybko znikają.

Moim oczom ukazała się nowa nowość (w tym przypadku pleonazm wskazany) - Rocker. Krótko mówiąc: Rocker rocks! Serio. W żadnym stopniu nie jest to powielanie Longera w innym kształcie (o tym potem). Możliwe, że w ramach wprowadzania nowości kierowane do tej kanapki są wyjątkowo świeże kawałki kurczaka. Nie ważne jakim sposobem, jest soczysty i wyrazisty. Wśród specjalistów pojawiły się jednak głosy, iż nie do końca oczekiwania związane z nazwą spełniają się po skosztowaniu kanapki. Nazwa jest rzeczywiście dość kontrowersyjna (nie wspominam nawet o tym jak może być odebrana w Szczecinie). Ostrego gitarowego grania tu nie ma, bardziej melodyjna ballada. Także jeśli Twoim ulubionym trash-metalowym kawałkiem jest Nothing Else Matters, śmiało możesz pozostać przy nazwie proponowanej przez KFC. Pozostałym proponuję coś z kręgu: Bora Bora Smooth Chill-Outer, Bosa Nover lub Soft Trip Hoper. Dla dodania kolorytu historii Rockera wiąże się z nim pewna pułapka. Pułapka nazywa się Double Rocker. Znamy to z innych sieci lub kanapek. Mamy wersje podstawową i podwójną, proste. Jedząc podwójne mięso, z założenia powinny spotkać mnie dwie korzyści. Powinienem być dobrze zorganizowanym grubaskiem, bo zjedzenie jednej kanapki zajmie mi mniej czasu niż dwóch. Powinienem też być oszczędnym grubaskiem, bo więcej znaczy mniej (nie dostaję dwóch bułek czy podwójnych warzyw). Dodatkowo powinienem być ufajdanym grubaskiem, bo sos mi się wyleje albo będę faflunił z pełną buzią, bo się zapcham. Zgadnijcie, która opcja w KFC nie ma miejsca. Tak, opcja numer 2.

Dla przykładu wejdźmy do Mcdonald'sa i KFC. W Mc mamy Cheeseburgera i Mcdouble'a, na podobnych zasadach. Tam jest inne mięso i trochę mniej warzyw, ale ogólnie też jest tańszy. Teraz uwaga, trochę matematyki.

Cheeseburger - 3,5
McDouble -5
Mały do Dużego - 70%

Rocker - 4
Double Rocker - 7.90
Mały do Dużego - 50,6%

Polityka cenowa KFC jest dla mnie sporą zagadką. Podobnie w przypadku B-Smartów, które tanieją i drożeją w ujemnej korelacji do cen bezołowiowej 98. W okresie, gdy marka wprowadzała B-Smarty i idee So Good była zdecydowanie liderem wizerunkowym rynku. W tym momencie z miesiąca na miesiąc traci grunt pod nogami.

id- 7

smak- 7

menu- 4

przekaz- 6

social- 2

wnętrza- 5



Burger King



A'propos cen, Burger King jest w tym dobry. Może KFC powinno się troche podszkolić u młodszego brata. Upraszczanie cen, system 5-10 (gdzie jest 15?), 3 poziomy cenowe kanapek, wszystko gra. Oferta standardowa BK jest najbardziej rozbudowana z całej stawki. Problem tkwi ostatnio z ofertą promocyjną, która absolutnie nie przyciąga uwagi. Strefa Świeżych Smaków? Serio? Mój nos mówi coś innego.

To był i jest mój główny zarzut do BK - zapach. Z jednej strony widzę gdzieś spójność między tymi płomieniami, rusztem i zapachem z kuchni Z drugiej strony to nad tym zapachem bym popracował. Może nie od razu, żeby zatrudniać pana Grenouille'a, ale cokolwiek w tym temacie.

Jeśli chodzi o KFC i BK w socialu, to patrząc na profile na fb, każdy nowy post to temat na osobną notkę. Ja wiem, że materiał jest trudny i target uciążliwy, ale żeby mieć większe trudności z interpunkcją niż ja? Na fan page Burger Kinga moim najciekawszym spostrzeżeniem jest włączenie opcji odpowiedzi na komentarze i nie używanie Normalnie, pod każdą wypowiedzią fana jest opcja odpowiedź, ale administratorzy trzymają się old schoolowej @ (tzn. wygląda to jakby część administratorów robiła to staroszkolnie, a część po nowemu). Co prawda, ilość hejtu zmniejszyła się w ostatnim miesiącu (solidniejsze czystki?), więc mniej jest też wątpliwych interwencji.

