Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swagnation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swagnation. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 listopada 2012

Swaggadoccio


Still from Parks & Recreation, Tom Haverford by Aziz Ansari

Kiedyś, wiele lat temu, kiedy graliśmy w kosza, do starej biblioteki wpadła nasza Favernova. Pamiętam, że wlazłem przez okno i długo nie mogłem znaleźć piłki, błądząc między regałami. Biblioteka była bardzo zaniedbana, książki uginały się pod kurzem, nie pamiętam nawet czy był w niej wtedy ktokolwiek poza mną. Na jednej z półek zobaczyłem wtedy książkę z dziwnym wężowym medalionem na okładce i tytułem Czym jest Swag. Popatrzyłem na nią sekundę i poszedłem dalej.

Człowiek wiedział wtedy co to swag, on był młody, internet był młody, życie było mniej skomplikowane. Teraz jest Duży Confusion. Z jednej strony mamy Jaya-Z, który stara się porządkować systematykę w Swagger like us i wychodzi mu to jako tako. Z drugiej strony mamy rzesze Belieberów, którzy robią ze swagiem dokładnie to samo co ich biali bracia robili 10 lat temu z groovy, 20 lat temu z flippidy flop itd. Przygotowałem więc grafikę, która rozwiewa wszelkie wątpliwości.

specjalny graf wyjaśniający posiadanie swagu na podstawie jego zwrotu


Meksykanów na rowerze ze swagiem jest niestety znacznie mniej niż tych drugich, a jak to często bywa, im człowiek głupszy tym go więcej i już dziś prawie wszędzie swag oznacza starające się ciuszki i nowe cool. Takie osobliwe, choć często może z zamiaru komediowe, znaczenie pokazuje swaganaliza losowych swagtweetów:

  • jem sobie chińskie jedzonko #swag
  • ale jajca, obiad zjadłam w 16 min #swag
  • Jadę z mamą kupić buty i będę sobie w nich chodzić. #SWAG
  • Powinnam iść na korki z matmy, ale nie ide xD #Swag
  • Pewnie gdybym była ładna wstawiałabym wszędzie swój ryj i pisała "ale ja brzydka hihihi" a wszyscy pisaliby "ruchałbym" na niebiesko #swag
  • Bedw robic zadanie z Religii ahahahaha #Swag
  • im normal !! #SWAG
  • i hate it when i forget to turn my swag off at night and i wake up covered in bitches...

Ostatni tweet jest zasadzką, która dookreśla meksykański wykres brakiem hashtaga na końcu. Kto zgadnie kto jest jego autorem ten google #swag.

Generalnie nie wygląda to dobrze, ale na szczęście jest jeszcze takie miejsce, niepokalany bastion swagu, gdzie ten wciąż istnieje i od pokoleń przekazywany jest w nietkniętej, oryginalnej formie. I zawsze będzie [2]. Panie i Panowie, jeśli jeszcze mamy wątpliwości co do tego czym jest swaggadoccio, przed Wami nawetnawetowy ranking swagu rodem z NBA.

10. Swaggedy



Andre Miller za całokształt kariery jako twój stary wujek, który przychodzi z owiniętą papierową torbą butelką na Rucker Park i wygrywa 1 na 1 mimo tego, że masz vertical 150, a on horizontal -3.

9. Swagadaisical



LeBron James przedrzeźniający trademark move Kevina Garnetta, z którym nigdy tak do końca nie wiadomo czy jest swagga czy swagafucked, ale jednak tak igrać z nim bezczelnie w twarz wymaga dużej pewności siebie.

8. Young Swagabilli


Russell Westbrook, Oklahoma City Thunder press conference, photo by Getty Images


Russell Westbrook, który na wszelką krytykę reaguje zwycięstwem poprzez uwypuklenie krytykowanej wady, a także za tę rozmowę:
Your wardrobe last night drew national attention. I loved the glasses. Where’d you come up with that style?  
I’ve been wearing glasses all season. I think last night was probably just the night they finally seen it.
Now why no lenses in the frames? 
I see better without ‘em. 
So why wear ‘em at all then? Just a fashion statement? 
There you go. 
Where’d you get the idea? 
I’ve been knowing how to dress for a while.

