Nie ważne czy śmigasz w roto. Jakie kategorie odpuszczasz. Czy draftujesz wężykiem. Nie ważne czy trafnie celujesz w sleeperów. Jakich masz keeperów. Czy ufasz Excelowi. Nie ważne czy hate'ujesz h2h na forach. Nawet nie ważne czy uważasz, że punkty są dla lamusów. Grasz w fantasy - jesteś gość. Ważne, że rozumiesz wszystkie zdania w tym akapicie (z następnymi może być gorzej).
Offseason fantasy w pełni. Zbieranki, ustawianki i mocki. Czas powoli sobie przypomnieć kim jest Eric Bledsoe (to chyba nie żaden sekret). Nowy sezon nadchodzi. Tak jak w przypadku NBA można jeszcze zadać pytanie: "czego się można spodziewać po nowym sezonie", tak w przypadku fantasy pytanie to zakrawa na zbrodnie.
Ten mało estetyczny, nudny obrazek to zalążek do przynajmniej kilku historii. Zawodnicy ułożyli się tak ze względu na ilość punktów wynikających z tajnego algorytmu naszej ligi. Algorytm jest tak miarodajny, że sam Josh Smith nie mógł uwierzyć co zrobił w sezonie 2011/12. A to dopiero jedna z historii.
Amar'e. Oj Ty słodki Amar'e. Szum jaki wokół siebie rozprzestrzenił ten człowiek w 2011 roku to prawdziwa symfonia z głębin oceanu lub innego miejsca, gdzie szum powstaje. Odrodzony człowiek. Zbawiciel w Nowym Jorku. Czysta energia. Ta ostatnia ma to do siebie, że ginie przy spotkaniu z brudną siłą. Carmelo Anthony zawsze szlajał się gdzieś w okolicach drugiej dziesiątki, grając mi na nerwach. Przyszedł ze swoją chimerycznością i zniszczył Amar'e, któremu nawet apostrof nie pomógł w pojedynku z gaśnicą. Kto to wszystko mógł przewidzieć?
Zależność między pozycją Kevina Duranta a Russela Westbrooka. Widzicie to? I nagle, gdy w ostatnim sezonie stali się wzajemnie kompatybilni, w pełni siebie świadomi, nadeszły złe wieści z Ministerstwa Kontuzji. Kto to wszystko mógł przewidzieć?
Wyskok DeMarcusa Cousinsa. Każdy to mógł przewidzieć.
Dwight Howard zbudował na tym obrazku piramidę. Wykorzystał do tego swoje murarskie zdolności i zasięg ramion. Dużo emocji, dramatów. Całkiem sporo zakończonych znajomości. Kilka odświeżonych. Droga pozbawiona róż. Gdyby Dwight Howard sprzedał prawa do swojej historii argentyńskiemu studio telewizyjnemu, nasze babcie zaczęłyby interesować się NBA. Znacząco wzrosły by też szanse na transmisje meczów w TV Polonia. Pomyślcie o tym. Ale znowu, kto to mógł przewidzieć?
Cyferki w fantasy to jedyne cyferki, które mogę oglądać godzinami. To jedyna okazja kiedy z niecierpliwością poganiam Excela, by się otworzył. I gdzieś tu jest kluczyk lub haczyk lub inny metalowy wihajster. Bo przecież ja nie wierzę w liczby. Nie, po prostu nie lubię wyznawców matematycznej religii, którzy stawiają liczby ponad ludzi. W fantasy liczby są narzędziami, nowy system śledzenia zawodników na boiskach NBA też jest narzędziem. Pewnie, to z fantasy wywodzi się cały ruch analityczny. Daryl Morey nie jedno roto ma za sobą. I wszystko fajnie, jeśli traktujemy liczby jako to, czym są, czyli uproszczeniem. Dlatego, mimo zaawansowanych statystyk, kamer, programów ewaluacyjnych potrzebny w tym wszystkim jest człowiek. Jego intuicja, doświadczenie i analiza tych liczb. To cała magia fantasy: mamy dostęp do kosmicznych liczb, statystyk, ale sami musimy ułożyć działanie.