id- 6

smak- 7

menu- 6

przekaz- 5

social- 2

wnętrza- 5



McDonald's



Zacznę od konkretu. Kajzerka. Do końca nie wiem jak to ocenić. Wiem, że przyciągnie to wiele osób do śniadań, jest to lepsze rozwiązanie niż bułeczki z dwóch spodów, jest to odpowiedź na oczekiwania klientów (tak wiem, że do Mcdonald's przychodzą goście, a nie klienci i w ogóle to sprzedawane są burgery lub sandwiche, a nie kanapki, na szczęście ja piszę o tym co jadłem, a nie co sprzedawał sprzedawca [kim jest sprzedawca z jego perspektywy{jak kiedyś ktoś mnie będzie szukał to zaginąłem w nawiasach}?], jadłem kanapki, a obok mnie siedzieli jacyś klienci). Wiem też, że czuję się nieswojo myśląc Mak i kajzerka, coś tu do siebie nie pasuję. Moje samopoczucie chyba jednak ma małą siłę rażenia. Tak, jak nie przemawiało do mnie nigdy jabłko z Maka, tak nie będzie przemawiała Kajzerka, choć chętniej jej spróbuję.

Wspominałem o odchodzeniu od "rozpraszaczy"? McDonald's koherentnie wyczyścił swój profil, jest tam grzeczniej. Wypowiedzi pod komentarzami są utrzymane w grzecznym i pozbawionym negatywnych emocji tonie. Opcja odpowiedzi jest wyłączona, więc dylemat z BK nie istnieje. Sam content na kolana nie powala, ale ujednolicenie layoutu poszczególnych dań wyszło na plus (jakby to miało ze sobą jakiś związek, czasem budowa zdania mnie przezwycięża).

Bardzo po cichu Mak wprowadził nową kanapkę: Chikkera. Początkowo w zestawie 2forU, teraz można sobie samego zjeść. Chikker jest odrobinę podtuningowanym Longerem, co powoli staje się irytujące. Wspomnę tylko, że kanapka sama w sobie nieszczególna i powrócę do własnej irytacji. No naprawdę... Dwie największe sieci w Polsce powoli zaczyją nam oferować to samo. Ja wiem, że zwolennicy zdrowego jedzenia od dawna mówią, że to wszystko ten sam szajs. Od jutra nikt nie będzie rozróżniał jedzenia z dwóch sieci. 2 for U, toritille, boxy, kurczaki itd. Trzeba przyznać, że częściej McDonald's jest elementem reaktywnym (tym złym). Jedyne co im wyszło lepiej niż KFC to zawijańce, reszta to porażka. Porażką jest też nowa specjalna kanapka, albo ja dostałem wersję ze spalonym bekonem i solniczką bez wieczka.


id- 8

smak- 6

menu- 3

przekaz- 8

social- 4

wnętrza- 5



Subway



Subway jest nieskazitelny. Ma najlepsze wnętrza ( w większości przypadków), w kwestii id niewiele ustępuję Makowi, w socialu bryluje, system ma rozbudowany i jasny, działa komunikacyjnie spójnie, pojawia się tu i tam, robi konkursy dla blogerów (ooo!), ale. Jest mały problem. Oferty promocyjne. Owszem pojawiły się zimą dość atrakcyjne kupony, są korzystne kanapki dnia. Jeszcze raz. Chodzi o oferty specjalne. Subway jest absolutnym przeciwieństwem KFC. W menu nic nie zmieniło się od czasu nałożenia embargo na Kubę (sobie sprawdźcie kiedy to było). Po sobie widzę poważny negatywny skutek, nie ciekawi mnie, żeby tam pójść. Nie ma tego elementu, dzięki któremu myślę sobie "ok, zobaczę co tam nowego w menu", a i tak pójdę i zjem to co zawsze, ale pójdę sprawdzić.

Wynika to z systemu, z mnóstwa rozwiązań jakie daje. Mamy możliwość tworzenia swojej kanpki, więc skąd nowości. Można by pokombinować nad sezonowymi, specjalnymi sosami. Miejscem na szczególny dodatek, który co jakiś czas się zmienia. Nie idzię to do końca w parzę z założeniami marki. Cały ambaras w tym, by założenia pogodzić z emocjami klienta.


id- 7

smak- 9

menu- 6

przekaz- 4

social- 7

wnętrze- 7

Ranking:

1. Subway - 22,3
2. McDonald's - 19,2
3. Burger King
    KFC            - 17,8
5. Green Way  - 15,6
6. Salad Story - 13,5
7. North Fish - 10,2

bk


piątek, 30 listopada 2012

Swaggadoccio


Still from Parks & Recreation, Tom Haverford by Aziz Ansari

Kiedyś, wiele lat temu, kiedy graliśmy w kosza, do starej biblioteki wpadła nasza Favernova. Pamiętam, że wlazłem przez okno i długo nie mogłem znaleźć piłki, błądząc między regałami. Biblioteka była bardzo zaniedbana, książki uginały się pod kurzem, nie pamiętam nawet czy był w niej wtedy ktokolwiek poza mną. Na jednej z półek zobaczyłem wtedy książkę z dziwnym wężowym medalionem na okładce i tytułem Czym jest Swag. Popatrzyłem na nią sekundę i poszedłem dalej.

Człowiek wiedział wtedy co to swag, on był młody, internet był młody, życie było mniej skomplikowane. Teraz jest Duży Confusion. Z jednej strony mamy Jaya-Z, który stara się porządkować systematykę w Swagger like us i wychodzi mu to jako tako. Z drugiej strony mamy rzesze Belieberów, którzy robią ze swagiem dokładnie to samo co ich biali bracia robili 10 lat temu z groovy, 20 lat temu z flippidy flop itd. Przygotowałem więc grafikę, która rozwiewa wszelkie wątpliwości.

specjalny graf wyjaśniający posiadanie swagu na podstawie jego zwrotu


Meksykanów na rowerze ze swagiem jest niestety znacznie mniej niż tych drugich, a jak to często bywa, im człowiek głupszy tym go więcej i już dziś prawie wszędzie swag oznacza starające się ciuszki i nowe cool. Takie osobliwe, choć często może z zamiaru komediowe, znaczenie pokazuje swaganaliza losowych swagtweetów:

  • jem sobie chińskie jedzonko #swag
  • ale jajca, obiad zjadłam w 16 min #swag
  • Jadę z mamą kupić buty i będę sobie w nich chodzić. #SWAG
  • Powinnam iść na korki z matmy, ale nie ide xD #Swag
  • Pewnie gdybym była ładna wstawiałabym wszędzie swój ryj i pisała "ale ja brzydka hihihi" a wszyscy pisaliby "ruchałbym" na niebiesko #swag
  • Bedw robic zadanie z Religii ahahahaha #Swag
  • im normal !! #SWAG
  • i hate it when i forget to turn my swag off at night and i wake up covered in bitches...

Ostatni tweet jest zasadzką, która dookreśla meksykański wykres brakiem hashtaga na końcu. Kto zgadnie kto jest jego autorem ten google #swag.

Generalnie nie wygląda to dobrze, ale na szczęście jest jeszcze takie miejsce, niepokalany bastion swagu, gdzie ten wciąż istnieje i od pokoleń przekazywany jest w nietkniętej, oryginalnej formie. I zawsze będzie [2]. Panie i Panowie, jeśli jeszcze mamy wątpliwości co do tego czym jest swaggadoccio, przed Wami nawetnawetowy ranking swagu rodem z NBA.

10. Swaggedy



Andre Miller za całokształt kariery jako twój stary wujek, który przychodzi z owiniętą papierową torbą butelką na Rucker Park i wygrywa 1 na 1 mimo tego, że masz vertical 150, a on horizontal -3.

9. Swagadaisical



LeBron James przedrzeźniający trademark move Kevina Garnetta, z którym nigdy tak do końca nie wiadomo czy jest swagga czy swagafucked, ale jednak tak igrać z nim bezczelnie w twarz wymaga dużej pewności siebie.

8. Young Swagabilli


Russell Westbrook, Oklahoma City Thunder press conference, photo by Getty Images


Russell Westbrook, który na wszelką krytykę reaguje zwycięstwem poprzez uwypuklenie krytykowanej wady, a także za tę rozmowę:
Your wardrobe last night drew national attention. I loved the glasses. Where’d you come up with that style?  
I’ve been wearing glasses all season. I think last night was probably just the night they finally seen it.
Now why no lenses in the frames? 
I see better without ‘em. 
So why wear ‘em at all then? Just a fashion statement? 
There you go. 
Where’d you get the idea? 
I’ve been knowing how to dress for a while.

7. Swaggaccino



Typowy high-school swag uszlachetniony wyższą rangą rozgrywek. O klasie zawodnika świadczy to, że na najwyższym poziomie rywalizacji potrafi czuć się jak w liceum.

6. Swagadam



Swag, który budzi strach.

5. Swaggerdactyl



Twardy filadelfijski swag.

