Jeżeli urodziłeś się w Stanach, mieszkałeś tam kilkanaście lat i nie interesowałeś się zagranicznym kinem, po przyjeździe do Europy z pewnością przykuje Twoją uwagę, że samochody tu są takie małe i fikuśne, a drogi wąskie i kręte. Jeśli całe dzieciństwo spędziłeś w leśnej chatce, bez prądu i bieżącej wody, światła nocnej Warszawy oślepią Cię doszczętnie. Jeśli jesteś rodowitym Svenssonem, karmionym klopsikami z koniny, prowadzącym w swoim kraju dochodowy biznes, będziesz jakiś czas dochodził do siebie po swoim pierwszym spotkaniu handlowym w Chinach. Rodowity Europejczyk o zdrowych zmysłach nie powie słów "fikuśny" i "Passat" w jednym zdaniu. Warszawiak z krwi i kości będzie świecił sobie telefonem szukając upuszczonej monety na chodniku. Chińczyk prawdopodobnie nie ma w swoim słowniku haseł: "impertynencja" lub "wścibski" (w zasadzie Szwed na terenie swojego kraju też ich nie potrzebuje). To co widzieliśmy do tej pory, określa to, co widzimy, patrząc na daną sytuację czy obraz.
Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dalej w czas, tym więcej obrazów. Jak wiele osób już snuło przepowiednie, gdzie natłok informacji niszczy ludzkość. Abstrahując od apokaliptycznych wizji (choć lubię je przytaczać i gasić ich nadzieje, takie małe przyjemności), dostępność szerokiej gamy informacji i szybkość ich przepływu u człowieka wyjętego z XII wieku spowodowałaby epilepsję w ciągu kilkunastu godzin. Nie wiem jak jest z Wami, ale ja w XII wieku nigdy nie byłem. Przeżyłem kilka końców świata, które odcięły mnie od XX wieku. Ale z XII nie miałem zbytnio do czynienia. Nawet w książce od historii nie było wielu obrazków z tego okresu.
Patrząc sobie tu i ówdzie, natrafiam na przypadki osób wyciągniętych z otchłani lat 50-tych XX wieku (tak namieszałem, z tymi wiekami, że teraz muszę precyzować), które wypowiadają się o mediach. Co istotne, drugorzędną kwestią w przypadku tych osób jest ich wiek. Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi mi o ludzi w wieku 20 - 30 lat. Jak słyszę te wszystkie historie o zakłamanych mediach, o wciskaniu nam kitu, o nie wypełnianiu misji, o płytkim przekazie, robi mi się smutno. Nie z powodu telewizji czy prasy tylko tych ludzi, którzy prawdę, wyżyny intelektualne i nową jakość rozrywki znajdują na Kwejku. Nie mam zamiaru krytykować Demotywatorów, ani Pudelka, są zajebiste (Jak trochę postudiować Alexe, to wychodzi, że czas, który Polacy spędzają na Demotywatorach i Pudelku Czesi lub Francuzi spędzają na stronach porno. Trochę gorzej to wygląda jak się porównamy z Duńczykami). Sęk w tym, że w przypadku internetu odpada kilka argumentów związanych z wciskaniem i brakiem wyboru.
Nie trzeba być medioznawcą, by stwierdzić, że oligopol kilku spółek medialnych jeszcze chwilę potrwa. Po pierwsze społeczeństwo nie jest przystosowane do większego zróżnicowania opinii. Nie ważne jakich pojęć będziemy używać, by objaśnić ten proces. Czy to będzie przeciążenie sensoryczne, upośledzenie epistemologiczne, niemożność semiologiczną czy teoria dependencji. Po prostu potrzeba czasu, a i tak nie ma pewności, że się kiedykolwiek uda. Po drugie, po ich stronie stoi dość poważny argument, w postaci pieniędzy. Po trzecie, przerost wykształciuchów w sąsiedztwie nie zawsze przełoży się na zapotrzebowanie na kulturę wyższą na dzielni. Po czwarte, tak szczerze, jak codziennie czytasz, słyszysz, widzisz komunikat: "zalewa Cię natłok informacji", to czujesz wewnętrzną motywację, by włożyć wysiłek w dotarciu do odpowiadającego Ci źródła?