I to wszystko ma zastosowanie już na poziomie fantasy points. Roto więcej od nas wymaga, daję więcej satysfakcji, ale czy jest lepszym odwzorowaniem prawdziwej koszykówki. Nie per se (Eros Ramazzotti mógłby nagrać taki kawałek z Kayah). Ile kategorii odpuścili poszczególni mistrzowie NBA (temat na artykuł dla kogoś?). Zresztą systemy w fantasy nie rozwijają się, by być jak ta liga między NYC a LA. W takim wypadku nigdy byśmy nie doszli do poziomu aukcyjnych draftów. Fantasy rozwija się swoim torem, by dawać rozrywkę, emocję i styl (niezbędny składnik eliksiru fantastyczności).
Wszystkie mecze są ważne, ale tylko niektóre są wielkie. Wszystkie finały są wielkie, ale nie wszystkie mają potencjał na miano historycznych. Wszystkie finały NBA są ciekawe, oprócz tych w 2007 roku. Chyba wszyscy jesteśmy zgodni: to będą niesamowite finały.
Na przestrzeni ostatnich 10 lat nie mieliśmy wielu okazji do szczególnej ekscytacji na te dni czerwca (chyba, że ktoś mieszka przy jednym ze stadionów Euro). Strasznie niewiele finałów miało historię. Dwa razy w tej dekadzie mieliśmy możliwość oglądania finałowego meczu nr 7, czyli meczu, który pobudza wyobraźnie każdego nastolatka. Prawdopodobnie te dwa finały miały też najlepszą historię. W obu wystąpił Rasheed Wallace, co prowadzi do prostego wniosku: Sheed = widowisko pierwsza klasa. W 2005 roku starcie dwóch defensywnych potęg, znak czasu, kunszt taktycznej i twardej koszykówki, Robert Horry i Wall-aces. Finał Detroit, San Antonio to dla mnie też przełom w obcowaniu z NBA. Można powiedzieć, że wtedy wszedłem na 4 z 10 poziomów zaangażowania. Kolejny, wyjątkowy finał spotkał mnie między 7. a 8. poziomem. Mamy dwie pary, które przez ostatnie 10 lat spotkały się na samym finiszu rozgrywek dwa razy. O ile Miami i Dallas to jednorazowa historia, która mnie zbytnio nie kręci, tak finały Celtics z Lakers swoim hype'm przekraczały stanowczo linię Kármána. W obu powtarzających się parach mamy wynik 1-1. A tylko w 2010 roku rywalizacja dotrwała do spotkania numer 7. Mit wyjściowej piątki, kontuzja Perkinsa, Derek Fisher, Kobe, Rondo, Kobe, najbardziej utytułowane kluby w historii, wyrafinowany Paul Pierce. Oczywiście finał w 2008 miał pewnie nawet większy hype, ale nie było odpowiedniej liczby meczy, by tu je zaliczyć. Od 2010 roku mieliśmy finały miałkie i dość nudne. 2011 rok miał ten swój słynny zwrot akcji, ale kto kibicował Dallas przez całe play offy? To nie jest zabawa.
Teraz możemy zostać nagrodzeni za cierpliwość, mamy przed sobą finały godne tej ligi. Większość ekspertów obstawia 7 spotkań, choć zdrowie Miami może pokrzyżować szyki wszystkim (nawet Pop będzie zdezorientowany). To może być największe wydarzenie w tej lidze od dawien dawna.
Z tej okazji, trochę przewrotnie, nie będę próbował przewidzieć przebiegu serii. O match-upach, uciekaniu z pułapek, kolanie pewnego gościa, trójkach innego, rudego gościa naczytaliście się pewnie tyle, że możecie te wersety recytować w trakcie time-outów. Możemy za to się zabawić w zaszyfrowane ciekawostki i statystyki, znaki na niebie i ziemi, które potrafi odczytać jedynie szlachetny Donald Arvid Nelson.
1. Doc Rivers powiedział kiedyś, że kocha IQ LeBrona James'a.
WNIOSEK DLA HEAT:
Możliwe, że Ray Allen jest zazdrosny o względy Riversa, dlatego należy go trzymać na ławce.
2. LeBron James ma w tym roku o 9% lepszą skuteczność za trzy niż w 2007 roku, kiedy to ostatnio spotkał się z Timem Duncanem w play-offs.
WNIOSEK DLA HEAT:
Niech sieka.
3. Tim Duncan ma w tym roku o 18% lepszą skuteczność za trzy niż w 2007 roku, kiedy to ostatnio spotkał się z LeBronem James'em w play-offs.
WNIOSEK DLA SPURS:
Niech sieka więcej niż LeBron.