4. Swaggyver



Bardzo nietypowy swag chińsko-harvardzki. 15 sekund do końca meczu, wszystko w twoich rękach, tak jak lubisz. Podchodzisz spokojnie jak do tablicy pod linię 7,24m, wiesz dokładnie ile masz czasu, obliczasz wszystkie parametry, dobierasz odpowiednią parabolę do odległości i wagi piłki i nieśpiesznie przechodzisz do egzekucji. Udało się, trochę za dużo kciuka w to włożyłeś, ale już widzisz koleżanki z campusu wychodzące do sklepu po masło i rozpoczynasz swoją szaloną radość jakbyś dostał 4+ za rozprawkę.

3. Swaggerneger



Specjalne wyróżnienie dla Kapitana Jacka za całokształt twórczości ze szczególnym uwzględnieniem sezonu 02-03, kiedy zabijał Nets w czwartych kwartach finałów NBA i pomnik trwalszy niż ze spiżu wybudował sobie słowami "Pressure? I make love to pressure."

2. Swagasaurus Rex



Sir Swag o Angoli i wszystko jasne.

1. Swagabill Williams



Dwie trójki Carmelo z tego samego miejsca przeciwko defensywie Toma Thibodeau, jedna na dogrywkę, druga na zwycięstwo. Jeden z tych momentów, kiedy Carmelo wyglądał dla naszych oczu tak jak dla swoich przez ostatnie 10 lat.

0. Swag



Agent 0 za swojego swagowego panowania. W najważniejszym momencie wziąć sprawy w swoje ręce, zrobić co do ciebie należy, podnieść ręce w geście zwycięstwa zanim to ma jeszcze miejsce i zwyciężyć. Definicja Swaggadoccio.

Swag Counter: 46

kz

poniedziałek, 29 października 2012

Perpetuum Mobile 2012


Michael Jordan vs. Utah Jazz, buzzer beater, grafika nieznanego autora


Niezależnie od tego czy przeżywamy NBA od roku czy od lat 30-u, wszyscy dobrze wspominamy lata '90 kiedy po boiskach biegali centrzy i więcej niż pięciu rzucających obrońców z Clyde'm the Glide'm na czele. O jedno trofeum zabijali się wtedy jednocześnie Jego Powietrzność, Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, David Robinson, Hakeem Olajuwon, Pat Ewing, Shaq, Pippen, Rodman, Hardawayowie, Dikembe, Payton, Kemp, wspomniany Drexler, Jason Kidd, Grant Hill (ej, jako drugoroczniak miał statystyki bliskie 20-10-7 z pozycji SF, ktoś pamięta?) czy Chris Webber (do lat '90 zaliczyłem najważniejszych zawodników dekady, którzy grali tam minimum 5 lat). Trzeba było być naprawdę dobrym, żeby wygrać w takich okolicznościach 6 pierścieni na 7 podejść i naprawdę wkurzającym, żeby zabrać nam 2 finały z Hakeemem na rzecz spraw jakkolwiek większych niż koszykówka... Nie zmienia to faktu, że był to z pewnością złoty wiek NBA, który miał już nigdy nie wrócić. Co znamienne te piękne czasy zakończone zostały charakterystyczną grubą kreską w postaci końca kariery MJ i początku lokautu. 



[*]



LeBron vs. Indiana Pacers fans, free throws, nba playoffs 2012

Teraz mamy rok 2012, początek drugiej dekady po złotym wieku Jordanowskim. Lokaut za nami, nowy sezon puka do drzwi, a w nim nowy król, który góruje niepodważalnie nad resztą książąt, hrabiów i margrabiów. W podobnym wieku do MJ'a na tym etapie kariery, po latach mozolnych trudów i kolejnych nauk na drodze do mistrzostwa (ekchem, Dallas AD 2011 vs. Detroit 1990?) pojął już podobno ciężar pierścienia i jest gotów zdominować całą dekadę, bez żadnych przerw na baseball (aczkolwiek z być może większym indywidualnym zagrożeniem w postaci Kevina Duranta). Okoliczności do pisania swojej legendy ma wcale nie mniej sprzyjające niż jego poprzednik. Nie ma już praktycznie centrów, rzucających obrońców jest właściwie jeszcze mniej, ale nowy płynny podział na combo-guardów i różnego rozmiaru skrzydłowych nie wydaje się być uboższy. 

