Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2013

4 wyjątkowo fascynujących muszkieterów

O, wydaje mi się, że jakoś nam umknął początek sezonu NBA. Co jak co, takie wydarzenie nie powinno na tym blogu przejść bez echa. A jednak przeszło. Tak czy inaczej, czas zorientować się co w NBA piszczy, czego można się spodziewać po nadchodzącym sezonie i kto nas może zaskoczyć. Jeśli nadal tego nie wiecie, szybciutko odpalcie Twittera, wpiszcie "nba" i dokonajcie uświadomienia. Rok temu powstał ranking pięciu przyszłościowych drużyn do oglądania, dziś czas skupić się na zawodnikach. Początek sezonu to dobry czas na wyznaczanie trendów. Zapomnijcie o LeBronie, Durancie czy Iversonie. Trzeba być kreatywnym suporterem. High five and let's go!

Nikola Vucevic

Już nawet nie chodzi o to co on wczoraj zrobił Docowi Riversowi. Nikola Vucevic to nadzieja białych ludzi, to nasz reprezentant. Następca Larry'ego Birda, Steve'a Nasha i Dirk Nowitzkiego, upgradowana wersja Marcina Gortata i pretendent do bycia najlepszym białym zawodnikiem za 5 lat, jeśli nie wyszłaby ta sztuka dwóm rzadko flirtującym z golarką leśnym ludziom z Minny. Chłopak jest dość niepozorny. Bardzo zaskoczył mnie swego czasu swoją gibkością i rześkością (koszykarska rześkość to coś innego niż ta kategoria związana z zapachem). Dodatkowo ma tą niezwykła umiejętność zbierania piłek, których wcale nie powinien zebrać. Robi to z nienacka. Wyjątkowo z nienacka. Jedna ważna kwestia dotycząca tego akapitu: Blake Griffin nie jest biały. 

Ben McLemore

Czy ktoś, kiedyś opracuje temat zwiększającej się liczby nazwisk i imion posiadających duża literę w środku w NBA? Czy sam mam przeprowadzić takie badania? Moja teza zakłada, iż jest to związane, w jakiś sposób, z sukcesami LBJ. Możliwe, iż jest to odgórna dyrektywa ligi, gdyż jak wiadomo trzyliterowe inicjały są jeszcze kategorią słabo wyeksplorowaną, a bardzo pomocną w kontekście notek prasowych. Potwierdzałaby tą teorię również liczba nazwisk dwuczłonowych w ostatnich draftach. Jak wiadomo, wybrany z numerem drugim w ostatnim drafcie Victor, na nazwisko ma Oladipo, a nie OlaDipo, więc liga powinna promować kogoś innego. Jak Filip z konopii, w wyścig pomiędzy BML, a KCP, wskoczył MCW. Shit happens, Ben. Ale nie ma co się załamywać, przejmować, że to Sacramento, że tłok, że Jimmer Fredette i Isaiah Thomas. Trzeba walczyć dalej. Ben jest moim cichym kandydatem, nie do ROY, ale do największego progresu w przeciągu najbliższych trzech lat z tej klasy draftu. Może być antytezą Tyreke Evansa. Ma taki sympatyczny uśmiech.

Jermaine O'Neal

Jeśli myśleliście, że ta lista będzie składała się z samych młodziaków to absolutnie nie zrozumieliście jej założeń. Shame on You.  A czy wiesz, że Jermaine nigdy nie rozegrał pełnego sezonu w NBA. Raz zabrakło mu jednego meczu, to powiedzmy, że się liczy, ale to było w 2001 roku. W ostatnich trzech sezonach podatny na kontuzje center rozgrywa średnio 35 gier w sezonie regularnym. Przy czym ta średnia jest zawyżona, bo ostatni sezon spędził w Suns, a jak wiadomo w Phoenix z kranu płynie syrop na nieśmiertelność. Teraz jest zmiennikiem Andrew Boguta. Komuś mogłoby się wydawać, że na wstępie selekcji zmienników dla kogoś takiego jak Bogut bierze się pod uwagę historię zdrowotną zawodnika. Gdyby tak było, Marcin Gortat grałby w kilku klubach na raz. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. W rzeczywistości Golden State Warriors prowadzą w tym sezonie dwie walki. W pierwszej walce ich przeciwnikami są Spurs, Heat, Rockets, Clippers, Pacers i pare innych drużyn, a stawką jest mistrzostwo NBA. W drugiej walce ich głównym przeciwnikiem jest Cleveland Cavaliers, a stawką tytuł drużyny z najmniejszą ilością minut od swoich dwóch podstawowych centrów. O'Neal nie ma za dużo paliwa w baku, to może być jedna z jego ostatnich szans na rozegranie pełnego sezonu w NBA. Kibicujmy mu.

Richard Jefferson

Ej, Richard Jefferson znowu wychodzi w pierwszej piątce na meczach NBA. Nie ważne, że to Utah, która póki co najlepiej sobie radzi z misją tankowania w tym sezonie. Nie ważne, że póki co ma najgorszą skuteczność z gry w karierze. Nie ważne, że wszyscy o nim już zapomnieli. Nie ważne nawet, że jego najważniejsza rola w Jazz to podwyższenie średniej wieku. Nadzieja umiera ostatnia. Ten starszy z dwójki enbijejowych Jeffersonów zastępuje tego młodszego w roli głównego Jeffersona Salt Lake City - to zobowiązuje. Poza tym, Richard jest o 81 pozycji wyżej w NBA Elo Player Rankingu od Dereka Fischera. O osiemdziesiąt jeden pozycji! Od tego Dereka Fischera! Słabo?

Dla wszystkich czterech panów piosenka:


bk

niedziela, 29 września 2013

Bo fantazja, fantazja...

Nie ważne czy śmigasz w roto. Jakie kategorie odpuszczasz. Czy draftujesz wężykiem. Nie ważne czy trafnie celujesz w sleeperów. Jakich masz keeperów. Czy ufasz Excelowi. Nie ważne czy hate'ujesz h2h na forach. Nawet nie ważne czy uważasz, że punkty są dla lamusów. Grasz w fantasy - jesteś gość. Ważne, że rozumiesz wszystkie zdania w tym akapicie (z następnymi może być gorzej).

Offseason fantasy w pełni. Zbieranki, ustawianki i mocki. Czas powoli sobie przypomnieć kim jest Eric Bledsoe (to chyba nie żaden sekret). Nowy sezon nadchodzi. Tak jak w przypadku NBA można jeszcze zadać pytanie: "czego się można spodziewać po nowym sezonie", tak w przypadku fantasy pytanie to zakrawa na zbrodnie.


Ten mało estetyczny, nudny obrazek to zalążek do przynajmniej kilku historii. Zawodnicy ułożyli się tak ze względu na ilość punktów wynikających z tajnego algorytmu naszej ligi. Algorytm jest tak miarodajny, że sam Josh Smith nie mógł uwierzyć co zrobił w sezonie 2011/12. A to dopiero jedna z historii.

Amar'e. Oj Ty słodki Amar'e. Szum jaki wokół siebie rozprzestrzenił ten człowiek w 2011 roku to prawdziwa symfonia z głębin oceanu lub innego miejsca, gdzie szum powstaje. Odrodzony człowiek. Zbawiciel w Nowym Jorku. Czysta energia. Ta ostatnia ma to do siebie, że ginie przy spotkaniu z brudną siłą. Carmelo Anthony zawsze szlajał się gdzieś w okolicach drugiej dziesiątki, grając mi na nerwach. Przyszedł ze swoją chimerycznością i zniszczył Amar'e, któremu nawet apostrof nie pomógł w pojedynku z gaśnicą. Kto to wszystko mógł przewidzieć?