7. Swaggaccino



Typowy high-school swag uszlachetniony wyższą rangą rozgrywek. O klasie zawodnika świadczy to, że na najwyższym poziomie rywalizacji potrafi czuć się jak w liceum.

6. Swagadam



Swag, który budzi strach.

5. Swaggerdactyl



Twardy filadelfijski swag.

4. Swaggyver



Bardzo nietypowy swag chińsko-harvardzki. 15 sekund do końca meczu, wszystko w twoich rękach, tak jak lubisz. Podchodzisz spokojnie jak do tablicy pod linię 7,24m, wiesz dokładnie ile masz czasu, obliczasz wszystkie parametry, dobierasz odpowiednią parabolę do odległości i wagi piłki i nieśpiesznie przechodzisz do egzekucji. Udało się, trochę za dużo kciuka w to włożyłeś, ale już widzisz koleżanki z campusu wychodzące do sklepu po masło i rozpoczynasz swoją szaloną radość jakbyś dostał 4+ za rozprawkę.

3. Swaggerneger



Specjalne wyróżnienie dla Kapitana Jacka za całokształt twórczości ze szczególnym uwzględnieniem sezonu 02-03, kiedy zabijał Nets w czwartych kwartach finałów NBA i pomnik trwalszy niż ze spiżu wybudował sobie słowami "Pressure? I make love to pressure."

2. Swagasaurus Rex



Sir Swag o Angoli i wszystko jasne.

1. Swagabill Williams



Dwie trójki Carmelo z tego samego miejsca przeciwko defensywie Toma Thibodeau, jedna na dogrywkę, druga na zwycięstwo. Jeden z tych momentów, kiedy Carmelo wyglądał dla naszych oczu tak jak dla swoich przez ostatnie 10 lat.

0. Swag



Agent 0 za swojego swagowego panowania. W najważniejszym momencie wziąć sprawy w swoje ręce, zrobić co do ciebie należy, podnieść ręce w geście zwycięstwa zanim to ma jeszcze miejsce i zwyciężyć. Definicja Swaggadoccio.

Swag Counter: 46

kz

czwartek, 29 listopada 2012

Dikembe Mutombo's 4 1/2 Weeks to Save the World Vs. Barkley Shut Up and Jam: Gaiden


Dikembe Mutombo's 4 1/2 Weeks to Save the World by Old Spice

To było tak oczywiste, że stało się przestarzałym newsem jeszcze przed swoją premierą. Old Spice wypuścił 8/16-bitowy homage dla starych gier z Systemu Rozrywki Nintento (NES), w którym Dikembe Mutombo z pomocą random turkeya i Science the Bear'a wydłuża czas do przepowiedzianego przez Majan końca świata (prawie tak dobre jak Media Markt, nie?). Żeby nie było tak daremnie, na razie możemy grać tylko na 2 poziomach i z każdym kolejnym tygodniem dochodzi nowy, a na pierwszym poziomie latamy na jet-packu z Old-Spice ("Thank goodness. This superior deodorant product is also a jet-pack.") etc. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za strategię odradzania nieco zapomnianej kiedyś marki P&G, ale jestem mu bardzo wdzięczny, że przepchnął big idea, które jest tak elastyczne i sprzyjające niepopartym badaniami fokusowymi pomysłom. Z wielu wielu powodów.

Old Spice przypomniało mi jednak o innej NES-ówce, w którą każdy człowiek powinien kiedyś zagrać. Dość powiedzieć, że bez niej nie byłoby nigdy gry z Dikembe w roli tytułowej.

Warning: This Game is Canon. Obraz z gry Barkley Shut Up and Jam: Gaiden.

Barkley Shut Up and Jam: Gaiden, czyli najlepsza amatorska gra roku 2007 to rozbudowana mieszanka Final Fantasy, Fallouta i NBA Live z elementami dating simulatora, poem simulatora i zręcznościowymi wyzwaniami na których wzorowali się twórcy Heavy Rain. Nie wiem jak szeroka jest nisza lubująca się w oldschoolu, NBA i RPG, ale nawet do niej nie należąc, trudno nie dać się porwać makabrycznie internetowemu poczuciu humoru w najlepszym wydaniu i niemal perfekcyjnej realizacji wszystkich nauk Josepha Campbella. Nie zdradzę za dużo fabuły (jest złożoną, mistrzowską, wielofasadową kompozycją), jeśli powiem, że na swojej drodze spotykamy Kazaama, Vinceborga 2050, walczymy z Ghost Dad'em i Jordanem czy ratujemy Dikembe Mutombo, przedłużając nadzieje na rok 2013. Gra jest darmowa i warta świeczki. If you can't slam with the best, then jam with the rest.


ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

P.S. Na Kickstarterze sfinansowana została już druga część gry, jednak budzi u mnie zbyt wiele obaw fabularnych, żeby polecać ją przed ukończeniem.

kz

piątek, 21 września 2012

La leyenda

Zidane, Hornets, Telegazeta, Podbrożny, Alaves, Davids, Figo, Reiziger, Canizares, Rivaldo, Rublev, Spanish


Był 17 czerwca 2001 roku. Chłopcy wciąż chodzili w koszulkach klubowych po 30zł (Ronaldo, Zidane, Del Piero, Shearer, Zola, Raul), starsi stawiali na klasykę w postaci efektownych bluz Startera i 8-szwowych czapeczek Charlotte Hornets, od czasu do czasu ktoś przywdział modną wtedy w Szczecinie koszulkę Kerry'ego Kittlesa (czemu?!), a mecze oglądało się na telegazecie albo kodowanym Canal+. Szczecińscy Galacticos z Mielcarskim i Podbrożnym w napadzie byli najlepszą drużyną w Polsce, ale skradziono im 50% punktów w rundzie wiosennej, a Tomasz Frankowski był już właściwie wtedy weteranem ekstraklasy. W tym samym sezonie Emmanuel Olisadebe o mały włos nie wyeliminował Panathinaikosu z Ligi Mistrzów, do którego powędrował rok później, gdzie wychodziło mu to już znacznie lepiej, a pierwsze miejsce w fazie grupowej zajmował Sturm Graz z grającym wcześniej Leona Kowalskiego w Łowcy Androidów Kazimierzem Sidorczukiem na bramce. Real Madryt wchodził do rozgrywek o Puchar Europy po zajęciu 5. miejsca w La Liga, skazując 4. Real Zaragoza na przegrany thriller z Wisłą Kraków (4-1, 1-4), w rozgrywkach w których finale Cruyff strzelał Liverpoolowi na 4-4. Generalnie nikt nie wiedział co się dzieje, a ja, jak widać po tej panoramie, zaklikiwałem się na śmierć w bazach danych Championship Managera (co oznaczało spędzanie monstrualnych wydawałoby się wtedy 3 godzin dziennie przy komputerze).

W swojej głowie byłem wtedy pół-Katalończykiem ekscytującym się historią hiszpańskich walk niepodległościowych jak to tylko młody Polak potrafi. Rozpoczynałem jedyną w swoim rodzaju, nieposkromioną do dziś, autodestrukcyjną miłość do przegrywania w pięknym stylu (dlatego nie do końca potrafię utożsamiać się z wygrywającą w zupełnie innym i na moje oko znacznie mniej porywającym stylu Barceloną Guardioli, chociaż nie ulega wątpliwości, że to najlepsza Barcelona jaką widzieliśmy. Nie rozumiem tylko owczego pędu komentatorów, którzy mylą piękno gry ze skutecznością, zapominając o takich cudach jak mecz Barcelona Fiorentina 4-2 z 1999, czy drugą połowę pierwszego sezonu Laporty i Riijkarda w ustawieniu Cocu-Davids-Xavi-Ronaldinho-Luis Garcia-Kluivert. Ale o tym później). Po 2 mistrzostwach Hiszpanii przyszedł czas na wicemistrzostwo, jakiś Portugalczyk przeszedł do innego klubu, Barcelona wzięła się więc do roboty i wymieniła Ruuda Hespa na francuskiego Kena Wakashimazu z Celty Vigo. Zapatrzeni w to wydarzenie kibice przegapili jeden z najważniejszych momentów w historii klubu - Xavi - młodziutka gwiazda olimpiady w Sydney (gdzie Hiszpania przegrała złoto z Kamerunem dzięki bramce, oczywiście, Samuela Eto'o) zastępowała właśnie Josepa Guardiolę na mistycznej pozycji nr 4 (np. Dariusz Gęsior w Pogoni). Tak czy siak, pomimo dobrze obsadzonej pozycji bramkarza i najlepiej bronionych flanek w Europie (legendarnie bezradni wtedy Sergi i Reiziger) europejskie puchary przegraliśmy z kretesem. Rozwydrzone bachory z Leeds (półfinał Ligi Mistrzów z Valencią, ktoś pamięta?), Oliver Bierhoff i dżentelmeni z Liverpoolu okazali się za silni na grającą urzekająco, ale oddającą na tacy wszystkie atuty Barceloną. Właściwie z Liverpoolem (półfinał Pucharu Uefa) rzecz miała się zupełnie inaczej, szybko zareagował na szczęście zasługujący na 10 notek, najswobodniej poruszający się po boisku Patrick Kluivert próbujący złapać piłkę ręką w polu karnym. Na wysokości 3 metrów.