młody Blake Griffin i przyjaciółkiNa parkietach NBA z LBJem biegają dziś jednocześnie Chris Paul, Kobe Bryant, Kevin Durant, Kevin Love, Dwight Howard, Derrick Rose, Dwyane Wade, Carmelo, Ginobili, Rondo, Westbrook, Deron Williams, Dirk Nowitzki, 'Drew Bynum i Blake Griffin (14. miejsce w rankingu top500 ESPN, jak to napisał Noam Schiller, jedyny z top20 koszykarzy NBA który ma szanse być dwa razy lepszy niż jest teraz). Zanim zostanę deską zabity za te niegodne porównania, przypominam, że porównujemy całą dekadę '90 z reprezentacją zaledwie jednego roku dekady '10. Nie wygląda to chyba tak najgorzej, nie? W kwestii wysokich faktycznie prezentuje się to raczej zatrważająco, ale na pozostałych pozycjach młodzi nie mają się czego wstydzić.


Przyjrzyjmy się najbardziej rzetelnemu rankingowi zawodników w sieci. Top100 NBA 2012 w wykonaniu połowy Nawet Nawet, z którą w zasadzie od pierwszych sekund nie zgadza się całe Nawet Nawet, ale tak to już z rankingami bywa.

Top 100 NBA 2012 posortowani według pozycji, Chris Paul, Kobe Bryant, LeBron James, Kevin Love, Dwight Howard

Trzy gwiazdki oznazają bardzo dobrych zawodników z potencjałem na udział w przyszłości w meczu gwiazd, pięć gwiazdek oznacza możliwości na poziomie elity historii NBA. Wyróżnionych zawodników jest łącznie 56 co daje blisko dwóch potential all-stars na drużynę. Szukając niżej, nie mogłem się nadziwić ilu świetnych koszykarzy musi grać w lidze 10-e skrzypce i czekać na swoje 5 minut, oglądając codziennie 10 reklam z MJ-em. Talentu starczy dla wszystkich, moim skromnym zdaniem w tym wieku więcej w jednym miejscu go nie widzieliśmy. Nie wiem ilu potencjalnych MVP Euroligi mamy w tym roku w NBA, ale przeglądając składy skazanych na pożarcie Bobcats, Kings, Pistons i Wizards, nie macie wrażenia, że oni mają po prostu bardzo dużo dobrych gości? Dawno już nie było tak mało słabych drużyn w lidze. Ponadto drużyna złożona z Paula, Bryanta, Jamesa, Love'a i Howarda mogłaby przegrać kwartę w Rucker Parku z drużyną złożoną z Millera, Allena, Mariona, Ilyasovy i DeAndre Jordana, co świadczy o wyrównanym poziomie ligi, hoho.

Konferencja prasowa Memphis Grizzlies, smutni zawodnicy czekają na jakiekolwiek zainteresowanie mediów

Po sporządzeniu rankingu moją uwagę przykuły jeszcze dwie rzeczy.

KrangPo pierwsze, mocno zarysowane dążenie do równowagi po odejściu (nie oszukujmy się więcej) Barona Davisa. Najsilniej obsadzoną pozycją w lidze jest pozycja rozgrywającego. Jest pewnie wiele składników takiego stanu rzeczy, zastanawiam się jednak, czysto magicznie i absurdalnie, jaki udział (choćby najmniejszy, maciupeńki) bierze w tym wszystkim wieloletnie drążenie skały czarnej kultury w postaci powtarzanego przez amerykańskich trenerów jak mantra etosu sportowca, odpowiedzialności, rozwoju, kultury, edukacji i awansu społecznego, nomen omen kierowania swoim życiem. Kiedy patrzę jak Chris Paul czy Rajon Rondo kontrolują wydarzenia boiskowe, dowodzą drużyną, zastanawiam się nad tym jak bardzo poczynania ich i idących w ich ślady młodych adeptów koszykówki nie wpisują się w szkołę bycia generałem w swoim życiu jaką dostają dziś w pamiątce po poprzednich 100 latach historii USA. Może chęć realizacji tych idei w swoim życiu przekłada się w jakiś minimalny sposób na kilka punktów procentowych więcej młodych, którzy marzą o byciu rozgrywającym a nie rzucającym, co ostatecznie przekłada się na nadmiar bogactwa na jednej pozycji? Może właśnie działalność Isiah'a Thomasa w Chicago? A może po prostu Earvin 'Magic' Johnson i Anfernee 'Penny' Hardaway?

A może po prostu specjalizacja jest zawsze dobra do momentu w którym potencjał rywali jest zbyt duży na samą specjalizację i mamy dziś erę combo-guardów? Raczej na pewno kilku dzisiejszych PG byłoby SG w poprzednich systemach (choćby Russel Westbrook, który stanowi, w swoim stylu z resztą, jakiś horrendalny, przejaskrawiony przykład tego stanu rzeczy). 