Zależność między pozycją Kevina Duranta a Russela Westbrooka. Widzicie to? I nagle, gdy w ostatnim sezonie stali się wzajemnie kompatybilni, w pełni siebie świadomi, nadeszły złe wieści z Ministerstwa Kontuzji. Kto to wszystko mógł przewidzieć?

Wyskok DeMarcusa Cousinsa. Każdy to mógł przewidzieć.

Dwight Howard zbudował na tym obrazku piramidę. Wykorzystał do tego swoje murarskie zdolności i zasięg ramion. Dużo emocji, dramatów. Całkiem sporo zakończonych znajomości. Kilka odświeżonych. Droga pozbawiona róż. Gdyby Dwight Howard sprzedał prawa do swojej historii argentyńskiemu studio telewizyjnemu, nasze babcie zaczęłyby interesować się NBA. Znacząco wzrosły by też szanse na transmisje meczów w TV Polonia. Pomyślcie o tym. Ale znowu, kto to mógł przewidzieć?

Cyferki w fantasy to jedyne cyferki, które mogę oglądać godzinami. To jedyna okazja kiedy z niecierpliwością poganiam Excela, by się otworzył. I gdzieś tu jest kluczyk lub haczyk lub inny metalowy wihajster. Bo przecież ja nie wierzę w liczby. Nie, po prostu nie lubię wyznawców matematycznej religii, którzy stawiają liczby ponad ludzi. W fantasy liczby są narzędziami, nowy system śledzenia zawodników na boiskach NBA też jest narzędziem. Pewnie, to z fantasy wywodzi się cały ruch analityczny. Daryl Morey nie jedno roto ma za sobą. I wszystko fajnie, jeśli traktujemy liczby jako to, czym są, czyli uproszczeniem. Dlatego, mimo zaawansowanych statystyk, kamer, programów ewaluacyjnych potrzebny w tym wszystkim jest człowiek. Jego intuicja, doświadczenie i analiza tych liczb. To cała magia fantasy: mamy dostęp do kosmicznych liczb, statystyk, ale sami musimy ułożyć działanie.

I to wszystko ma zastosowanie już na poziomie fantasy points. Roto więcej od nas wymaga, daję więcej satysfakcji, ale czy jest lepszym odwzorowaniem prawdziwej koszykówki. Nie per se (Eros Ramazzotti mógłby nagrać taki kawałek z Kayah). Ile kategorii odpuścili poszczególni mistrzowie NBA (temat na artykuł dla kogoś?). Zresztą systemy w fantasy nie rozwijają się, by być jak ta liga między NYC a LA. W takim wypadku nigdy byśmy nie doszli do poziomu aukcyjnych draftów. Fantasy rozwija się swoim torem, by dawać rozrywkę, emocję i styl (niezbędny składnik eliksiru fantastyczności). 

To co, po ile LeBron w tym roku?




bk


sobota, 22 czerwca 2013

Noc po czyli noc kupały



Dzisiejsza noc jest tak krótka, że muszę się streszczać, by zdążyć przed świtem. W tą wyjątkową noc, kiedy puszczamy chińskie lampiony w niebo, powołując się na święto, o którym nie mamy pojęcia, mamy możliwość usiąść wygodnie, zgarnąć z czoła strużkę potu i rozmyślać o zakończonym sezonie NBA. Możemy na spokojnie spojrzeć na zakończone wczoraj finały, zrzucić z barków tłamszące pokłady emocji i opowiedzieć sobie na spokojnie historię jaką napisała nam liga.

W tych, prawdopodobnie, najlepszych finałach w XXI wieku (muszę sobie odświeżyć finały z 2005 roku, by się upewnić w tym przekonaniu) widzieliśmy pure basketball finest (kolejność wyrazów dowolna). Szala zwycięstwa ważyła się do 30 sekund przed końcem meczu nr 7. Intensywność gry dała się we znaki wszystkim, nawet Tracy McGrady wyglądał na wyeksploatowanego (choć u niego to może być przypadłość chroniczna). Każdy zawodnik miał swoje 5 minut, a każda osoba biorąca udział w tej eskapadzie napisała nowa historię w swoim kajecie wspomnień. Pozwólcie, iż przedstawię Wam kilka historii tych finałów NBA.

Historia fana GSW

źródło

Nie znam Twojej historii, ale wydaje się być ciekawa.

Historia Dannego Greena

Tak sztampowy, filmowy, sztywny schemat rysuje się pod tą postacią. Z dna na szczyt i ze szczytu w przepaść. Danny Green w przeciągu dwóch lat zmienił się z gościa z D-League w człowieka, o którym dyskutowano w kategoriach kandydata na MVP Finałów. Wow. To mały, waleczny chłopiec bijący rekord Raya Allena. I nagle skupiający na sobie obronców. Gdy obrona Miami zaczeła pilnować Greena niczym oczka w głowie, świeży rekordzista załamanie trendu przyprawił gorączką w Game 7. W pierwszych meczach serii był bohaterem, w meczu numer siedem był najsłabszym ogniwem Spurs i to jego nierozsądne decyzje przyczyniły się do przegranej. Turnus w niebie szybko sie skończył.

Historia Manu

Ginobili zawsze był all-starem z trzecich stron gazet, zawsze ciut chimeryczny, nieprzewidywalny i skłonny do  motorycznej abstrakcji. Manu to swojego rodzaju emocjonalny dyszel San Antonio Spurs. Stoicki spokój Duncana i niewzruszona brew Parkera miały swoje odbicie w głowie argentyńskiego obwodowego. To właśnie on otwarcie mówił jak ciężko jest się podnieść po meczu numer 6. To właśnie on wykorzystywał emocje jako swój motor napędowy. W serii skomponowanej w systemie naprzemiennych runów Ginobili nie mógł znaleźć swojego rytmu. Oczywiście to nie jedyny powód, wiek, kontuzje i zmęczenie zrobiły swoje. Manu wspominał, że wolałby grać w finale z Indianą oraz jak ważna dla niego jest przewaga parkietu. To wszystko lepi nam się w historię gościa, który mówi to co myśli, nie będąc przy tym ani Marcinem Gortatem, ani Metta World Peacem. Przebłyski jego geniuszu są coraz krótsze i pewnie gdzieś zacznie świtać myśl o emeryturze, lecz mecz nr 7 nie był tak tragiczny w jego wykonaniu, jak można wyczytać z niektórych relacji. Momentami to on ciągnął swój zespół w pogoni za Miami.

Historia emocji

W koszykówce emocje mają szczególne przełożenie na obraz gry. Precyzja nadgarstka. Balans ciała. Pewny wyskok i przeciwieństwo w postaci ciężaru w nogach. Długo myślałem, że zawodnicy NBA już tego nie mają, jednak kolejne play-offs utwierdzają mnie w przekonaniu, że ich odporność wzrasta, ale zasady funkcjonowania już nie. San Antonio Spurs stracili panowanie nad emocjami w czwartej kwarcie ostatniego meczu. Dali się ponieść fali i upaść po jej załamaniu. Zupełnie nie jak San Antonio Spurs. Mówimy o zmęczeniu fizycznym, o próbach emocjonalnych, lecz rzadko wspominamy o narastaniu zmęczenia emocjonalnego właśnie. Obie drużyny były w tej kwestii w krańcowym punkcie swoich możliwości i dla mnie to była kwestia stanowiąca o wyśrubowanej jakości tego widowiska. 

Historia Shanea Battiera

Nikt nie potrafi tego wyjaśnić, ale ten człowiek budzi się do życia w momentach, kiedy przy stole mówi się więcej o śmierci niz o witalności. Wstrzelił się w ten mecz, ten ostatni, wcześniej będąc końcowym elementem rotacji. Ten człowiek kocha presje i wysokie stawki. I w przeciwieństie do Kamila Grosickiego wykorzystuje tą miłość na boisku.