Kolejnym smutnym aspektem (na serio, nie da rady z niczego dziś pożartować) jest moje autorskie pojęcie (Ha!) - motywacja ostateczna. Tak się składa, że mam w swoim zeszyciku konspekt notatki, która będzie robić podchody do tego pojęcia z przeciwległej strony, więc dziś tylko krótko. Motywacja ostateczna® uwidacznia się jako determinacja powstała na skutek buntu i żądzy zniszczenia/obalenia systemu, który ten bunt sprowokował. Zdeterminowany w ten sposób osobnik nie szuka alternatywy po prostu. Szuka źródła potwierdzającego jego buntownicze idee. A z takimi, to nawet nieprzyjemnie się w bierki gra.
Grudniowe weekendy są o tyle ciekawe, że noc trwa dwa dni, ale też dlatego, że wiele dobrego dzieje się w kinach. Może nie zawsze dobrego, ale przynajmniej coś się dzieje. Zastanawiam się kiedy, ktoś w końcu zorientuje się, że jak się trochę głębiej nad tym zastanowić to celowanie z premierami filmowymi w okres bożonarodzeniowy jest złudnym cwaniactwem. Tu koniec roku, tu krótki miesiąc w pracy, tu świąteczne zakupy, tu polowanie na karpia, tu polowanie na choinkę, tu bookowanie sylwestra, tu kac po andrzejkach, tu pisanie życzeń, tu rodzinne wyzwania, tu zjedz pierogi i weź znajdź czas na kino. Wątpię, by komuś udało się iść na wszystkie filmy, które go zainteresują (oczywiście rozwiązaniem jest nie interesowanie się filmami). A w listopadzie dwa długie weekendy i trzeba sobie przypominać jak grało się w cholerne makao. Uff, tekstem o makao musiałem się ratować, żeby ten akapit nie brzmiał jak przerywnik na blogu kulinarnym.
Dawno się w kinie tak dobrze nie bawiłem. Z jednej strony dlatego, że od momentu, w którym tęgie głowy tego biznesu zaczęły oszczędzać na papierze na bilety, czuję specyficzny dyskomfort mając na uwadze, że gdy wyjmę paragonik, zwany biletem, po seansie nie będę w stanie nawet przypomnieć sobie tytułu dzieła jakie zobaczyłem. Kiedyś zbierałem bilety z seansów filmowych, wizyta w kinie była dla mnie rytuałem, z którego zachowywałem sobie pamiątkę. Teraz czuję się oszukiwany. Tyle w temacie moich wynaturzeń. Z drugiej strony pewnie dlatego, że coraz więcej filmów oglądam w domu, czasem naprawdę warto poczekać. Z trzeciej strony, zdałem sobie z tego sprawę dopiero dziś, patrząc na ostatnie 12 miesięcy, cholernie mało było ostatnio filmów, żeby dobrze się na nich bawić.
Żebyśmy się źle nie zrozumieli, "7 psychopatów" to nie jest jakieś arcydzieło. Trzy lata temu powiedziałbym, że to przeciętny film. Ale dziś. W tym momencie jest to jedyny w tym roku film, który wpisuje się w pewien kanon humoru, abstrakcji i autoironii. Ok, był "Ted", byli "Kochankowie z księżyca", ale pierwszemu jednak bliżej do "Nagiej bronii" niż do "Family Guy'a", a na drugi pewnie paru facetów wstydziłoby się pójść. W kinach nie ma już filmów pokroju "Kiss, kiss, bang, bang", "Lucky number slevin" czy "Fargo". Oczywiście Tarantino, Guy Ritchie i bracia Coenowie nadal tworzą cuda, ale poszli już trochę dalej. Rozwijają się i odkrywają nowe lądy, ale jakoś nikt nie chce zamieszkiwać krain, które odkryli jakieś 15 lat temu. Gdzieś oglądając "psychopatów" zacząłem tworzyć sobie w głowie obraz "naszego pokolenia". Nie jakiegoś tam X czy Y, ale pokolenia pozytywnych świrów, nacechowanych dystansem do świata, abstrakcyjnym humorem, kulturowym rozgardiaszem, lubowaniem się w paralelach, cynizmem i rozrywkowym konsumpcjonizmem. My, którzy wolimy śmiać się z rzeczy niż je wyjaśniać, bo zdajemy sobie sprawę z ich złożoności. My, którzy nie boimy się mówić o niczym, ale unikamy mówienia pewnym tonem. My, którzy nie angażujemy się dla zasady, tylko dla przyjemności. My, którzy coraz rzadziej mamy okazję pójść na coś do kina. Oczywiście część contentu, przeznaczonego dla nas przerzucona została w świat seriali i gier. I niby takie oczywiście, niby hen do przodu, ale chwila. Czy to znaczy, że kino się starzeje? Kino jest dla tych co nie mają internetu? Kino jest tylko na rodzinne wypady i randki? Filmy, które nie zyskują nic w 3D odchodzą do lamusa? Czy Trey Parker i Matt Stone uratują sytuację? Ja wiem, że nie byliśmy najwierniejszymi widzami (torrenty i te sprawy), ale czy naprawdę zasłużyliśmy, żeby się od nas odwrócić?