4. Miami w tym sezonie regularnym zdobywało jedynie 99,4 punkta na wyjeździe.
WNIOSEK DLA HEAT:
W meczach na wyjeździe należy skupić się na obronie, a w domu na ataku.
5. Miami w tym sezonie regularnym zdobywało 134,5 punkta, gdy po drugiej stronie parkietu ustawieni byli zawodnicy Sacramento Kings.
WNIOSEK DLA HEAT:
Warto zaprosić DeMarcusa Cousinsa na wszystkie mecze. Niech usiądzie z Willem Smithem.
6. San Antonio Spurs najwięcej punktów zdobywało w grudniu, a najmniej w kwietniu.
WNIOSEK DLA SPURS:
Niech zawodnicy na każdy mecz przyjeżdżają w kurtkach.
7. San Antonio przegrało tylko 2 mecze w sezonie regularnym, gdy mieli ponad 1 dzień na odpoczynek.
WNIOSEK DLA SPURS:
Mecze nr 1, 2 i 5 w kieszeni, warto pomyśleć nad przełożeniem meczu nr 7. Jakieś tornado, coś?
8. LeBron ma wyższy wskaźnik Win Shares niż Parker i Duncan razem wzięci.
WNIOSEK DLA SPURS:
Podwajać LeBrona.
9. Tracy McGrady w tych play-offs ma prawie dwukrotnie większy TRB% (Total Rebound Percentage) od Tiago Splittera.
WNIOSEK DLA SPURS:
Grać small-ball z McGrady'm na PF.
10. Matt Bonner studiował na Florydzie.
WNIOSEK DLA SPURS:
Zaprosić niespełnioną miłość ze studiów Bonnera na mecz w Miami.
Dzięki tym zabiegom, będziemy mogli obserwować niepowtarzalne widowisko z ogromną ilością smaczków. Bez tych zabiegów jest to równie prawdopodobne. Już wiecie, jak wielkie będą to finały. Za godzinę pierwszy gwizdek. Dobrej zabawy!
By uczcić dzisiejsze koszykarskie święto, jakim jest All Star Game, nie będę o nim już wspominał. Parę dni temu miał miejsce dość szczególny mecz. Powtórka ostatnich finałów. Drugi raz w tym sezonie Oklahoma nie dała rady odegrać się za wydarzenia minionego lata. Właściwie sam mecz był bez historii. Russell Westbrook starał się urozmaicić show, kilka razy naprawdę się uśmiechnąłem. Np. wtedy. W pewnym momencie, Oklahoma nabrała wiatru w żagle i odrobiła 10 punktów straty, następnie LeBron uświadomił im, iż to była ta "mniejsza" połowa do odrobienia. Właściwie, w końcówce spotkanie tylko jedna kwestia miała znaczenie. Czy James pobije swój własny rekord?
Nie zrobił tego. Jednak, gdy kiedykolwiek, ktokolwiek wypowie słowa "mogłem, ale nie chciałem", przed oczami stanie mi ten mecz. Spójrzmy na to z tej strony: najlepszy obecnie koszykarz na świecie bije rekord z grupy tych "konsekwentnych". Coś w stylu, przez ile minut Dino Zoff nie puścił bramki, tylko trochę bardziej (tłumaczenie koszykówki na bazie piłki nożnej - jestem pasjonatem). W grę wchodzą dwie kategorie: punkty i skuteczność - kategorie, które niezbyt chętnie chodzą w parze. W takim wypadku, teraz każdy mecz może być podbijaniem rekordu. Tak się składa, że następne spotkanie to mecz mistrzów świata z vice-mistrzami (na potrzeby notki stosuje amerykańską narracje). Tak się składa, że takie mecze są specjalnie traktowane w terminarzu, by nikomu nie przyszło do głowy w tym czasie oglądać innego pojedynku (nomenklatura bokserska jest również przydatna). Tak się składa, że właśnie ten zawodnik odstawił ten mecz do lodówki (całkiem możliwe, że tym samym naraził się panu Szefowi). Gdy na kilka minut przed końcem Lebron miał powyżej 30 punktów i skuteczność 60%, rzucił dwa razy coś, co odczytałem jako komunikat "jak to trafie, to Westbrook jedzie na wakacje do Ciechocinka, z miejsca". Nie trafił, więc Russell mógł spokojnie zaliczyć jeszcze kilka strat. Gdyby Lebron trafił, mógłby się pojawić na okładce Super Expressu następnego dnia, ja zrobiłbym wielkie "ooooooouch, co za gość", a Micheal Jordan byłby smutny w swoje urodziny.