Historia Erika Spoelstry

Kilka dni temu Spoelstra wypowiadał się na temat fali zmian na stanowiskach head coachów w NBA. Mówił o umniejszaniu wartości trenerów i braku szacunku do nich, co jest odrobinę tricky, bo gdyby nie świadomość roli trenera w procesie wygrywania, nikt by nikogo nie zwalniał, dopóki w grę nie wchodziłyby jakieś łóżkowe mezalianse. Spoelstra jest trenerem specyficznym. Nie ma tej charyzmy i siły w głosie co przedstawiciele starej szkoły. Często w trakcie meczu wygląda jak smutny, zagubiony chłopiec. Otoczony jest przez silne osobowości w postaci LeBrona Jamesa z jednej strony i Pata Rileya  z drugiej. Z tego wszystkiego wychodzi obronną ręką, a w trakcie tej serii polubiłem te momenty kiedy kucał przy linii bocznej i wbijał wzrok w grę, jakby chciał przeczytać szyfr zapisany tam przez Popovicha. I ten time-out po spudłowanym rzucie Duncana, kluczowy. Good boys can win, Erik, good for You.

Historia Gregga Popovicha

I dla kontrastu ten stary wyga. Postać kultowa. Bohater w stylu teksańskim, prosto z Jugosławii. Pop od trzech lat marzył o tym pojedynku. Od początku powstania Big Trio w Miami trener Spurs stał się ich cichym fanem. Podchody w sezonie regularnym pokazywały, że to są przygotowania do finałów, choć niewielu widziało w nich Spurs. Seria z Heat z jednej strony dodatkowo motywowała Popa, z drugiej strony nie było widać w nim tej zajadłości, którą pałał dawniej. Gdzieś dopadł go już stan refleksyjny, może jakieś nowe marzenie, może wizja przebudowy drużyny, może plan, a może tylko pomysł. Historia Gregga Popovicha to jedna z tych enigmatycznych, odrobinę mistycznych legend, które sprawiają, że zasypiamy z uśmiechem na ustach.

Historia Tonego Parkera

Kontuzja Parkera zmieniła obraz tej serii, przełączyła akcenty, uszkodziła metronom. Taktyka Miami względem Parkera w dwóch ostatnich meczach była skuteczna. Nigdy się jednak nie dowiemy czy była aż taka skuteczna czy kontuzja sprawiła, że była w sam raz skuteczna.

Historia LeBrona

LeBron James prawdopodobnie jeszcze parę dobrych lat będzie musiał udowadniać mnóstwo rzeczy kibicom i mediom. Jednak ten tytuł zmienia w jego karierze bardzo wiele. Jest królem tej ligi i to właśnie teraz otrzymał klucze do jej bram. W życiu LeBrona istniały dwa demony: Boston Celtics i San Antonio Spurs - dwa solidne, odpowiadające na jego fenomen defensywą systemy. Demon Celtics upadł dwa lata temu (wersja z jedną ręką Rondo) i rok temu (wersja z dwoma rękoma Rondo). Okazji do zwalczenia demona Spurs nie było wiele. Ta seria była absolutnym przeciwieństwem finałów w 2007 roku. Jedynym podobieństwem między 2007 a 2013 jest fakt, że LBJ jest najlepszym graczem swojej drużyny. Ta liga należy do Ciebie, najtrudniejszy test zdany.

Historia Duncana

Pierwszy raz widziałem Tima Duncana w takim stanie. Wyprowadzony z równowagi, wściekły i zawiedziony. Grał fantastyczną serię. W tym jednym momencie...

źródło

... zawiódł. Tak, w kluczowym. Oczywiście wcześniej miał problemy z broniącym go Boshem, lecz  w tym momencie bronił go mniejszy Battier. Niewykorzystane okazje się mszczą. Tutaj nawet nie musiały. To tak nieprzyjemny widok, gdy tak znakomity zawodnik, w takim momencie, zawodzi sam siebie. Nie nas, nie zawodników z drużyny, siebie. A może w tej chwili pomyślał o tym, że bez względu na to czy trafi czy nie, za kilka godzin wróci do swojego życia i do swojego rozwodu z żoną. Tim Duncan nie myśli o rzeczach niezwiązanych z koszykówką w trakcie meczu, ja wiem. A co jeśli stało się tak pierwszy raz w jego karierze...

Oczywiście, jak to zwykle bywa, wiele historii pozostaje niedopowiedzianych...

źródło
bk

sobota, 18 maja 2013

On and on and on and on


Rok w rok to samo. Czy to koniec Boston Celtics. Trochę to męczące. Koniec już był. Teraz czekamy na koniec numer dwa. Jest jednak taka opcja, że ponownie koniec nie nastąpi (tzn. pierwszy raz nie nastąpi koniec numer dwa). Dla zielonych porażka w pierwszej rundzie to odrobinę koniec świata. Nie ma co rozmyślać, jak by ta seria wyglądała w pełnym składzie. Trzeba pomyśleć, co będzie za rok o tej porze. Brawo Tadek, będzie wiosna. Dlatego pomyślmy jednak o tym, co było.

Nie wiem, czy pamiętacie, co pisałem kiedyś o Jasonie Terry'm. Spada na niego ogromna fala krytyki po tym sezonie. Zapominamy o jednym. Terry przyszedł za Raya wraz z Courtney'em Lee. Od początku było wiadomo, że sam nie wpiszę się w zagrywki pisane pod Allen'a. On ma zupełnie inne zadanie. Swoje zadanie spełnił na jakieś 65%. Co więcej, ze wszystkich nabytków (pomijam draft) ostatniego roku, spełnił oczekiwania wobec siebie najlepiej. Oglądając mecze Celtics, gdzieś w grudniu - styczniu widać było wyraźnie, solidny, pewny trzon drużyny (Rondo, Pierce, KG), część wchodzącą w system (Green, Sullinger, Terry) i absolutne elementy destrukcyjne (jak patrzyłem momentami co robi Barbosa wołałem o trzy pomsty i trebunie tutki do nieba). No właśnie poprzedni offseason.

Problemy są dwa i w pewien sposób są ze sobą powiązane. Po pierwsze są takie zespoły w tej lidze, które zbudowały pewnego rodzaju system i dobierają do niego klocki. Szczególnie dobre systemy działają tak, że zawodnicy, którzy w innych teamach grali nic, tu odnajdują swoje mocne strony. Flagowym przykładem jest San Antonio Spurs, gdzie osoby decyzyjne wiedzą jakich cech na boisku szukają, a w środowisku ciężko pracujących, doświadczonych weteranów i trenera z charakterem (to zdecydowanie zbyt delikatne określenie) tworzy się idealne środowisko do szlifowania osobowości. Boston Celtics działał na tej samej zasadzie i po cichu (już nie do końca po cichu) uważam, że gdyby nie rozdział w zielenii, Nate Robinson nie byłby historią tych play offów. W systemie momentami należy zrobić znaczącą zmianę i jest to naturalne. Danny Ainge od co najmniej trzech lat próbuje przygotować się na zmianę warty w drużynie. Póki co udało mu się zachwiać ducha drużyny i poczucie przynależności poszczególnych zawodników. Rzeczywiście kwestia systemu może sprawić następujący problem: w sytuacji, gdy zawodnik po przyjściu do zespołu staje się lepszy, to jak słabego zawodnika możemy zatrudnić? Oczywiście pytanie jest dość abstrakcyjne, bo nie rozpatrujemy graczy w sposób tak jednolity, ale taki casus powinien być problemem dla mnie, a nie stanowić dylemat dla odpowiedzialnego człowieka w NBA. Druga kwestia jest jeszcze bardziej dziwna i abstrakcyjne (to lubię), Ainge uwielbia stawiać na sprawdzone nazwiska, możliwe, że to kwestia traumy z czasów pre-big-triowych, możliwe, iż to kwestia potrzeby szybkiego sukcesu i goniącego gwiazdy drużyny czasu, ale na spokojnie. Najważniejsze nazwiska zatrudnione przez ostatnie sezony: Rasheed, Shaq, Marbury, J. O'Neal, Kristic, Pietrus, Wilcox, Terry i na deser Darko Milicic. Z czego Rasheed, Shaq i Terry pokazali cokolwiek. Nie jest to porcja eliksiru młodości (a pamiętacie Finleya?). Mamy oczywiście Green'a (był testowany przez Boston wcześniej), Nate'a (dość popularny gość), Bass'a (typowy trade między rywalami), to typy, które się sprawdziły. 