Wrócę do psychopatów, bo robi mi się smutno. Jak się tak lepiej przyjrzeć, można tu dostrzec kilka smaczków, które mnie wprawiły w stan lekkiego kiwania głową (gdzie są ci ludzie skorzy do zachwytu?) [przestaniesz być już tak pytający, sentymentalny i pretensjonalny] (nie). Christopher Walken. Pomijam fakt, że jego postać miała rzekome polskie korzenie i na imię Hans (intrygujące). Ale do diaska. W takim filmie stworzyć postać, która ma tyle twarzy, postać, która przechodzi tyle metamorfoz, postać, która tak operuje temperatura osobowości (little anafora's lover). Ten gość na początku wydawał mi się drobnym cwaniaczkiem, potem skrzywdzonym starszym człowiekiem, następnie mężczyzną z zasadami, twardzielem, nonkonformistą, świrem, fanatykiem, poczciwcem, stoikiem, szaleńcem i bohaterem (tak z grubsza). Postać zbudowana niczym kolos rodyjski. Nie tylko Walken się zmieniał, inni również, ale on to zrobił najlepiej. Co więcej, cały klimat filmu gdzieś się dywersyfikował. A zabieg ten, został wyśmiany przez bohaterów. Klimat tego obozowiska na pustynii zmienił cały film. Zmieścić tyle warstw w tak płytkiej produkcji jest moim marzeniem w przełożeniu na blogowe notki. I tym sposobem, po wizycie w kinie, dowiedziałem się w jakim kierunku się mam rozwijać.
Z cyklu "market watch" porozmawiamy dziś podrywaniu dziewczyn. Cykl jest o tyle enigmatyczny, że nie mam pojęcia jak będzie wyglądał. Po stosownym zapytaniu do Krzysztofa Rutkowskiego, otrzymałem jedynie lakoniczne "no clue". Podekscytowany znajomością gangsterskiego slangu przez największy łeb czołową postać światka detektywistycznego, poszedłem za ciosem. Niestety, dwa tygodnie spędzone na przeprowadzaniu, w specjalistycznych warunkach, 336 rozgrywek Cluedo nie przyniosły spodziewanego rezultatu (asomia i zwiększona bojaźliwość nie były spodziewane). Nie pozostało mi nic innego jak zrobić sobie powtórkę z nauk starożytnych sofistów i pogodzić się z ułomnością własnego umysłu.
Pragmatyzm jednak przypomina: "nie o tym, nie o tym". O niewiast uwodzeniu miało dziś być, prawda. Oczywiście można kobiety zanudzać wynurzeniami o greckich filozofach. Można, ale po co? By je spławić! Jest to dość brawurowa taktyka wymagająca dość długiej czasowej perspektywy operacyjnej. Metoda ta pochwalić się może znakomitymi referencjami. Woody Allen w wieku 13 lat zastosował ten zabieg na trzy lata starszej nieznajomej w bibliotece, 30 lat później ta sama kobieta powiedziała o nim "uwielbiam go". Sean Connery w dość spektakularnych warunkach stosował wspomnianą metodę w 1947 roku na pięknej Eleonorze, już w 1991 roku owa Eleonore wypowiedziała magiczne słowa "jest idealny" bezpruderyjnie rozbierając go wzrokiem. Niestety, szczegółowe case study nie wskazują bezpośredniej korelacji między metodologią a rezultatem działań, ale jak wszyscy wiemy badania naukowe są do tyłka.Zakładając jednak, że sprawa jest bardziej pilna. Jak wtedy działać? Przyznam szczerze, nie mam zielonego pojęcia. Znam jednak kogoś, kto ma wszelkie metody w małym palcu.