Russell Westbrook konferencja prasowa NBA

Tutaj nasuwa się drugi wniosek. Dawny podział na 5 pozycji na boisku jest już przestarzały. Rozgrywający rzucają, rzucający rozgrywają, dwóch rozgrywających gra obok siebie, niscy skrzydłowi wykorzystują przewagę szybkości pozycję wyżej, centrzy rozciągają grę i rzucają trójki, a większość z nich to właściwie i tak silni skrzydłowi. Koniec końców zostają nam combo-guardzi i silni skrzydłowi. Atletyzm się szerzy. I to + LeBron James = teorie o small ball. Warto w tym roku się bliżej temu przyjrzeć. Faktycznie, granice między pozycjami się zacierają, jednak jak na razie zbyt wiele przykładów przeczy taktyce small ball jako skutecznej. Po pierwsze, zbyt często mylona jest ona z teorią, którą ja nazywam LeBron James. Najważniejszym argumentem w teorii small ball jest rezurekcja drogi po mistrzostwo Miami Heat po przesunięciu LBJ'a na pozycję silnego skrzydłowego, gdzie grał najefektywniej. 

really stupid joke, LeBron James, Rudy Gay

Czy nie jest jednak tak, że ideą trenera Spoelstry było po prostu wystawienie najsilniejszej piątki na parkiet, bez skazywania się na dzielnego, walecznego w obronie, ale fatalnego w ataku Joela Anthony'ego czy jego jeszcze gorszych zmienników na pozycji centra? Czy nie jest tak, że mówimy tutaj o wybryku natury, który jest najlepszym zawodnikiem na świecie i niekoniecznie najrzetelniejszym obiektem badań nad skutecznością small ball? Podobnie rzecz się ma z Durantem i Anthony'm w Knicks. Właściwie całe rozumowanie za small ball bardzo mnie przekonuje i nie poddawałbym go w wątpliwość, gdyby nie 2 bardzo dobre kontrargumenty w postaci fenomenalnych wyników +/- Utah Jazz z końca sezonu 11/12 z Paulem Millsapem jako niskim skrzydłowym i Derrickiem Favorsem i Alem Jeffersonem jako podkoszowymi, a także tym jak sprawdzał się small ball dream teamu 2012 na olimpiadzie w Londynie. W reprezentacji znalazło się 1,5 centra w postaci Tysona Chandlera i Kevina Love'a. Ani jeden ani drugi nie byli w pierwszej piątce czy nawet pierwszej siódemce najlepszych zawodników reprezentacji, jednak wyniki +/- USA z jednym albo drugim w składzie były o niebo lepsze niż wyniki magicznych piątek z Paulem, Bryantem, Durantem i Jamesem, ale bez klasycznego centra na parkiecie.

Tak czy siak (a jak) przed nami jeden z najlepszych sezonów w historii NBA, który powinien na dobre rozpocząć drugą złotą erę w dziejach organizacji. Wystarczy porównać fatalny lokaut 1999 z poprzednim i spojrzeć na 31. (zasłużone) miejsce gracza pokroju Josha Smitha w rankingu ESPN, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Jeśli to nie wystarczy, warto spojrzeć na najlepsze drafty w historii. Draft 1984 - Olajuwon, Jordan, Barkley, Stockton - napisał historię lat '90, draft 1996 - Iverson, Allen, Bryant, Nash - był niezły, draft 2003 - James, Wade, Anthony, Bosh, Szewczyk - pisze historię na naszych oczach, draft 2012 - Davis, Kidd-Gillchrist, Beal, Robinson, Lillard? - jest prawdopodobnie najgłębszym z wszystkich dotychczasowych i może niekoniecznie da nam czwórkę zawodników pokroju tych z 1984 roku, ale raczej na pewno przyniesie nam najwięcej all-starów z wszystkich pozostałych. Myślę, że w większości poprzednich draftów Jared Sullinger (20 pick w 2012), Perry Jones (27.) i Draymond Green (35) wybierani byliby bliżej miejsc 5-15. Tylko czekać na kolejnych chętnych do mistrzostwa. 

maskotka Phoenix Suns skacze w przerwie meczu przez płomienny okrąg i pakuje piłkę do kosza. NBA