Jednak, gdy popatrzymy na asymilację Bass'a z zespołem, to zobaczymy spokojnego, trochę smutnego człowieczka. Nigdy w Bassie nie widziałem tej synergii z drużyną. Co innego Glen Davis. Może to kwestia charakteru. Może to kwestia zmiany w zespole. Ciężko powiedzieć. Sasha Pavlovic miał swoje momenty w play-offs. Momenty te niestety wspominam inaczej, niż chwile Tonego Allena (ok, trochę inna klasa zawodnika) czy Leona Powe. Z jednej strony Boston z sezonu na sezon ma coraz gorszą ławkę, z drugiej strony poza trzonem drużyny jest coraz mniej tego ducha zwycięzców. Moment odejścia Perkinsa był bardzo ciężki dla drużyny. Nigdy nie byłem fanem Perka, zdawałem sobie sprawę, że jest tą twardą skałą, a ofensywnie funkcjonuje w systemie. Niestety, po jego odejściu w Bostonie nie pojawił się żaden człowiek, który mógłby pomóc KG na pozycji nr 5. Shaq'a zawiodło zdrowie, co było potem ciężko opisać słowami. Gdzieś w tym wszystkim zaczęła się myśl o small-ballu.

Pytanie brzmi, czy idea small-ballu przyświecała Ainge'owi przy podejmowaniu tych decyzji. Kim w takim razie w tej układance są Darko Milicic i Luke Harangody lub, jak kto woli Semih Erden i Greg Stiemsma. Ruchy w tym sezonie mogą być wpisane w klucz zniżania składu, ale nie wcześniej. Na wszelki wypadek mamy Fab Melo i Ryan'a Hollinsa (świetnie). Ewidentnie ktoś tu szuka gościa pod kosz, a wychodzi mu średnio. Biorąc pod uwagę to co pisałem wcześniej, Danny Ainge zapewne czyta sporo gazet, brak mu jednak trochę perspektywicznego wizjonerstwa (opartego na liczbach oczywiście, absolutnie). Teraz podchwytliwe pytanie: czy jeśli Warriors i Thunder odpadli z play-offs, to oznacza, że Danny Ainge sprzeda Jeffa Greena i kupi Chris'a Kamana?

Oczywiście, przy słowach krytyki wobec Ainge'a nigdy nie można mu zapomnieć zdolności negocjatorskich i organizacyjnych, tego takiego biznesowego sprytu. Właśnie te cechy pozwoliły na zbudowanie tej dynastii. Przede wszystkim stało się tak, dzięki nieugiętej walce o Rondo przy wymianach z Sonics i Timberwolves.

kto nowy?

Znacie to uczucie? Wyobrażacie sobie coś, nie macie pojęcia jak to zwizualizować, ale wiecie co to? Kilka dni temu usiadłem na krześle, spojrzałem przez okno i bardzo mocno zacząłem się zastanawiać. Kogo potrzeba w Celtics? Poustawiałem wirtualne suwaczki umiejętności, zbudowałem sylwetkę i miałem odpowiedź. Tylko, że był to zawodnik z papierową torebką na głowie. Wtedy wyszukałem listę free agents. Przeskanowałem listę nazwisk i bach. Do mojego wykreowanego zawodnika podszedł garbaty chudzielec w  zdezelowanych okularach i zdejmując papierową torbę odkrył twarz Will'a Bynum'a. Głosów, iż to byłby dobry pomysł przybywa, więc nie czuję się jak szalony Wiktor Frankenstein ze swoją intrygującą wizją. Bynum to gość, który w jakimś stopniu może zniwelować brak Rondo, a po jego powrocie spełniać ważną rolę w rotacji, uzupełniając ofensywnie Bradley'a i utrzymując tempo gry. 

Co u góry to oczywiście kwestia zadecydowania, w którą stronę idziemy. Czy bardziej w DeJuana Blair'a czy w Tylera Zellera (swoją drogą, w bierniku brzmi fantastycznie). Oczywiście, pojawią się głosy za Marcinem Gortatem i dla tych głosów za chwilę będę miał niespodziankę.

the big ticket ride

Kevin Garnett jest jednym z tych zawodników, którzy decydują o sobie. Z tej grupy ważnych zawodników KG i tak się wyróżnia. W pewnym stopniu na każdym etapie swojej kariera przeciera nowe szlaki. Jako pierwszy przystąpił do draftu przed ukończeniem szkoły wyższej (chciałem, żeby nie było zbyt amerykańsko, ale ta szkoła wyższa wygląda tu dość upośledzenie), co sprawia, że jego koledzy z draftowej klasy wyglądają jak dziadkowie lub stryjkowie. Kontrakt KG z 1998 rok obrósł już legendami i wywołał prawdziwą burzę, w sumie to wywołał lockout. Decyzja o przejściu do Bostonu była kolejnym punktem zwrotnym w historii ligi, po tamtym dniu pojęcie "wielka trójka" w NBA stało się zjawiskiem powszechnym. Dziś każdy zespół chce mieć wielkie trio. Wcześniej raczej mówiliśmy o parach (Jordan & Pippen, Kobe & Shaq). Stwierdzenie, że każda decyzja KG zmieniała obliczę ligi będzie delikatną kolorowanką, ale nie fantasmagorią.

Dziś czekamy na decyzję, która przedłuży żywot tej drużyny lub rozpocznie etap reorganizacji. A on uzależnia swoją decyzję od posunięć Pierce'a i Riversa. Od kilkunastu godzin Boston żyje informacją, iż Doc Rivers zostaje na kolejny sezon, choć do końca nie wiadomo na ile potwierdzona to nowina. Z drugiej strony mało kto wierzy w pozostanie Pierce'a w zespole, a wśród fanów można spotkać się ze zdaniem, iż nie chcą dalej swojego kapitana. Możliwe, że obie gwiazdy Celtics udadzą się w jednym kierunku, a tym sugerowanym kierunkiem wydaje się Los Angeles. Dom Garnetta w Malibu, korzenie Pierce'a, przyjaźń KG z Billups'em (choć on jako wolny agent może równie dobrze trafić do Bostonu), potrzeby obu drużyn z LA wskazują, że to jak zrządzenie losu. Clippers Kevinem interesują się od dawna. Jestem w stanie sobie wyobrazić wymianę DeAndre Jordan i Bledsoe za KG i Pierce'a, choć nie wiem czy spina się to kontraktowo. Dużo w tym wszystkim gdybów i chociów, dużo w tym wszystkim oczywistości i budząć się każdego dnia coraz mniej w to wierzę. 