Nic dziwnego, że formacja, która nazywa się Letni Chamski Podryw do promocji własnego krążka zatrudniła eksperta z najwyższej półki (nie będę wklejał zdjęcia tej półki, mam nadzieję, że jesteście w stanie sobie ją wyobrazić). Gdy zobaczyłem majstersztyk, jaki stworzył wspomniany wcześniej Krzysztof upadłem na kolona i powiedziałem w amoku "jeśli chcę o tym napisać na blogu, muszę dorównać mu humorem". Po chwili jednak dodałem "jeśli chcę dorównać mu humorem, muszę iść na jakieś warsztaty w tym zakresie". Po dwóch miesiącach ciężkiej harówy, oglądania kwejka 5 godzin dziennie, odtwarzania kultowego programu "Śmiechu warte" nawet w trakcie snu, słuchania dowcipów barowych i ćwieczenia stand-upów przed żulami z osiedla, jestem gotowy.
Jeśli ktoś siedzi w temacie, proponuję wrzucić do goofs visible crew. Oczywiście bohater tego filmiku nie omieszkał podprogowo przekazać swoim fankom "jak marzy o zwierzątku, nie ważne kotku czy piesku, i w związku z tym warto się z nim przespać"(klasa sama w sobie). W stu procentach genialna i trafna obsada. Nie jestem w stanie wyjść z podziwu. Przyznajcie sami, czy można zatrudnić do recenzji płyty Letniego Chamskiego Podrywu lepszą personę niż Krzysztof Ibisz? Można. Bo może nie każdy uwierzy, ale letni podryw, a tym bardziej chamski to relecje niekoniecznie damsko-męskie.
Poseł Biedroń nie wykazał się takim scenicznym obyciem jak showman Ibisz i z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Z drugiej strony jednak jest to charakterystyczne dla większości wypowiedzi posła Biedronia. Zespół zaprosił do współpracy też inne tuzy showbiznesu, w osobach K.A.S.Y Kasowskiego lub Mariolę Kiepską (ten pierwszy wspomina, iż płyta jest gorsza niż jego twórczość).
Dlaczego o tym piszę? Zakładając, że uniwersalna prawda istnieje (cichutko sofiści, cichutko), mamy do czynienia z ewenementem na skalę światową. Mamy świadectwo udowadniające, iż można stworzyć cykl reklam przekazujący najczystszą prawdę. Muzycznie Letni Chamski Podryw niewiele zmienił się od czasu, gdy na Kazaa'ie ich kawałki widniały pod szyldem "Kaliber 44" (pure marketing, dude). Ich jedynym, domniemanym atutem jest humor. Nie mi jednak jego poziom oceniać.
Niezależnie od tego czy przeżywamy NBA od roku czy od lat 30-u, wszyscy dobrze wspominamy lata '90 kiedy po boiskach biegali centrzy i więcej niż pięciu rzucających obrońców z Clyde'm the Glide'm na czele. O jedno trofeum zabijali się wtedy jednocześnie Jego Powietrzność, Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, David Robinson, Hakeem Olajuwon, Pat Ewing, Shaq, Pippen, Rodman, Hardawayowie, Dikembe, Payton, Kemp, wspomniany Drexler, Jason Kidd, Grant Hill (ej, jako drugoroczniak miał statystyki bliskie 20-10-7 z pozycji SF, ktoś pamięta?) czy Chris Webber (do lat '90 zaliczyłem najważniejszych zawodników dekady, którzy grali tam minimum 5 lat). Trzeba było być naprawdę dobrym, żeby wygrać w takich okolicznościach 6 pierścieni na 7 podejść i naprawdę wkurzającym, żeby zabrać nam 2 finały z Hakeemem na rzecz spraw jakkolwiek większych niż koszykówka... Nie zmienia to faktu, że był to z pewnością złoty wiek NBA, który miał już nigdy nie wrócić. Co znamienne te piękne czasy zakończone zostały charakterystyczną grubą kreską w postaci końca kariery MJ i początku lokautu.