MJ ma 50 lat. O bracie, czas płynie. Różne czynniki z poprzedniego akapitu wpłynęły na zaostrzenie dyskusji "o najlepszym koszykarzu wszechczasów". W tym momencie można powiedzieć jedno: LeBron James jest bardziej dojrzałym koszykarzem niż Jordan. Nie koszykarsko, mentalnie. Nie chodzi tylko o to, jak radzi sobie z werbalną kreatywnością. Chodzi o to, jak podchodzi do tej gry. To ta postawa: ok, najpierw załatwmy zwycięstwo, potem pobawię się w kotka i myszkę z tym rekordem, nie wyszło, trudno. Wykorzystał sytuację, by zgnieść przeciwnika i zbudować team chemistry. W tym sezonie Miami wygląda imponująco, nie tylko pod względem gry, ale pod względem redystrybucji wiary, energii, zaufania i radości z gry. To czego brakowało im w pierwszym sezonie i w co powątpiewaliśmy rok temu. Patrząc na Chicago w latach 90-tych, Jordan był największym talentem i wolą walki tej drużyny, ale to Pippen był spoiwem drużyny. Gdyby zabawić się w moją ulubioną grę w gdybanie, możnaby zapytać "Gdzie dziś byłby MJ, gdy nie spotkał na swojej drodze Phila Jacksona?" Trenerzy NBA, którzy kształtowali LeBrona, delikatnie rzecz ujmując nie rażą nas silnymi osobowościami, a dziś jest on sercem i duszą drużyny.
Na czym powinno polegać porównywanie wielkich zawodników na przestrzeni lat. Na tym, kim są na boisku i co na nim robią. Czy można zrobić to biorąc pod uwagę całokształt, a nie pojedyncze statystyki? Nie, koniec, kropka. Mamy czasy Jordana, mamy czasy LeBrona, gdzieś pomiędzy mamy Kobiego. Wszyscy trzej zasługują na miano hegemonów koszykówki. Nic ponadto. Co można porównać? Czasy. Patrząc z perspektywy gwiazd tej ligi, zobaczyć jak się zmieniała. Widać tu jak na dłoni jak archetyp mistrzowskiej pychu ustępuje na rzecz mistrzowskiemu dystansowi. I gdzieś w tym wszystkim dostrzegamy, że jesteśmy więźniami pewnej narracji i kreacji (kreacja jest tu tylko dla rymu). Bo nagle, pojawia się pytanie, a może to Tim Duncan miał większy wpływ na rozwój tożsamości NBA, a dlaczego Kobe stał się bardziej zrównoważony po piątym mistrzostwie, kim w tej całej układance jest Allen Iverson itp. I cała układanka nam runie. Bo pewnych procesów nie da się tak po prostu trywializować.
Jest taki ktoś, persona niemała, prawdziwy ancymon, szlachetny czort, intelektualny absolut, zacny człowiek, oszczędny w słowach, trafny w spostrzeżeniach, dosadny, niemiłosiernie światły, wyczulony na fasadowość, pogardliwy wobec radykalizmów, kogo personaliów podać nie mogę. Nawet jakbym mógł, nie zrobiłbym tego, gdyż enigmatyczność jego osoby dodaje mu estymy. Od razu uprzedzę co poniektórych bystrzaków, nie jest to Shaq. Będziecie wiedzieć o nim tylko tyle, oto The Great Quotist.
W ramach współpracy z Nawet Nawet The Great Quotist będzie raczył nas swoimi cytatami, odnoszącymi się do różnych konstruktów otaczającego nas świata. Jego idee będę się starał interpretować, dobierając do jego myśli odpowiednie zdjęcia. Dziś rozmawiałem z The Great Quotist o mijającym roku, o końcu świata, o kulturze i ludziach stąpających po Ziemii w przededniu apokalipsy. The Great Quotist zaszczycił mnie kilkoma cytatami. Oto jego podsumowanie roku 2012.