I teraz już faktycznie był 17 czerwca 2001 roku, gdy gdzieś na paryskim cmentarzu Andriej Tarkowski powiedział "O, właśnie". Barcelona zajmowała 5. miejsce w lidze i miała 3 punkty straty do Valencii, z którą mierzyła się w ostatnim meczu sezonu. Każdy inny wynik niż zwycięstwo wiązał się z kolejną degradacją do drugiej ligi europejskiej, utratą dziesiątek milionów dolarów, resztek honoru i generalnie wszystkiego. Na Camp Nou przyjechała drużyna Canizaresa, Ayali i Barajy, którzy, warto wspomnieć, za kolegów mieli jeden z najbardziej niewydarzonych duetów pomocników - Didiera Deschampsa i Pablo Aimara. Był to bez wątpienia najbardziej emocjonujący mecz jaki oglądałem na telegazecie i dokańczałem w Teleexpressie. Barcelona jaka by wtedy nie była, miała jeden atut którego obawiałaby się każda obrona w dziejach piłki nożnej. Nie tak konsekwentny jak rok, dwa wcześniej, ale wciąż, gdy miał swój dzień, niezależnie od pozostałych 21 zawodników na boisku, kompletował po prostu hat-tricka, przeważnie strzałami z 30-40 metrów. Pamiętam jak jakieś 7 lat temu 18-letni, nieznany jeszcze światu Messi błysnął w meczu z Juventusem. Fabio Capello następny rok co tydzień dzwonił do zarządu Barcelony z prośbą o natychmiastowy transfer, ale przede wszystkim ktoś rzucił na forum - "najlepsza lewa noga od czasów Rivaldo". To był ten jeden moment, kiedy natychmiastowo wstałem z krzesła i znieruchomiałem na 3 sekundy w geście klasycznego hollywoodzkiego COULD IT BE? Bo takie lewe nogi zmieniają epokę. Messiego zrobiła to lepiej, ale nie potrafiła strzelać takich bramek jak ta naleząca do Rivaldo. Rozszalała lewa noga obijająca z premedytacją wszystkie słupki i poprzeczki jak żadna inna wcześniej to jedno, ale zupełnie pokręcony sposób składania się do strzału, który wytrąca z równowagi całe ciało (patrz druga bramka) to dla mnie jedna z najlepszych historii piłki nożnej. Lat 1998-2002.

Rivaldo mierzył się nie tylko z presją sytuacji, 100 000 kibiców na trybunach i jedną z najtwardszych defensyw XXI wieku, ale też kunsztem obronnym kolegów z drużyny. Strzałami ze swoich ulubionych odległości wyprowadzał drużynę na prowadzenie, szkolne błędy w ustawieniu doprowadziały jednak do dwóch szczupaków wchodzącego z głębi pola Barajy (swoją drogą zaskakujące jak nawet dziś skuteczną bronią na ofensywnie usposobione drużyny jest bramkostrzelny defensywny pomocnik). 47. minuta meczu, kolejny hero-ball Rivaldo wychodzi na remis - 2-2.

Wszystko wskazywało już na klasyczny scenariusz bicia głową w mur 11 zawodników za linią piłki, kiedy przyszedł ten subiektywnie najpiękniejszy moment w dziejach klubu. 89. minuta meczu, jeden z najlepszych rogrywających na pozycji środkowego obrońcy Frank de Boer zagrywa w-pierwszej-chwili-wydawałoby-się-bezsensowną miękką prostopadłą wrzutkę na 18. metr.