[*]
Teraz mamy rok 2012, początek drugiej dekady po złotym wieku Jordanowskim. Lokaut za nami, nowy sezon puka do drzwi, a w nim nowy król, który góruje niepodważalnie nad resztą książąt, hrabiów i margrabiów. W podobnym wieku do MJ'a na tym etapie kariery, po latach mozolnych trudów i kolejnych nauk na drodze do mistrzostwa (ekchem, Dallas AD 2011 vs. Detroit 1990?) pojął już podobno ciężar pierścienia i jest gotów zdominować całą dekadę, bez żadnych przerw na baseball (aczkolwiek z być może większym indywidualnym zagrożeniem w postaci Kevina Duranta). Okoliczności do pisania swojej legendy ma wcale nie mniej sprzyjające niż jego poprzednik. Nie ma już praktycznie centrów, rzucających obrońców jest właściwie jeszcze mniej, ale nowy płynny podział na combo-guardów i różnego rozmiaru skrzydłowych nie wydaje się być uboższy.
Na parkietach NBA z LBJem biegają dziś jednocześnie Chris Paul, Kobe Bryant, Kevin Durant, Kevin Love, Dwight Howard, Derrick Rose, Dwyane Wade, Carmelo, Ginobili, Rondo, Westbrook, Deron Williams, Dirk Nowitzki, 'Drew Bynum i Blake Griffin (14. miejsce w rankingu top500 ESPN, jak to napisał Noam Schiller, jedyny z top20 koszykarzy NBA który ma szanse być dwa razy lepszy niż jest teraz). Zanim zostanę deską zabity za te niegodne porównania, przypominam, że porównujemy całą dekadę '90 z reprezentacją zaledwie jednego roku dekady '10. Nie wygląda to chyba tak najgorzej, nie? W kwestii wysokich faktycznie prezentuje się to raczej zatrważająco, ale na pozostałych pozycjach młodzi nie mają się czego wstydzić.
Przyjrzyjmy się najbardziej rzetelnemu rankingowi zawodników w sieci. Top100 NBA 2012 w wykonaniu połowy Nawet Nawet, z którą w zasadzie od pierwszych sekund nie zgadza się całe Nawet Nawet, ale tak to już z rankingami bywa.
Trzy gwiazdki oznazają bardzo dobrych zawodników z potencjałem na udział w przyszłości w meczu gwiazd, pięć gwiazdek oznacza możliwości na poziomie elity historii NBA. Wyróżnionych zawodników jest łącznie 56 co daje blisko dwóch potential all-stars na drużynę. Szukając niżej, nie mogłem się nadziwić ilu świetnych koszykarzy musi grać w lidze 10-e skrzypce i czekać na swoje 5 minut, oglądając codziennie 10 reklam z MJ-em. Talentu starczy dla wszystkich, moim skromnym zdaniem w tym wieku więcej w jednym miejscu go nie widzieliśmy. Nie wiem ilu potencjalnych MVP Euroligi mamy w tym roku w NBA, ale przeglądając składy skazanych na pożarcie Bobcats, Kings, Pistons i Wizards, nie macie wrażenia, że oni mają po prostu bardzo dużo dobrych gości? Dawno już nie było tak mało słabych drużyn w lidze. Ponadto drużyna złożona z Paula, Bryanta, Jamesa, Love'a i Howarda mogłaby przegrać kwartę w Rucker Parku z drużyną złożoną z Millera, Allena, Mariona, Ilyasovy i DeAndre Jordana, co świadczy o wyrównanym poziomie ligi, hoho.
Po sporządzeniu rankingu moją uwagę przykuły jeszcze dwie rzeczy.
Po pierwsze, mocno zarysowane dążenie do równowagi po odejściu (nie oszukujmy się więcej) Barona Davisa. Najsilniej obsadzoną pozycją w lidze jest pozycja rozgrywającego. Jest pewnie wiele składników takiego stanu rzeczy, zastanawiam się jednak, czysto magicznie i absurdalnie, jaki udział (choćby najmniejszy, maciupeńki) bierze w tym wszystkim wieloletnie drążenie skały czarnej kultury w postaci powtarzanego przez amerykańskich trenerów jak mantra etosu sportowca, odpowiedzialności, rozwoju, kultury, edukacji i awansu społecznego, nomen omen kierowania swoim życiem. Kiedy patrzę jak Chris Paul czy Rajon Rondo kontrolują wydarzenia boiskowe, dowodzą drużyną, zastanawiam się nad tym jak bardzo poczynania ich i idących w ich ślady młodych adeptów koszykówki nie wpisują się w szkołę bycia generałem w swoim życiu jaką dostają dziś w pamiątce po poprzednich 100 latach historii USA. Może chęć realizacji tych idei w swoim życiu przekłada się w jakiś minimalny sposób na kilka punktów procentowych więcej młodych, którzy marzą o byciu rozgrywającym a nie rzucającym, co ostatecznie przekłada się na nadmiar bogactwa na jednej pozycji? Może właśnie działalność Isiah'a Thomasa w Chicago? A może po prostu Earvin 'Magic' Johnson i Anfernee 'Penny' Hardaway?