"stop talking about championships,
start thinking about winners"
"the simplest meaning of progress
is a process that makes you more sophisticated every day"
Kiedyś, wiele lat temu, kiedy graliśmy w kosza, do starej biblioteki wpadła nasza Favernova. Pamiętam, że wlazłem przez okno i długo nie mogłem znaleźć piłki, błądząc między regałami. Biblioteka była bardzo zaniedbana, książki uginały się pod kurzem, nie pamiętam nawet czy był w niej wtedy ktokolwiek poza mną. Na jednej z półek zobaczyłem wtedy książkę z dziwnym wężowym medalionem na okładce i tytułem Czym jest Swag. Popatrzyłem na nią sekundę i poszedłem dalej.
Człowiek wiedział wtedy co to swag, on był młody, internet był młody, życie było mniej skomplikowane. Teraz jest Duży Confusion. Z jednej strony mamy Jaya-Z, który stara się porządkować systematykę w Swagger like us i wychodzi mu to jako tako. Z drugiej strony mamy rzesze Belieberów, którzy robią ze swagiem dokładnie to samo co ich biali bracia robili 10 lat temu z groovy, 20 lat temu z flippidy flop itd. Przygotowałem więc grafikę, która rozwiewa wszelkie wątpliwości.
Meksykanów na rowerze ze swagiem jest niestety znacznie mniej niż tych drugich, a jak to często bywa, im człowiek głupszy tym go więcej i już dziś prawie wszędzie swag oznacza starające się ciuszki i nowe cool. Takie osobliwe, choć często może z zamiaru komediowe, znaczenie pokazuje swaganaliza losowych swagtweetów:
jem sobie chińskie jedzonko #swag
ale jajca, obiad zjadłam w 16 min #swag
Jadę z mamą kupić buty i będę sobie w nich chodzić. #SWAG
Powinnam iść na korki z matmy, ale nie ide xD #Swag
Pewnie gdybym była ładna wstawiałabym wszędzie swój ryj i pisała "ale ja brzydka hihihi" a wszyscy pisaliby "ruchałbym" na niebiesko #swag
Bedw robic zadanie z Religii ahahahaha #Swag
im normal !! #SWAG
i hate it when i forget to turn my swag off at night and i wake up covered in bitches...
Ostatni tweet jest zasadzką, która dookreśla meksykański wykres brakiem hashtaga na końcu. Kto zgadnie kto jest jego autorem ten google #swag.
Generalnie nie wygląda to dobrze, ale na szczęście jest jeszcze takie miejsce, niepokalany bastion swagu, gdzie ten wciąż istnieje i od pokoleń przekazywany jest w nietkniętej, oryginalnej formie. I zawsze będzie [2]. Panie i Panowie, jeśli jeszcze mamy wątpliwości co do tego czym jest swaggadoccio, przed Wami nawetnawetowy ranking swagu rodem z NBA.
10. Swaggedy
Andre Miller za całokształt kariery jako twój stary wujek, który przychodzi z owiniętą papierową torbą butelką na Rucker Park i wygrywa 1 na 1 mimo tego, że masz vertical 150, a on horizontal -3.
9. Swagadaisical
LeBron James przedrzeźniający trademark move Kevina Garnetta, z którym nigdy tak do końca nie wiadomo czy jest swagga czy swagafucked, ale jednak tak igrać z nim bezczelnie w twarz wymaga dużej pewności siebie.
8. Young Swagabilli
Russell Westbrook, który na wszelką krytykę reaguje zwycięstwem poprzez uwypuklenie krytykowanej wady, a także za tę rozmowę:
Your wardrobe last night drew national attention. I loved the glasses. Where’d you come up with that style?
I’ve been wearing glasses all season. I think last night was probably just the night they finally seen it.
Now why no lenses in the frames?
I see better without ‘em.
So why wear ‘em at all then? Just a fashion statement?
There you go.
Where’d you get the idea?
I’ve been knowing how to dress for a while.
7. Swaggaccino
Typowy high-school swag uszlachetniony wyższą rangą rozgrywek. O klasie zawodnika świadczy to, że na najwyższym poziomie rywalizacji potrafi czuć się jak w liceum.
6. Swagadam
Swag, który budzi strach.
5. Swaggerdactyl
Twardy filadelfijski swag.