W momencie zagrania Rivaldo już sobie to wykombinował, podbiega, wystawia sobie piłkę na strzał klatką piersiową i nie wiedzieć czemu uderza z przewrotki sprzed pola karnego. Kto by na to wpadł w zaistniałej sytuacji? Na pewno połowa chłopców z podwórka, ale kto strzelił by to kilka centymetrów przy krótkim słupku na najbardziej niewygodnej dla bramkarza wysokości? Co by zrobili w identycznym meczu Messi, Ronaldinho, Romario, Ronaldo, Cruyff, Maradona?

Jak to dobrze powiedział kolega z Hiszpanii:

Hat trick de Rivaldo al Valencia en el Camp Nou, gracias al cual el Barça se clasificó para la Liga de Campeones en el último minuto de la última jornada de Liga.
Los tres goles, siendo el último una chilena magistral desde fuera del área, son una pequena muestra de la magia del que será siempre uno de los mejores futbolistas de todos los tiempos...
Rivaldo, la leyenda del fútbol.

kz

wtorek, 4 września 2012

Więcej niż złoto

Ach, więcej niż złoto - oto tytuł 1. notki człowieka nr 2 na blogu nr 4 polskiego internetu za 33 lata, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Big things have small beginnings, powiedział kiedyś Riddley Scott i w tym duchu będzie ten wpis.


highlander, immortality through communication
BK i KZ założyli tego bloga, kierując się pielęgnowanym przez lata przeczuciem jakiejś grubej paraleli intersynaptycznej, które kompletnie rozbiją w zasadzie w pierwszy miesiąc pisania, co dobrze chyba oddaje możliwości jakie każdemu może dać taki ruch. Przyjmując, że KZ potrafi nazywać rzeczy po imieniu i wie kim jest, takich przelotnych paralel kiedy nieśmiertelność wydaje się być na wyciągnięcie ręki nawiązać powinien jednak całkiem sporo. Dlatego, będąc KZ (cześć), mam nadzieję, że z czasem kiedy nie będę traktować już tego bloga jako nauki pisania, porządnie sobie porozmawiamy. Koniec końców każdy z nas ma w głowie zupełnie inne rzeczy i superancko (1) byłoby się nimi powymieniać, szczególnie, że z każdym rokiem, niczym każda zakochana para, robimy to coraz rzadziej. I o to m.in. chodziło najgorszemu człowiekowi w dziejach ludzkości w "Warto rozmawiać".

Tutaj zasadnicza dla mojego podejścia do bloga debata - czy powinienem pisać tak żeby podobało się ludziom czy mi? - oczywiście, że mi - a co jeśli, to co podoba się tobie nie podoba się ludziom? - będziesz radosnym nieistniejącym człowiekiem - a co jeśli się podoba? - będziesz radosnym istniejącym człowiekiem - stupid deep, the best of all stupids, thank you, myself, case closed.
"The trick is to know when you're the latter, so you can become the former."
Dobrze, Andrzej już jest, więc możemy zaczynać. Zacznijmy od dygresji.

wrocławsi dom handlowy Feniks
Czy wy też myślicie, że podpalenie wrocławskiego domu handlowego Feniks i postawienie go na nowo byłoby bardzo spójne (one day a real rain will come and wash this foul word off the vocabulary)? Gdyby się jeszcze udało zahaczyć pobliskiego McDonalds'a, Feniks miałby zagwarantowane miejsce w każdym następnym wydaniu Sprawiedliwości marek (wolę KFC). O naszym widzeniu brandingu będziemy tu za jakiś czas mówić częściej niż o czymkolwiek innym, póki co musimy się go jeszcze trochę pouczyć w polskich agencjach oferujących zombie pr (one day...). W międzyczasie, żeby zachować resztki duszy popiszemy tutaj o innych ślicznotkach, o których zawsze chcieliśmy coś powiedzieć, ale nie było okazji. Wyszalejemy się stylistycznie niczym Kobe, poczekamy, aż dołączy do nas jakiś Hiszpan i ruszymy na Boston. 