A może po prostu specjalizacja jest zawsze dobra do momentu w którym potencjał rywali jest zbyt duży na samą specjalizację i mamy dziś erę combo-guardów? Raczej na pewno kilku dzisiejszych PG byłoby SG w poprzednich systemach (choćby Russel Westbrook, który stanowi, w swoim stylu z resztą, jakiś horrendalny, przejaskrawiony przykład tego stanu rzeczy).
Tutaj nasuwa się drugi wniosek. Dawny podział na 5 pozycji na boisku jest już przestarzały. Rozgrywający rzucają, rzucający rozgrywają, dwóch rozgrywających gra obok siebie, niscy skrzydłowi wykorzystują przewagę szybkości pozycję wyżej, centrzy rozciągają grę i rzucają trójki, a większość z nich to właściwie i tak silni skrzydłowi. Koniec końców zostają nam combo-guardzi i silni skrzydłowi. Atletyzm się szerzy. I to + LeBron James = teorie o small ball. Warto w tym roku się bliżej temu przyjrzeć. Faktycznie, granice między pozycjami się zacierają, jednak jak na razie zbyt wiele przykładów przeczy taktyce small ball jako skutecznej. Po pierwsze, zbyt często mylona jest ona z teorią, którą ja nazywam LeBron James. Najważniejszym argumentem w teorii small ball jest rezurekcja drogi po mistrzostwo Miami Heat po przesunięciu LBJ'a na pozycję silnego skrzydłowego, gdzie grał najefektywniej.
Czy nie jest jednak tak, że ideą trenera Spoelstry było po prostu wystawienie najsilniejszej piątki na parkiet, bez skazywania się na dzielnego, walecznego w obronie, ale fatalnego w ataku Joela Anthony'ego czy jego jeszcze gorszych zmienników na pozycji centra? Czy nie jest tak, że mówimy tutaj o wybryku natury, który jest najlepszym zawodnikiem na świecie i niekoniecznie najrzetelniejszym obiektem badań nad skutecznością small ball? Podobnie rzecz się ma z Durantem i Anthony'm w Knicks. Właściwie całe rozumowanie za small ball bardzo mnie przekonuje i nie poddawałbym go w wątpliwość, gdyby nie 2 bardzo dobre kontrargumenty w postaci fenomenalnych wyników +/- Utah Jazz z końca sezonu 11/12 z Paulem Millsapem jako niskim skrzydłowym i Derrickiem Favorsem i Alem Jeffersonem jako podkoszowymi, a także tym jak sprawdzał się small ball dream teamu 2012 na olimpiadzie w Londynie. W reprezentacji znalazło się 1,5 centra w postaci Tysona Chandlera i Kevina Love'a. Ani jeden ani drugi nie byli w pierwszej piątce czy nawet pierwszej siódemce najlepszych zawodników reprezentacji, jednak wyniki +/- USA z jednym albo drugim w składzie były o niebo lepsze niż wyniki magicznych piątek z Paulem, Bryantem, Durantem i Jamesem, ale bez klasycznego centra na parkiecie.
Tak czy siak (a jak) przed nami jeden z najlepszych sezonów w historii NBA, który powinien na dobre rozpocząć drugą złotą erę w dziejach organizacji. Wystarczy porównać fatalny lokaut 1999 z poprzednim i spojrzeć na 31. (zasłużone) miejsce gracza pokroju Josha Smitha w rankingu ESPN, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Jeśli to nie wystarczy, warto spojrzeć na najlepsze drafty w historii. Draft 1984 - Olajuwon, Jordan, Barkley, Stockton - napisał historię lat '90, draft 1996 - Iverson, Allen, Bryant, Nash - był niezły, draft 2003 - James, Wade, Anthony, Bosh, Szewczyk - pisze historię na naszych oczach, draft 2012 - Davis, Kidd-Gillchrist, Beal, Robinson, Lillard? - jest prawdopodobnie najgłębszym z wszystkich dotychczasowych i może niekoniecznie da nam czwórkę zawodników pokroju tych z 1984 roku, ale raczej na pewno przyniesie nam najwięcej all-starów z wszystkich pozostałych. Myślę, że w większości poprzednich draftów Jared Sullinger (20 pick w 2012), Perry Jones (27.) i Draymond Green (35) wybierani byliby bliżej miejsc 5-15. Tylko czekać na kolejnych chętnych do mistrzostwa.