4. Swaggyver
Bardzo nietypowy swag chińsko-harvardzki. 15 sekund do końca meczu, wszystko w twoich rękach, tak jak lubisz. Podchodzisz spokojnie jak do tablicy pod linię 7,24m, wiesz dokładnie ile masz czasu, obliczasz wszystkie parametry, dobierasz odpowiednią parabolę do odległości i wagi piłki i nieśpiesznie przechodzisz do egzekucji. Udało się, trochę za dużo kciuka w to włożyłeś, ale już widzisz koleżanki z campusu wychodzące do sklepu po masło i rozpoczynasz swoją szaloną radość jakbyś dostał 4+ za rozprawkę.
3. Swaggerneger
Specjalne wyróżnienie dla Kapitana Jacka za całokształt twórczości ze szczególnym uwzględnieniem sezonu 02-03, kiedy zabijał Nets w czwartych kwartach finałów NBA i pomnik trwalszy niż ze spiżu wybudował sobie słowami "Pressure? I make love to pressure."
2. Swagasaurus Rex
Sir Swag o Angoli i wszystko jasne.
1. Swagabill Williams
Dwie trójki Carmelo z tego samego miejsca przeciwko defensywie Toma Thibodeau, jedna na dogrywkę, druga na zwycięstwo. Jeden z tych momentów, kiedy Carmelo wyglądał dla naszych oczu tak jak dla swoich przez ostatnie 10 lat.
0. Swag
Agent 0 za swojego swagowego panowania. W najważniejszym momencie wziąć sprawy w swoje ręce, zrobić co do ciebie należy, podnieść ręce w geście zwycięstwa zanim to ma jeszcze miejsce i zwyciężyć. Definicja Swaggadoccio.
Niezależnie od tego czy przeżywamy NBA od roku czy od lat 30-u, wszyscy dobrze wspominamy lata '90 kiedy po boiskach biegali centrzy i więcej niż pięciu rzucających obrońców z Clyde'm the Glide'm na czele. O jedno trofeum zabijali się wtedy jednocześnie Jego Powietrzność, Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, David Robinson, Hakeem Olajuwon, Pat Ewing, Shaq, Pippen, Rodman, Hardawayowie, Dikembe, Payton, Kemp, wspomniany Drexler, Jason Kidd, Grant Hill (ej, jako drugoroczniak miał statystyki bliskie 20-10-7 z pozycji SF, ktoś pamięta?) czy Chris Webber (do lat '90 zaliczyłem najważniejszych zawodników dekady, którzy grali tam minimum 5 lat). Trzeba było być naprawdę dobrym, żeby wygrać w takich okolicznościach 6 pierścieni na 7 podejść i naprawdę wkurzającym, żeby zabrać nam 2 finały z Hakeemem na rzecz spraw jakkolwiek większych niż koszykówka... Nie zmienia to faktu, że był to z pewnością złoty wiek NBA, który miał już nigdy nie wrócić. Co znamienne te piękne czasy zakończone zostały charakterystyczną grubą kreską w postaci końca kariery MJ i początku lokautu.
[*]
Teraz mamy rok 2012, początek drugiej dekady po złotym wieku Jordanowskim. Lokaut za nami, nowy sezon puka do drzwi, a w nim nowy król, który góruje niepodważalnie nad resztą książąt, hrabiów i margrabiów. W podobnym wieku do MJ'a na tym etapie kariery, po latach mozolnych trudów i kolejnych nauk na drodze do mistrzostwa (ekchem, Dallas AD 2011 vs. Detroit 1990?) pojął już podobno ciężar pierścienia i jest gotów zdominować całą dekadę, bez żadnych przerw na baseball (aczkolwiek z być może większym indywidualnym zagrożeniem w postaci Kevina Duranta). Okoliczności do pisania swojej legendy ma wcale nie mniej sprzyjające niż jego poprzednik. Nie ma już praktycznie centrów, rzucających obrońców jest właściwie jeszcze mniej, ale nowy płynny podział na combo-guardów i różnego rozmiaru skrzydłowych nie wydaje się być uboższy.
Na parkietach NBA z LBJem biegają dziś jednocześnie Chris Paul, Kobe Bryant, Kevin Durant, Kevin Love, Dwight Howard, Derrick Rose, Dwyane Wade, Carmelo, Ginobili, Rondo, Westbrook, Deron Williams, Dirk Nowitzki, 'Drew Bynum i Blake Griffin (14. miejsce w rankingu top500 ESPN, jak to napisał Noam Schiller, jedyny z top20 koszykarzy NBA który ma szanse być dwa razy lepszy niż jest teraz). Zanim zostanę deską zabity za te niegodne porównania, przypominam, że porównujemy całą dekadę '90 z reprezentacją zaledwie jednego roku dekady '10. Nie wygląda to chyba tak najgorzej, nie? W kwestii wysokich faktycznie prezentuje się to raczej zatrważająco, ale na pozostałych pozycjach młodzi nie mają się czego wstydzić.