Pierwsza notka będzie w duchu olimpijskim, ponieważ przed tym blogiem była olimpiada i było tam dużo niczego sobie historii. Wydarzyła się 9 sierpnia, kiedy akurat zniechęcony polskimi występami w Londynie kosiłeś trawę ze Space March w słuchawkach i zastanawiałeś co tak naprawdę znaczy powiedzieć, że coś jest ze wszech miar dobre*. Amerykańska sztafeta 4x400m awansowała z najlepszym czasem eliminacji do finału. Najgorszy czas z czwórki biegaczy, 46,1 sekundy, uzyskał startujący na chwałę Boga (a jak) Manteo Mitchell, za co mocno oberwał od amerykańskich komentatorów z najszybszą kaczką w historii, Michaelem Johnsonem na czele. Nie zdawali sobie sprawy, że byli świadkami prawdopodobnie najbardziej olimpijskiego wyczynu w Londynie. 
“As soon as I took the first step past the 200-meter mark, I felt it break. I heard it. I even put out a little war cry, but the crowd was so loud you couldn’t hear it. I wanted to just lie down. It felt like somebody literally just snapped my leg in half."
W połowie biegu Manteo złamał kość strzałkową lewej nogi, złapał kontuzję, która eliminuje najsprawniejszych atletów na długie tygodnie. Nasz bohater nie tylko się nie zatrzymał, ale biegł dalej tym samym tempem, raz po raz dociskając złamaną nogę do bieżni. W finale w wyjątkowo osłabionym składzie Ameryka zdobyła srebro. Mitchell oczywiście wszedł na podium z całą drużyną, stając się źródłem inspiracji dla rzeszy wypalonych pracą w boksach Amerykanów i starającego pracować się poza boksem mnie.

Luke Wilson i Bill Murray w Royal Tenenbaums Wesa Andersona


rzeźba na pustyni w trakcie festivalu Burning Man w Nevadzie



Dobrze wiem co zrobiłbym na jego miejscu, ale najciekawsze dla mnie jest co musiałbym zrobić ze sobą, żeby w takiej nagłej sytuacji, zrobić to co on. W końcu nie raz zdarzało się biec na spotkanie z najważniejszą dziewczyną mojego życia (tego dnia) z nadzieją, że zdążę jeszcze umyć zęby w tramwaju, żeby już w pierwszych 3 krokach skręcać wszystkie kostki i rezygnować, czy starać się zapakować piłkę z góry, ale już w połowie lotu spadać na ziemię. Było już kilka dobrych artykułów o granicach ludzkich możliwości, czy innych niestrudzonych wyczynowcach (choćby Tyler Hamilton, który zgubił kilka zębów, zaciskając je z bólu w trakcie wygranego ze złamanym obojczykiem etapu Tour de France, czy grający najwięcej minut na mecz z dziesięcioma kontuzjami Allen Iverson kontra pozostała 9-ka graczy na parkiecie), ale to biegacz ze złamaną nogą już na zawsze zajmie miejsce na Olimpie mojej świadomości, gdzieś pomiędzy Michaelem Dudikoffem i Jerzym Podbrożnym. Jego koledzy zdobyli srebro (jak się nazywali?), Usain Bolt zdobył 3 złota, on zdobył jednak coś więcej.



* w świecie jest nieskończenie wiele rzeczy i nieskończenie wiele miar, którymi można je oceniać. Miary te są wykorzystywane przez skończenie wielu ludzi na nieskończenie wiele sposobów. Prowadzi to do nieskończenie wielu interpretacji nieskończenie wielu rzeczy, które układają się w zestawy pomiarów rzeczywistości. W ocenie osoby świadomie używającej sformułowania "ze wszech miar dobre", opisywana rzecz jest nie mniej, nie więcej, w każdym z tych nieskończenie wielu pomiarów dobra, a więc właściwie jest ona dobra, niezależnie od obserwacji. Jak sobie wszystko pomnożymy to wyjdzie nam coś więcej niż nieskończoność, dajmy na to absolut.

Przykład: Słowa ze wszech miar zawodzą, żeby oddać historię gościa co złamał nogę ale dalej bardzo długo i bardzo szybko biegł.

O ile więcej człowiek widzi, kiedy wie co mówi.


A o ile więcej człowiek widzi, kiedy wie co czyta. Postaram się z każdą kolejną notką zostawiać trochę więcej wskazówek. Jeśli przebrnąłeś do końca jesteś dla tych oczu (props) niemniejszym bohaterem niż Manteo. Próbowałem cię złamać, ale biegłeś dalej długo i szybko. Jesteś Swagnation. Zawsze byłeś. Gratulacje.

kz