Liga jest przygotowana na koniec świata znakomicie, przedwieczni będą zadowoleni panie Stern. W lokautowym sezonie 11/12 finały NBA transmitowane były do 215 krajów, a średnia wartość jednego klubu wynosiła około 400 mln $. Kiedy Stern przychodził do ligi 30 lat temu, finały (z udziałem Magica Johnsona, Kareema Abdula-Jabbara, Larry'ego Birda, Juliusa Ervinga, czy Mosesa Malone'a) nagrywane były na kasetę i odtwarzane następnego dnia, a wartość wszystkich 23 klubów wynosiła około 400 mln $. Teraz NBA jest małą marketingową utopią, świetnie opakowaną maszynką, perpetuum mobile do tworzenia historii, za które każdy chętnie płaci, bo wie że warto. I zawsze będzie.
Ach, więcej niż złoto - oto tytuł 1. notki człowieka nr 2 na blogu nr 4 polskiego internetu za 33 lata, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Big things have small beginnings, powiedział kiedyś Riddley Scott i w tym duchu będzie ten wpis.
BK i KZ założyli tego bloga, kierując się pielęgnowanym przez lata przeczuciem jakiejś grubej paraleli intersynaptycznej, które kompletnie rozbiją w zasadzie w pierwszy miesiąc pisania, co dobrze chyba oddaje możliwości jakie każdemu może dać taki ruch. Przyjmując, że KZ potrafi nazywać rzeczy po imieniu i wie kim jest, takich przelotnych paralel kiedy nieśmiertelność wydaje się być na wyciągnięcie ręki nawiązać powinien jednak całkiem sporo. Dlatego, będąc KZ (cześć), mam nadzieję, że z czasem kiedy nie będę traktować już tego bloga jako nauki pisania, porządnie sobie porozmawiamy. Koniec końców każdy z nas ma w głowie zupełnie inne rzeczy i superancko (1) byłoby się nimi powymieniać, szczególnie, że z każdym rokiem, niczym każda zakochana para, robimy to coraz rzadziej. I o to m.in. chodziło najgorszemu człowiekowi w dziejach ludzkości w "Warto rozmawiać".
Tutaj zasadnicza dla mojego podejścia do bloga debata - czy powinienem pisać tak żeby podobało się ludziom czy mi? - oczywiście, że mi - a co jeśli, to co podoba się tobie nie podoba się ludziom? - będziesz radosnym nieistniejącym człowiekiem - a co jeśli się podoba? - będziesz radosnym istniejącym człowiekiem - stupid deep, the best of all stupids, thank you, myself, case closed.
"The trick is to know when you're the latter, so you can become the former."
Dobrze, Andrzej już jest, więc możemy zaczynać. Zacznijmy od dygresji.
Czy wy też myślicie, że podpalenie wrocławskiego domu handlowego Feniks i postawienie go na nowo byłoby bardzo spójne (one day a real rain will come and wash this foul word off the vocabulary)? Gdyby się jeszcze udało zahaczyć pobliskiego McDonalds'a, Feniks miałby zagwarantowane miejsce w każdym następnym wydaniu Sprawiedliwości marek (wolę KFC). O naszym widzeniu brandingu będziemy tu za jakiś czas mówić częściej niż o czymkolwiek innym, póki co musimy się go jeszcze trochę pouczyć w polskich agencjach oferujących zombie pr (one day...). W międzyczasie, żeby zachować resztki duszy popiszemy tutaj o innych ślicznotkach, o których zawsze chcieliśmy coś powiedzieć, ale nie było okazji. Wyszalejemy się stylistycznie niczym Kobe, poczekamy, aż dołączy do nas jakiś Hiszpan i ruszymy na Boston.