Przyjrzyjmy się najbardziej rzetelnemu rankingowi zawodników w sieci. Top100 NBA 2012 w wykonaniu połowy Nawet Nawet, z którą w zasadzie od pierwszych sekund nie zgadza się całe Nawet Nawet, ale tak to już z rankingami bywa.
Trzy gwiazdki oznazają bardzo dobrych zawodników z potencjałem na udział w przyszłości w meczu gwiazd, pięć gwiazdek oznacza możliwości na poziomie elity historii NBA. Wyróżnionych zawodników jest łącznie 56 co daje blisko dwóch potential all-stars na drużynę. Szukając niżej, nie mogłem się nadziwić ilu świetnych koszykarzy musi grać w lidze 10-e skrzypce i czekać na swoje 5 minut, oglądając codziennie 10 reklam z MJ-em. Talentu starczy dla wszystkich, moim skromnym zdaniem w tym wieku więcej w jednym miejscu go nie widzieliśmy. Nie wiem ilu potencjalnych MVP Euroligi mamy w tym roku w NBA, ale przeglądając składy skazanych na pożarcie Bobcats, Kings, Pistons i Wizards, nie macie wrażenia, że oni mają po prostu bardzo dużo dobrych gości? Dawno już nie było tak mało słabych drużyn w lidze. Ponadto drużyna złożona z Paula, Bryanta, Jamesa, Love'a i Howarda mogłaby przegrać kwartę w Rucker Parku z drużyną złożoną z Millera, Allena, Mariona, Ilyasovy i DeAndre Jordana, co świadczy o wyrównanym poziomie ligi, hoho.
Po sporządzeniu rankingu moją uwagę przykuły jeszcze dwie rzeczy.
Po pierwsze, mocno zarysowane dążenie do równowagi po odejściu (nie oszukujmy się więcej) Barona Davisa. Najsilniej obsadzoną pozycją w lidze jest pozycja rozgrywającego. Jest pewnie wiele składników takiego stanu rzeczy, zastanawiam się jednak, czysto magicznie i absurdalnie, jaki udział (choćby najmniejszy, maciupeńki) bierze w tym wszystkim wieloletnie drążenie skały czarnej kultury w postaci powtarzanego przez amerykańskich trenerów jak mantra etosu sportowca, odpowiedzialności, rozwoju, kultury, edukacji i awansu społecznego, nomen omen kierowania swoim życiem. Kiedy patrzę jak Chris Paul czy Rajon Rondo kontrolują wydarzenia boiskowe, dowodzą drużyną, zastanawiam się nad tym jak bardzo poczynania ich i idących w ich ślady młodych adeptów koszykówki nie wpisują się w szkołę bycia generałem w swoim życiu jaką dostają dziś w pamiątce po poprzednich 100 latach historii USA. Może chęć realizacji tych idei w swoim życiu przekłada się w jakiś minimalny sposób na kilka punktów procentowych więcej młodych, którzy marzą o byciu rozgrywającym a nie rzucającym, co ostatecznie przekłada się na nadmiar bogactwa na jednej pozycji? Może właśnie działalność Isiah'a Thomasa w Chicago? A może po prostu Earvin 'Magic' Johnson i Anfernee 'Penny' Hardaway?
A może po prostu specjalizacja jest zawsze dobra do momentu w którym potencjał rywali jest zbyt duży na samą specjalizację i mamy dziś erę combo-guardów? Raczej na pewno kilku dzisiejszych PG byłoby SG w poprzednich systemach (choćby Russel Westbrook, który stanowi, w swoim stylu z resztą, jakiś horrendalny, przejaskrawiony przykład tego stanu rzeczy).