Liga jest przygotowana na koniec świata znakomicie, przedwieczni będą zadowoleni panie Stern. W lokautowym sezonie 11/12 finały NBA transmitowane były do 215 krajów, a średnia wartość jednego klubu wynosiła około 400 mln $. Kiedy Stern przychodził do ligi 30 lat temu, finały (z udziałem Magica Johnsona, Kareema Abdula-Jabbara, Larry'ego Birda, Juliusa Ervinga, czy Mosesa Malone'a) nagrywane były na kasetę i odtwarzane następnego dnia, a wartość wszystkich 23 klubów wynosiła około 400 mln $. Teraz NBA jest małą marketingową utopią, świetnie opakowaną maszynką, perpetuum mobile do tworzenia historii, za które każdy chętnie płaci, bo wie że warto. I zawsze będzie. 


kz

czwartek, 18 października 2012

Jak wejść do klubu w Rio

Hej, hej, tu NBA. Możemy już podglądać zmagania w preseason, wiemy mniej więcej jak będą wyglądać składy drużyn, możemy typować jaki przebieg będzie miał sezon. Od roku powtarzam, że jesteśmy świadkami zmiany pokoleniowo-stylowej w lidze. Finał Miami - Oklahoma potwierdził moje domniemania, choć po cichu liczyłem, że się pomyliłem. Nadal mogę się mylić, pewnie. Jednak na dzień dzisiejszy uważam, iż skończył się czas twardej, defensywnej, siłowej, taktycznej, smashmouth koszykówki. Katorżniczy defens Spurs, Pistons, Celtics, Mavericks czy nawet Lakers nie powstrzymał LeBrona przed zdobyciem mistrzostwa. Tamci mistrzowie mieli kilka cech wspólnych. W zasadzie budowa tych teamów była bardzo podobna. Kilku doświadczonych zawodników stanowiło trzon zespołu, każdy z nich był znakomitym obrońcom, miksturę z zmiennymi role players doprawiał wybitny trener, który potrafił wyciskać z ligowych średników wartości przydatne w zdobyciu mistrzostwa. Dziś Eric Spoelstra musi sobie jeszcze zapracować na miano trenera wybitnego, Miami stworzyło drużynę, ale cieżko powiedzieć, by Indianę czy Boston zwycieżyło poprzez obronę. Nie jest to może szalony high fly basket z 2001 roku, ale jest to nowa jakość. Jakość wniesiona do NBA przez Oklahomę, Memphis czy właśnie nowe Miami. W świecie gdzie James Harden jest bytem gdzieś pomiędzy role playerem a all-starem, gdzie Scott Brooks wychowuje się koszykarsko razem z Kevinem Durantem, gdzie w oazie obrony budowanej przez Thibodeau, króluje ekwilibrystyka ofensywna Rose'a, spotykamy się z nową jakością NBA. Oczywiście, jeśli Tony Parker będzie mi w czerwcu wymachiwał przed nosem pucharem, nie będzie to znaczyło, że Popovich stał się mniej wybitny. Tylko, że pan Buford po przeczytaniu tej notki, poszedł po rozum do głowy i podkupił wyrzuconego z Clippers Del Negro (just jokin').

Większość z nas zna tegorocznych kontenderów, ale ja zwróciłbym uwagę na drużyny, które nie są brane pod uwagę w wyścigu po mistrzostwo, ale warte są zachodu. To takie drużyny, które przydają się, gdy ochroniarz nie chce Cie wpuścić do klubu na przedmieściach Rio de Janeiro, a Ty mu odpowiadasz "zoba mam ich jersey!", po czym trafiasz do viproom'u. Wybrałem 5 takich zespołów. Oglądając ich mecze i śledząc na bieżąco ich sytuację można zabłysnąc w towarzystwie, poderwać zagubioną czarnoskórą niewiastę lub wymigać się od mandatu*. Zacznę od miejsca numer 5.


Ach, Minnesoto. Z jednej strony to moja próba rekompensaty tych dni, kiedy powinienem im kibicować, a tego nie robiłem, z drugiej strony cała ta kraina owiana tajemnicą, nie zrozumiałym jak na dzisiejsze czasy rozwojem i poziomem wykształcenia. Bracia Cohen powtarzali nam, że kobiety są tam piękne i bystre, portale wmawiają nam, że nikt nie chce tam grać, choć okazuje się, że można stamtąd latać do Paryża. Minny to taka odskocznia od NYC i LA, to taka metropolia dla ludzi stroniących od blichtru, dobre miejsce do ciężkiej pracy. Hard-work-minded people na pewno znajdą w tej drużynie przyjaznego im ducha. Love stał się też dość nietypowym all-starem tej ligi, idealnie wpisującym się  w kontekst drużyny. Oczywiście można się zastanawiać czy Rubio, Kirilenko i Roy uzbierają wspólnie dwie zdrowe nogi, a Love dwie ręcę, ale to tylko dodaje tej drużynie smaczku. Już widzę hit sezonu kinowego 2016 o młodym lekarzu z Mankato, który w niesamowitych okolicznościach objął posadę głównego lekarza drużyny, ściągnął z Nebraski swojego kuzyna masażystę i wspólnie uratowali play offy dla wspaniałej koszykarskiej organizacji. Upór, ambicja i braterstwo. I ani słowa o Davidzie Kahnie.