Pierwsza notka będzie w duchu olimpijskim, ponieważ przed tym blogiem była olimpiada i było tam dużo niczego sobie historii. Wydarzyła się 9 sierpnia, kiedy akurat zniechęcony polskimi występami w Londynie kosiłeś trawę ze Space March w słuchawkach i zastanawiałeś co tak naprawdę znaczy powiedzieć, że coś jest ze wszech miardobre*. Amerykańska sztafeta 4x400m awansowała z najlepszym czasem eliminacji do finału. Najgorszy czas z czwórki biegaczy, 46,1 sekundy, uzyskał startujący na chwałę Boga (a jak) Manteo Mitchell, za co mocno oberwał od amerykańskich komentatorów z najszybszą kaczką w historii, Michaelem Johnsonem na czele. Nie zdawali sobie sprawy, że byli świadkami prawdopodobnie najbardziej olimpijskiego wyczynu w Londynie.
“As soon as I took the first step past the 200-meter mark, I felt it break. I heard it. I even put out a little war cry, but the crowd was so loud you couldn’t hear it. I wanted to just lie down. It felt like somebody literally just snapped my leg in half."
W połowie biegu Manteo złamał kość strzałkową lewej nogi, złapał kontuzję, która eliminuje najsprawniejszych atletów na długie tygodnie. Nasz bohater nie tylko się nie zatrzymał, ale biegł dalej tym samym tempem, raz po raz dociskając złamaną nogę do bieżni. W finale w wyjątkowo osłabionym składzie Ameryka zdobyła srebro. Mitchell oczywiście wszedł na podium z całą drużyną, stając się źródłem inspiracji dla rzeszy wypalonych pracą w boksach Amerykanów i starającego pracować się poza boksem mnie.
Dobrze wiem co zrobiłbym na jego miejscu, ale najciekawsze dla mnie jest co musiałbym zrobić ze sobą, żeby w takiej nagłej sytuacji, zrobić to co on. W końcu nie raz zdarzało się biec na spotkanie z najważniejszą dziewczyną mojego życia (tego dnia) z nadzieją, że zdążę jeszcze umyć zęby w tramwaju, żeby już w pierwszych 3 krokach skręcać wszystkie kostki i rezygnować, czy starać się zapakować piłkę z góry, ale już w połowie lotu spadać na ziemię. Było już kilka dobrych artykułów o granicach ludzkich możliwości, czy innych niestrudzonych wyczynowcach (choćby Tyler Hamilton, który zgubił kilka zębów, zaciskając je z bólu w trakcie wygranego ze złamanym obojczykiem etapu Tour de France, czy grający najwięcej minut na mecz z dziesięcioma kontuzjami Allen Iverson kontra pozostała 9-ka graczy na parkiecie), ale to biegacz ze złamaną nogą już na zawsze zajmie miejsce na Olimpie mojej świadomości, gdzieś pomiędzy Michaelem Dudikoffem i Jerzym Podbrożnym. Jego koledzy zdobyli srebro (jak się nazywali?), Usain Bolt zdobył 3 złota, on zdobył jednak coś więcej.
* w świecie jest nieskończenie wiele rzeczy i nieskończenie wiele miar, którymi można je oceniać. Miary te są wykorzystywane przez skończenie wielu ludzi na nieskończenie wiele sposobów. Prowadzi to do nieskończenie wielu interpretacji nieskończenie wielu rzeczy, które układają się w zestawy pomiarów rzeczywistości. W ocenie osoby świadomie używającej sformułowania "ze wszech miar dobre", opisywana rzecz jest nie mniej, nie więcej, w każdym z tych nieskończenie wielu pomiarów dobra, a więc właściwie jest ona dobra, niezależnie od obserwacji. Jak sobie wszystko pomnożymy to wyjdzie nam coś więcej niż nieskończoność, dajmy na to absolut.
Przykład: Słowa ze wszech miar zawodzą, żeby oddać historię gościa co złamał nogę ale dalej bardzo długo i bardzo szybko biegł.
O ile więcej człowiek widzi, kiedy wie co mówi.
A o ile więcej człowiek widzi, kiedy wie co czyta. Postaram się z każdą kolejną notką zostawiać trochę więcej wskazówek. Jeśli przebrnąłeś do końca jesteś dla tych oczu (props) niemniejszym bohaterem niż Manteo. Próbowałem cię złamać, ale biegłeś dalej długo i szybko. Jesteś Swagnation. Zawsze byłeś. Gratulacje. kz