Kontynuując choćki, choć Clippers jako pretendent do jednego z moich ulubionych teamów i  z Del Negro na możliwym wylocie są dla mnie najlepszym miejscem dla mojego ulubionego zawodnika, to boje się o tą organizację. Prawdopodobnie z czasem coraz częściej będzie się mówić o możliwym zjednoczeniu Flip'a Saunders'a z Garnett'em w krainie wilków i to opcja jest bezpieczniejsza do obstawiania. Zostaje jeszcze Lakers i Miami (double big trio, czaicie?!), ale nie rozpędzałbym się. KG do końca nie był przekonany co do "uciekania" z Minny. Długo nie pogodził się z przejściem Allena do Heat. Na pewno jego postrzeganie ewoluowało z czasem, tym niemniej w przypadku, gdy nie będzie to Boston, Los Angeles lub Minnesota, można obstawiać opcję emerytalną. 

Czyli co?

Tak czy inaczej. Kevinie Garnecie, jeśli mnie pytasz o zdanie, jestem za jeszcze jednym sezonie w Bostonie. Jestem za Piercem, Rondo, KG, Sullingerem i Bradleyem w play offach. Jestem w stanie poświęcić Green'a, mimo, że fajny z niego chłopak. Zostawiłbym Jeta, pozbył się Lee (z nim może być problem) i zdecydowanie Crawforda, spróbowałbym nawet za Alonzo Gee (nagle on). I tak chwili z maszynką do świerkania i nutką patriotyzmu mam takie coś.


Ok, jest tu parę niedociągnięć. Trzeba by było tu i ówdzie rzucić pickami. Nie do końca rozwiązuje się problemu tłoku na pozycjach 1-2 w Sacramento, ale to już kwestia na inną pogadankę, poza tym pomyślmy o Kings bez Tyreke Evansa. Dla nas smutne powinno być, że po wymianie Gortat za Thorntona, Suns zyskują +3 w rankingu na podstawie PER, a wiemy kim był Thornton w tym sezonie. Co najważniejsze, bardzo mi się podoba Jeff Green w Cleveland. Jak widać na powyższym obrazku, zrobiłbym dużo by utrzymać trzon Boston Celtics na następny sezon.

sobota, 4 maja 2013

Przebitwa

Spór toczy się od wieków. Jeśli nie wiecie co poróżniło Kaina i Abla, jeżeli zastanawiacie się, gdzie kryje się motywacja wszystkich religijnych schizm, jeżeli nie jesteście przekonani co poróżniło Hitlera i Żydów, jeśli nie odpowiedzieliście sobie na pytanie: dlaczego Szwedzi zaserwowali nam potop, jeśli nie jesteście w stanie pojąć czym różni się liberalizm od socjalizmu, mam dla Was odpowiedź. To wojna między piłką nożną i koszykówką. Każdy młody człowiek dochodzi w swoim życiu do momentu, kiedy musi podjąć decyzję: po czyjej stronie stoi. Oczywiście wiele młodych osób ta chwila przerasta, wpadają w depresję, uciekają od odpowiedzialności, boją się. Zaburzenia na tle emocjonalnym wywołane na skutek wewnętrznego rozerwania moralnego doprowadzają do zachowań dewiacyjnych. W skrajnych przypadkach dochodzi do wynaturzeń poważnego kalibru. Nie wiem, czy uwierzycie, takie osoby są w stanie stać się fanami ping ponga lub kolarstwa. W mniej abstrakcyjnych sytuacjach zachowania ludzi zostały sklasyfikowane. Nie zagłębiając się w szczegóły, podam kilka przykładów. Osoby, które są zwolennikami koszykówki, lecz nie potrafią biegać lub wykazują anormalną niechęć do Stanów Zjednoczonych, stają się fanatykami siatkówki. Osoby, które w normalnych warunkach pokochałyby futbol, lecz są zakochane w Kanadzie i lubią nosić swetry w choinki, wielbią hokej. Ci, którzy charakterologicznie pasują do koszykówki, a są zoofilami, optują za polo. Bez względu na sentyment wobec koszykówki czy piłki nożnej, osoby, które lubią jednocześnie uprawiać sport i wcinać hamburgery, wybierają baseball.



Objaśniwszy sobie to i owo, możemy przejść do właściwej części notki w postaci bitwy. Walczyć będziemy na ostre naboje i nie będą to przelewki. Nie robiłem wstępnej symulacji tej bitwy. Gdyby przypadkiem wygrała piłka nożna będę musiał pisać notkę od nowa. Nie jest to dla mnie na rękę, bo nie lubię pisać czegoś dwa razy (jak mi się zatnie przeglądarka w trakcie pisania maila, odbiorca może zapomnieć o wiadomości), dlatego będe bardzo ostrożny w przyznawaniu punktów piłce nożnej. Ok, let's have some fun.

Wygląd

Tak wygląda przeciętny piłkarz na boisku:
źródło

 A tak typowy koszykarz na kręglach:
źródło

Generalnie piłkarze są bardziej brudni. Widzieliście kiedyś ubłoconego koszykarza? Nie chodzi mi wcale o to, że na czarnym mniej widać.

4-1 dla basketu.

Nuda

Tutaj sprawa jest ciekawa. Pierwszy argument zwolenników koszykówki: piłka nożna jest nudna. Nie zgadniecie jaki jest pierwszy argument piłkarzy: koszykówka jest nudna. 

remis 6-6



Kontuzje

Ok, tu zaczynają się konkrety. Koszykówka jest zdecydowanie bardziej kontuzjogenna, z tego prostego powodu, że więcej się skacze. 62% kontuzji w NBA to urazy dolnych kończyn. W 5600 roku archeolodzy nie będą mieli problemu z rozpoznaniem szczątków koszykarzy. Kostki! Kolanka! Oczywiście piłkarze też nie mają łatwo. Powiedziałbym nawet, że ich kontuzje bywają bardziej spektakularne. Dużo bardziej narażeni są na kontuzje głowy (co może wskazywać, że są głupsi). Trzeba jednak jedną rzecz podkreślić: koszykarz, któy opuszcza miesiąc gry, to dużo większa strata niż piłkarz wyłączony z gry na miesiąc. Kontuzja w play-offs? To już w ogóle porażka. W piłce nożnej bardziej adekwatne jest stwierdzenie, iż wszystkie mecze są tak samo ważne (abstrahując od pucharów, mówimy na razie tylko o lidze). Zobaczmy na listę poważnych kontuzji w NBA w tym momencie: Westbrook, Kobe, Rondo, Rose, Lou Williams, Sullinger, Sessions, Varejao, Gallinari, Beaubois, Brandon Rush, David Lee, Granger, Kevin Love, Rivers, Anthony Davis, Stoudemire, Bynum i paru innych. To są wszystko zawodnicy, którzy mają olbrzymi wpływ na gre swojego zespołu. Właściwie można wiązać falę kontuzji w NBA z zeszłorocznym lockoutem, co zdecydowanie wpływa na niekorzyść dla koszykówki.

7-3 dla futbolu

Taktyka

Na poziomie szkoły podstawowej piłka nożna jest o tyle fajniejsza, że rysując w zeszycie od geografii skład wyjściowy na wieczorny mecz Ligi Mistrzów można w większym stopniu puścić wodzę wyobrażni niż w przypadku meczu NBA.

No dobra, ale jaki wpływ na wydarzenia na boisku ma trener kosza, a jakie trener nogi. Tu różnica jest diametralna. Dla utrzymania pozorów sprawiedliwości wykluczymy z tych rozważań Jose Mourinho i Gregga Popovicha. Oni mają swoje sposoby, są nadludźmi, cokolwiek. Abstrahując, jaki wpływ na sytuacje na boisku ma piłkarski trener? Ile, trzy zmiany i jedna wizyta w szatni. Jak wygląda jego komunikacja z zawodnikami. Są dwie szkoły. Jedna, że przekazuje informacje kapitanowi drużyny, ten w zależności od własnych predyspozycji albo bawi się w gołębia pocztowego albo w głuchy telefon. Druga opcja nazywa się Janusz Wójcik i polega na okrzykach typu "Obrona, k#!*$" lub bardziej wulgarnych. O ile w telewizji zostanie to wypikane, to w przypadku zawodników przeciwnej drużyny ten model szyfryzacji nie jest zbyt skuteczny. Dlatego dziwne są zarzuty wobec skorumpowanych trenerów. To wcale nie wynika z morlanego upadku czy chciwości, wręcz przeciwnie, to jedyna metoda by trener miał realny wpływ na przebieg meczu. Korupcja zatem wynika z naturalnej potrzeby współtworzenia rzeczywistości. Proste.