Tak, ponownie można pisać o Cavs używając innych środków stylistycznych niż dystych eligijny. Można sobie nawet pożartować, pośmiać się z młodymi, szalonymi chłopcami. Jest w tym zespole dużo świeżej krwi i Varejao, który zna już wszystkie dzikie plaże nad jeziorem Erie. Sztama z Varejao przyda nam się przy negocjacjach w klubie w Rio. Oczywiście jeszcze daleka droga do grania w Cleveland genialnego basketu, ale jeśli ktoś szuka drużyna, której za kilka lat będzie kibicował w play offs i będzie chciał wtedy pochwalić się znajomym "ja wspierałem ich zanim grali takie cuda jak dziś", Cavs to dobry typ. Osobiście odradzam odwoływanie się do "sami wiecie, której decyzji", bo drużyny do lubienia z litości, nigdy nie utrzymują długo pozytywnej energii.


15 lat walczyliby łeb w łeb z Toronto o tytuł najlepszego logo w NBA, dziś w tej kategorii są raczej outsiderem. Świat się zmienia, przez te 15 lat Hornets gospodarzyli w trzech miastach, wszędzie zostawiali po sobie rynek gotowy przyjąć nową drużynę, jakby na to nie patrzeć, to dobrze o nich świadczy. Byli też dobrem wspólnym całej ligi, tworem sztucznie utrzymywanym przy życiu, krótko mówiąc przeszli wiele. Nie było łatwo, ale dziś mają przed sobą perspektywy. Oczywiście nie jest znowu jakoś szczególnie różowo, ogólnie jeśli chodzi o walory estetyczne nie jest temat zbyt wdzięczny do dyskusji z perspektywy tego klubu. NOH to propozycja dla wszystkich, którzy lubią powstawać z popiołu, cokolwiek to znaczy.


Doszliśmy już prawie na szczyt i przed nami mocna dawka energii. Popatrzcie jakie to radosne, nie przejmują się, iż któs ewidentnie skradł im show, chłopaki. Zespół młodych, poukładanych graczy z poczuciem humoru. Nie wiadomo jeszcze w jakim kierunku Bynum będzie rozwijał swoje poczucie humoru, jednak możliwe, że będzie mniej kapryśny niż podczas swoich ostatnich dni w L.A. (ostatnie dni w L.A., o losie!). W Phily znajdziemy całą pakę intrygujących zawodników i choć Jason Richardson nie wygląda na gościa skorego do żartów może zakończyć kilka spotkań zwięzłym punch linem. Ten zespół wygląda naprawdę bardzo ciekawie. Gdyby to był każdy inny sezon Phily byłoby najbardziej intrygującą drużyną, ale coż, nie dziś. Bo tego lata wydarzyło się to...


Hello Brooklyn. To idealny moment na tworzenie nowej koszykarskiej marki, to fantastyczne miejsce na jej tworzenie, to wyjątkowo zgrabnie przeprowadzony rebranding. Może na dzień dobry, marketingowo, nie podbili Lakersów, może ten roster mógł wyglądać lepiej, ale mamy hype. Biorąc pod uwagę, że Knicksi wrócili na stałe na play offs, Nowy York jest for real. Nie przypominam sobie momentu w którym suma talentów w LA i NYC była tak ogromna. To przyniesie kopa całej lidze. Derby obu tych miast są w tym momencie prawdziwym smaczkiem. Poza tym jak ładnie pomyślano by przyzwoicie ubrać gwiazdy Nets. Ja tu widzę wcielenie tych trzech gości w role wyjęte z szablonu rozrywkowego thrillera. Brook Lopez zapewne przez okres absencji boiskowej ćwiczył szeroką gamę pick-up lines, Deron wcieli się w rolę natchnionego spec-naukowca, a Joe będzie dobrym wujkiem Joe. Jaka intryga połączy ich losy, spytacie. Spokojnie, wszystko w swoim czasie.


* opcja aktualna jedynie w Wyoming


bk