Tutaj nasuwa się drugi wniosek. Dawny podział na 5 pozycji na boisku jest już przestarzały. Rozgrywający rzucają, rzucający rozgrywają, dwóch rozgrywających gra obok siebie, niscy skrzydłowi wykorzystują przewagę szybkości pozycję wyżej, centrzy rozciągają grę i rzucają trójki, a większość z nich to właściwie i tak silni skrzydłowi. Koniec końców zostają nam combo-guardzi i silni skrzydłowi. Atletyzm się szerzy. I to + LeBron James = teorie o small ball. Warto w tym roku się bliżej temu przyjrzeć. Faktycznie, granice między pozycjami się zacierają, jednak jak na razie zbyt wiele przykładów przeczy taktyce small ball jako skutecznej. Po pierwsze, zbyt często mylona jest ona z teorią, którą ja nazywam LeBron James. Najważniejszym argumentem w teorii small ball jest rezurekcja drogi po mistrzostwo Miami Heat po przesunięciu LBJ'a na pozycję silnego skrzydłowego, gdzie grał najefektywniej.
Czy nie jest jednak tak, że ideą trenera Spoelstry było po prostu wystawienie najsilniejszej piątki na parkiet, bez skazywania się na dzielnego, walecznego w obronie, ale fatalnego w ataku Joela Anthony'ego czy jego jeszcze gorszych zmienników na pozycji centra? Czy nie jest tak, że mówimy tutaj o wybryku natury, który jest najlepszym zawodnikiem na świecie i niekoniecznie najrzetelniejszym obiektem badań nad skutecznością small ball? Podobnie rzecz się ma z Durantem i Anthony'm w Knicks. Właściwie całe rozumowanie za small ball bardzo mnie przekonuje i nie poddawałbym go w wątpliwość, gdyby nie 2 bardzo dobre kontrargumenty w postaci fenomenalnych wyników +/- Utah Jazz z końca sezonu 11/12 z Paulem Millsapem jako niskim skrzydłowym i Derrickiem Favorsem i Alem Jeffersonem jako podkoszowymi, a także tym jak sprawdzał się small ball dream teamu 2012 na olimpiadzie w Londynie. W reprezentacji znalazło się 1,5 centra w postaci Tysona Chandlera i Kevina Love'a. Ani jeden ani drugi nie byli w pierwszej piątce czy nawet pierwszej siódemce najlepszych zawodników reprezentacji, jednak wyniki +/- USA z jednym albo drugim w składzie były o niebo lepsze niż wyniki magicznych piątek z Paulem, Bryantem, Durantem i Jamesem, ale bez klasycznego centra na parkiecie.
Tak czy siak (a jak) przed nami jeden z najlepszych sezonów w historii NBA, który powinien na dobre rozpocząć drugą złotą erę w dziejach organizacji. Wystarczy porównać fatalny lokaut 1999 z poprzednim i spojrzeć na 31. (zasłużone) miejsce gracza pokroju Josha Smitha w rankingu ESPN, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Jeśli to nie wystarczy, warto spojrzeć na najlepsze drafty w historii. Draft 1984 - Olajuwon, Jordan, Barkley, Stockton - napisał historię lat '90, draft 1996 - Iverson, Allen, Bryant, Nash - był niezły, draft 2003 - James, Wade, Anthony, Bosh, Szewczyk - pisze historię na naszych oczach, draft 2012 - Davis, Kidd-Gillchrist, Beal, Robinson, Lillard? - jest prawdopodobnie najgłębszym z wszystkich dotychczasowych i może niekoniecznie da nam czwórkę zawodników pokroju tych z 1984 roku, ale raczej na pewno przyniesie nam najwięcej all-starów z wszystkich pozostałych. Myślę, że w większości poprzednich draftów Jared Sullinger (20 pick w 2012), Perry Jones (27.) i Draymond Green (35) wybierani byliby bliżej miejsc 5-15. Tylko czekać na kolejnych chętnych do mistrzostwa.
Liga jest przygotowana na koniec świata znakomicie, przedwieczni będą zadowoleni panie Stern. W lokautowym sezonie 11/12 finały NBA transmitowane były do 215 krajów, a średnia wartość jednego klubu wynosiła około 400 mln $. Kiedy Stern przychodził do ligi 30 lat temu, finały (z udziałem Magica Johnsona, Kareema Abdula-Jabbara, Larry'ego Birda, Juliusa Ervinga, czy Mosesa Malone'a) nagrywane były na kasetę i odtwarzane następnego dnia, a wartość wszystkich 23 klubów wynosiła około 400 mln $. Teraz NBA jest małą marketingową utopią, świetnie opakowaną maszynką, perpetuum mobile do tworzenia historii, za które każdy chętnie płaci, bo wie że warto. I zawsze będzie.