Dla zwolenników futbolu kwestią dość ciężką do pojęcia może być jaki wpływ na obraz gry mają momenty, w których wykorzystywana jest przerwa na żądanie. Bywają to momenty spektakularne:



Zgadza się, że w związku z powyższym piłkarze muszą być przygotowani na różne scenariusze już przed meczem. Owszem, tylko jakie to mogą być scenariusze? No, oni mogą strzelić bramkę. No, my możemy strzelić bramkę. Coś pominąłem? Jeśli chodzi o arsenał taktyczny trenera, koszykówka detronizuje futbol w przedbiegach. Nie na darmo stereotyp trenera koszykówki łączy się nieodzownie z markerem i schematem boiska.  Głównie z tego powodu nie powstała jeszcze wartościowa gra NBA w stylu manager. 

3-1 dla basketu.

Elitarność

Granie w basket wymaga kosza, przydałaby się też nawierzchnia zdatna do kozłowania (nigdy nie zapomnę boiska do koszykówki wysypanego żwirkiem na moim podwórku). Co istotne kopanie starej kanapki na korytarzu między kolegami bardziej przypomina mecz niż rzucanie papierkami do śmietnika. Futbolówkę i bramki o wiele łatwiej skonstrułować niż kosz i basketówkę. To jeden z kilku głównych powodów popularności piłki nożnej. Serio.

W profesjonalnym wydaniu fizyczność dużo bardziej ogranicza koszykarzy niż piłkarzy. Choć trzeba przyznać, że taki Peter Crouch zawodnikiem jest dość jednowymiarowym.

Patrząc z perspektywy Polski jest jeszcze jeden ważny element, a właściwie zespół elementów. Godziny spotkań nie kuszą naszych stacji telewizyjnych, ani kibiców. Poziom koszykówki w Europie nie kusi zbytnio mnie. Poziom międzynarodowy jest odrobinę przewidywalny, choć nie można powiedzieć, że nie staje się coraz bardziej ciekawy. Jedynym źródłem wartościowej koszykówki jest NBA. Dostęp do transmisji z tej ligi jest ograniczony. Lokalny patriotyzm nie łączy się w tym wypadku z kibicowaniem danej drużynie. To wszystko sprawia, że koszykówka jest sprawą dla tych wszystkich kosmopolitycznych, masońskich, niewyspanych oszołomów. Choć przed erą internetu i Zawsze Po Pierwsze fascynacja NBA ograniczała się do znajomości Chicago Bulls i posiadania albumu z naklejkami. Masa osób interesowała się koszykówką, ale nie miała możliwości rozwijania fascynacji NBA.

Ta cała elitarność to z jednej strony ograniczenia, a z drugiej pewien wyższy rodzaj więzi. Fani koszykówki tworzą społeczność ludzi, którzy są w stanie pójść w pewien sposób pod prąd. Bez żadnej wyższej ideologii, bez barykad i sztandarów, po prostu w poszukiwaniu wartości i poszerzaniu horyzontów. Jest oczywiście sporo grupa osób, które pasje do piłki nożnej i koszykówki łączą, ale ja tego zjawiska za bardzo nie rozumiem. Może kiedyś, jak ten drugi, co tworzy tego bloga (zawsze chciałem to napisać) coś skrobnie to tą kwestię rozjaśni.

5-4 dla piłki kopanej

Zespołowość

Ok, spory zarzut w stronę koszykówki. Jeden zawodnik ma bardzo duży wpływ na przebieg meczu, ale czy to nie dlatego, że na boisku jest mniej zawodników i ogólnie boisko jest mniejsze. Pozatym, (to będzie bardzo abstrakcyjna hipoteza, wybaczcie) bieganie na boisku w gronie 21 innych piłkarzy budzi poczucie animowości. Przegiąłem, ale dajcie rozwinąć myśl. Leo Messi na pewno ma rozbudowaną korelację między graniem drużynowo, poczuciem odpowiedzialności, a indywidualnym osiągnięciem, ale czy w ógole musi o tym myśleć Javier Mascherano (nie śmiejemy się z nazwisk, ale to ciekawe, że wybrałeś właśnie jego). W piłce nożnej są ci którzy strzelają bramki, ewentualnie asystują, czasem bramkarze. Cała reszta ma wpływ na obraz gry dla koneserów i to tyle. Ale ok, koszykówka jest mniej zespołowa.

2-1 dla kopanej

Atmosfera

W koszykówce dzieje się więcej. Atmosfera meczu w zamkniętej hali, gdzie wszystko jest bliżej. Cała społeczność NBA jest jakąś jedną rodziną: sędziowie, niektórzy kibice, zawodnicy, trenerzy. To sprawia, że wszystko co dzieje się poza punktami ma inny wymiar. Oczywiście doświadczenie meczu na San Siro czy Nou Camp to inna orbita, inne wartości i niezapomniane chwile i w zasadzie to kwestia gustu, czy wybieramy ogram i przestrzeń czy skomasowanie i względną kameralność. Jednak jeżeli przyjąć odpowiednią skale, wziąć pod uwagę ilość drużyn, ilość sportowców, popularność to jeżeli poziom atmosfery na meczu polskiej ligi koszykówki jest przytłaczający w porównaniu z drugą ligą piłki nożnej, to nie jest to porównanie niesprawiedliwe (podwójne warunkowanie, anyone?). Koszykówka ma cheerleaderki, do cholery!

3-0 dla piłki rzucanej

Akcja

Wiele osób stojących po tej samej stronie sporu co Rudy Gay (przykłady nazwisk dobieram losowo), krytycznie wypowiada się o ilości wydarzeń na boisku piłkarskim, a właściwie o ich braku. W większości meczów piłkarskich dzieje się niewiele. Oczywiście ma to swoje zalety. Oko kibica jest bardziej wyczulone na niuanse, te takie małe rzeczy, które cieszą. Np. kibiców piłkarskich czasem cieszy niecelny strzał, no bo coś tam już świta. Może to nie do końca tak, jak cieszyć się z air balla, ale na pewno spory trening charakterologiczny. Możliwe, że to właśnie przez piłkę nożna Europejczycy są bardziej skromni od Amerykanów. Co istotne, gdy kibic piłkarski włączy sobie żywy basket na ekranie, jego zmanipulowana soczewka, rozwarty kąt postrzeżeniowy nie pozwala mu dojrzeć naturalnych akcji i odczuwać organicznych emocji (możecie kilka słów wyciąć sobie z tego zdanie, zachowa ono sens).

4-2 dla basketu

Bukmacherka

Dziedzina bardzo dla koszykówki nieprzyjemna. Po pierwsze idąc do bukmachera w Polsce jako fan koszykówki, nigdy nie mamy pewności czy mecz, na którego obstawieniu nam zależy będzie w ofercie. Stawki z pozoru są dużo bardziej atrakcyjne, ale dla zachowania zdrowego rozsądku trzeba zawsze dawać podpórkę. Nie ma zabawy przy typowaniu dokładnego wyniku. Bukmacherka w koszykówce ssie. Dlatego prężnie  rozwija się fantasy, które wskazuje jedną przewagę koszykówki nad piłką nożną. Statystyki!

Owszem, można grać w fantasy futbolowe, ale jest ono dość nudne. Można grać w Wygraj Ligę, ale bawi to do momentu poznania fantasy koszykarskiego. Piłka nożna nie jest w stanie wygenerować tak dużej ilości statystyk, które w taki sposób różnicują graczy. Z jednej strony, uproszczenie danych liczbowych w futbolu daje możliwość łatwiejszego typowania wyników meczu, z drugiej strony spłyca złożoność rozgrywki.

Trudne do wyklarowania? Ok, wyobraźmy sobie piłkarza specjalizującego sie w unikaniu pułapek offside'owych, w ustawianiu muru lub rzutach wolnych. Są tacy. Trochę ich mało. Ich umiejętności są zupełnie nie mierzalne w stosunku do wkładu w zwycięstwo. Właściwie to jedna z nielicznych sytuacji, w której używam potęgi liczb do pokazania wartości samej w sobie. Daryl Morey nie byłby spełniony prowadząc AC Milan.

3-2 dla basketu

Symulatory

Musicie mi przyznać, iż wykazuje się niesamowitym gestem dołączając tą kategorię. Gdzieś do 2009 roku koszykówka nie miała prawa się wypowiadać w tej kwestii. Co w pewnym sensie wynika z tego, że gra w koszykówkę 5 na 5 bez zagrywek jest średnia, a dwa, że ciężko zrobić symulację obrony. Jest to trudne w jednym i drugim sporcie, ale w FIFA'ie czy PES'ie ma to mniejszy wpływ na grywalność. Dopiero seria 2K wprowadziła NBA do świata gier. Niestety jako świeżak w towarzystwie musi oddać cześć legendom.

6-1 dla futbolu.

Wizerunek

Zbyt bardzo boję się o opony w samochodzie, by napisać ten akapit.

0-0

Męskość

Naprawdę chcemy rozmawiać o tym, która gra jest bardziej męska.
źródło



źródło

Jakby ktoś insynuował, że źle dobrałem obrazki to jeszcze jedna para.

źródło
źródło

5-0 dla kosza

Sprawiedliwość

Wszystkie argumenty o buzzer-beaterach, o jednym rzucie w relacji do ilości punktów są bardzo słabe. W zamian mamy karne, przedłużony czas gry i słupki. To jest sport. Tutaj naprawdę czasem ma prawo dojść do słowa szczęście. Dlatego kategoria bez punktacji, ale jakby kto pytał, koszykówka jest bardziej sprawiedliwa. Zresztą tyle razy pisał o tym Maciek Kwiatkowski, że nie mam motywacji.

Podliczcie sobie sami.

bk


piątek, 12 kwietnia 2013

Wróżka prawdę Ci powie

Czy ktoś się kiedyś zastanawiał jak zmiana klimatu wpływa na rozgrywki sportowe? Te wszystkie letnie przesilenia, golfsztromy i lodowce. Czy np. Kwame Brown jak Prąd Wiatrów Zachodnich wpływa na jego karierę? Może, gdyby był tego świadomy, przezwyciężyłby grawitację. Oczywiście wpływa to również na kibiców, jak to tak, ledwo śnieg stopniał, a tu już play-offy. Przyszło z zaskoczenie. Właściwie najważniejsze zagadki sezonu zasadniczego zostały rozwiązane. Wprawdzie Kobe trzyma nas w niepewności do końca, więc pozwólmy mu jeszcze pobawić się jego pięcioma minutami. Tymczasem czas przedstawić najciekawsze i te mniej ciekawe pary na pierwszą rundę play-off. 

źródło


Heat - Bucks

Zaczynamy od najnudniejszej serii. Jak ktoś tu zakłada 4-1 to jest optymistą. Choć jak to zwykle bywa pod znakiem zapytania jest zdrowie Wade'a, który przydałby się w destrukcji duetu Ellis - Jennings. Dla Larriego Sandersa to pierwsze poważne play-offy, a Luc Mbah a Moute ma po prostu za trudne nazwisko, więc nici z niespodzianki. Warto choć jeden mecz z tej serii zobaczyć, bo w Bucks wielu młodych, gniewnych może pokazać ułamek tego, czego możemy się po nich spodziewać za kilka lat, a Miami to Miami i warto zobaczyć z jakiego C zaczynają. Nie może obyć się bez typu.

4-0 dla Heat

Pacers - Bulls

O ile w przypadku poprzedniej serii nie ma zbytnich wątpliwości, że obie drużyny się spotkają, w tym wypadku różnie to może być. Indiana na trzecim miejscu powinna dojechać do mety. Pytani brzmi, kto dojedzie tam na miejscu szóstym. W tym momencie znajduje się tam Atlanta.Chicago znajduje się wyżej, tylko dlatego, że rozegrało mniej meczów. Chicago rozegra jeszcze 5 spotkań w zasadniczym. Dziś podejmuje Knicksów, jutro Raptorrs, potem Heat, Magic i Wizards. Bez Rose'a, Noah i Denga ogranie ekipy z NY wydaje się trudne, ale Knicksi wygrali 13 ostatnich spotkań, a jak każdy fanatyk statystyki wie, każda kolejna wygrana zwiększa prawdopodobieństwo przegranej. Nie wiadomo kto zagra jutro w Toronto, a zarówno z Magic, jak i Wizards, Bulls mieli ostatnimi czasy ciężko. Miami nawet jeśli odpuści mecz z Bykami to może go spokojnie wygrać. Atlanta gra z Bucks, Raptors i Knicks. Właściwie Knicks i Raptors rozdają w tym momencie karty na wschodzie. Nowy Jork powinnien dać odpocząć Melo i spółce w ostatnim meczu, ale co się stanie ciężko przewidzieć. Tak czy inaczej, łatwiej mi sobie wyobrazić, że Hawks wygrywają te trzy mecze, niż że Bulls wygrywa pięć. Co nie zmienia faktu, że Indiana poradzi sobie spokojnie  w pierwszej rundzie. Nie sądzę, by Rose bawił się w Brandona Roya i wracał na tą serię.

4-1 dla Pacers

Spurs - Warriors

Na zachodzie, jak to na zachodzie niewiadomych jest wiele. Przede wszystkim walka o pierwsze miejsce jest otwarta. Sęk w tym, że Oklahoma ma bardzo prosty terminarz (Warriors, Blazers, Kings, Bucks), Parker i Ginobili są kontuzjowani, a przy tie-breaku wygrywa Oklahoma. Popovich nie będzie ryzykował. Golden State w tym momencie jest na pozycji numer 6, ale ma przed sobą Oklahomę, której zależy, Lakers, którzy mają Kobiego, któremu zależy, Spurs, którym nie zależy i Blazers w nastroju wakacyjnym. Z jednym małym ale. Spurs w tym meczu decydują z kim grają, a mogą zechcieć grać z Golden State, bo nikt nie chce spotkać Jamesa Hardena w pierwszej rundzie (to na pewno ten argument). Na same play-offy Parker powinien być już zdrowy, co czyni tą serię dość przewidywalną.

4-1 dla Spurs

Nuggets - Rockets

Wspominałem coś o strachu przed Hardenem. Nie miałęm na myśli Nuggets. Denver są 4-0 przeciwko Houston w tym sezonie. Mają przewagę własnego parkietu, a przewaga parkietu w Denver znaczy dla przeciwników, mniej więcej tyle co dla hokeistów gra bez łyżew.Oczywiście broda Jamesa Hardena wygra jakiś mecz.

4-2 dla Nuggets

Knicks - Celtics

Z trudem dotrwaliśmy do momentu, gdzie seria zaczyna być ciekawa. Te drużyny spotykają się notorycznie w play-offach. Mają też jakąś tożsamościową cząstkę wspólną: obie są archetypem drużyny ze wschodu i są przesiąknięte latami 70-tymi. Jak bardzo nie próbuję sobie tego wyobrazić to bez Rondo ciężko wyobrazić sobie Celtics w drugiej rundzie. Ale jeżeli już sobie wyobrażać to tylko po serii z Knicks. Dużo zależy od tego jak zachowa się Jeff Green. O wkład KG i Pierca nie trzeba się martwić. Jason Terry powinien zrobić swoje (propsuję Jeta!), ale to właśnie Green pod nieobecność Rondo nadaje tej drużynie dynamiki. Defensywnie Celtics są w stanie zneutralizować Melo, pytanie brzmi: na ile kwart. Bardzo bym chciał, by było inaczej, ale ta seria idzie do NYC.

4-2 dla Knicks

Nets - Hawks


O konferencji wschodniej świadczy do dość dobrze fakt, że najciekawsza seria pierwszej rundy po tej stronie kontynentu to starcie drużyny, której doświadczenie na tym szczeblu rozgrywek można ambitnie ocenić na intermediate, z drużyną, którą ogląda się bardzo ciężko. Ciekawość tej serii nie wynika z gęstej atmosfery czy pokładanych nadzieji, lecz z braku bladego pojęcia co tam się wydarzy. Wynik wróżyłem z fusów.

4-2 dla Nets

Thunder - Lakers

Ok, Lakers mają trudniejszy terminarz niż Utah, ale mogą sprzyjać im różne okoliczności. Liga potrzebuje Lakersów w play-off. Oczywiście przydałaby się seria Lakers - Clippers, ale nie można mieć wszystkiego. Choć racjonalnych argumentów brakuje, Lakers będą w postseason. Tam już tak różowo nie będzie, ale Oklahoma, może złapać lekkiej zadyszki po ataku na pierwszą pozycję ( zdaję sobie sprawę, iż Russell Westbrook nie jest w stanie złapać zadyszki). Choć warto zwrócić uwagę, iż Thunder tracą najmniej punktów, gdy grają z dnia na dzień. Nie zdziwię się jak to będzie sweep, nie zdziwię się, gdy Oklahoma odpadnie. To będzie ciekawa porcja koszykówki i to może być moment, kiedy Lakers zaczną grać tak jak wszyscy od nich tego oczekują. Głównie dlatego, że już nikt niczego nie będzie od nich oczekiwał.

4-3 dla Thunder

Clippers - Grizzlies

Mniejsza o to, czyja będzie przewaga parkietu. Mniejsza o to, jak zmieniły się te drużyny w tym sezonie. Rok temu to była najlepsza seria pierwszej rundy, w tym roku będzie tak samo. W tym momencie, może nam się urodzić ciekawa rywalizacja. Fantastyczną historią jest dla mnie to jak w Memphis spisuje się Tayshaun Prince. Memphis jest potęgą pod koszem i Blake Griffin może kolejny razy wyjść z tej serii sromotnie poobijany. Chris Paul musi dodać wiatru w żagle swojej drużynie, bo bez tego ta seria może być ciekawie jednostronna. W tym roku dziejowa sprawiedliwość może wziąźć górę.

4-3 dla Grizzlies


bk


poniedziałek, 25 marca 2013

Czym jest Los Angeles Clippers

Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący wygrywać z każdym. Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący się odnaleźć w każdych okolicznościach. Chciałbym, żeby ten zespół łączył efektywność z efektownością. Los Angeles Clippers stoi przed ogromną szansą stania się czymkolwiek w tej lidze. Bardzo bym chciał, by czymkolwiek się stał. Szkoda, że w tym sezonie to niemożliwe.

Czasami subtelna jest różnica, pomiędzy znaczącym teamem, a blendem najlepszych zawodników. Przykład? Proszę bardzo. Utah Jazz z lat 90-tych i New Jersey Nets z początku millenium. Oba zdobyły dwa razy vice-mistrzostwo. Z jednej strony mamy Listonosza i Stockton'a, z drugiej Vince'a i Kidd'a. Jerry Sloan vs. Byron Scott. Widać subtelną różnicę? Nawet, gdyby pominać, iż Scott jest tylko bardzo dobrym trenerem, a Sloan wybitnym oraz to, że Vince Carter ma troszkę mniej charakteru od trójki pozostałych zawodników, to nadal występuje ten tajemniczy dysonans odbiorczy. Utah Jazz stworzyli historię tej ligi, Nets zdobyli tylko dwa vice-mistrzostwa (w tym okresie).

Historia w subiektywie


Oczywiście, Clippers nie są na poziomie Nets z 2002 roku. A mogliby już być. Zresztą Clippers mogliby być czymkolwiek innym niż pośmiewiskiem już sto lat temu, ale dopiero niedawno znudziła im się ta rola. W 2008 roku zobaczyłem w grze pierwszy raz Erica Gordona. "Kurcze, szkoda, że jest w LAC" pomyślałem i poszedłem spać, ale dla niego obejrzałem później kilka meczy Clippers. Po cichu liczyłem na jego rozwój. Sukcesywnie wybierałem go w draftach fantasy. Z tym rozwojem trochę się zawiodłem. Właściwie Gordon rozwinął się jedynie w kwestii ścinania do kosza. Bardziej wiązało się to z poczuciem pewności siebie niz z treningiem. Co gorsza, szybko obróciło się przeciw niemu. Dziś czuję się trochę jak Kevin Pritchard.

To co robił Blake Griffin z naszą wyobraźni w październiku 2009, można porównać jedynie do tego:

źródło
Gdy, Blake Griffin wrócił z czyśćca, gdzie musiał odpokutować za grzech pychy i szaleństwa, LAC mieli tzw. skład z iskrą. Griffin, Gordon, Baron Davis w dobrym humorze i nieokrzesany Eric Bledsoe kreowali basket pełen pozytywnej energii i zabawy. To była taka wersja Warriors lub Suns stworzona podemnie. Mieli problemy z defensywą, udany grudzień i styczeń oraz moje dobre słowo. Niestety, nie wystarczyło w zasadzie na nic. Do dziś nie bardzo rozumiem, po co komu Mo Williams, ale widocznie, członkowie tej organizacji stwierdzili, że jest niezbędny. Na szczęście, trochę wyższym priorytetem niezbędności obdarowany został Chris Paul.

Jak to działa?


Organizacja. O dziwo, wiele problemów z klubowych biur znajduje odzwierciedlenie na boisku (zaiste dziwne). Zobaczmy, jak wygląda LAC dziś, bez Erica Gordona, a z Chrisem Paulem i paroma innymi nabytkami. Zeszły sezon można zdecydowanie zaliczyć do udanych. Emocjonująca seria z Memphis i trochę mniej emocjonująca ze Spurs. Za bardzo nikt nie może mieć pretensji, że tą serię przegrali. To cudownie mieć tak nieciekawą historię - nikt od Ciebie nic nie wymaga. Obecny sezon ciężko podsumować. Zaczeli bardzo mocno. W grudniu byli niepokonani. Wszystko wyglądało cacy. Tylko, że to początek sezonu. 

Większość drużyn (ok, większość tych lepszych drużyn) wykorzystuje rozciągłość sezonu do nabierania tempa, poszerzania arsenału zagrywek, badania rywali. Te lepsze drużyny mogą sobie na to pozwolić, bo prawdziwa walka rozpocznie się w marcu i kwietniu. Oczywiście rozpędzanie się nie wszystkim wychodzi płynnie (Lakers), ropędzając się można stracić pół składu (Celtics), w rozpędzie można pójść kilka kroków powyżej normy (Heat), można mieć wszystkie stare prawdy w nosie (Spurs), albo po prostu można zrobić to podręcznikowo (Nuggets). Clippers jakby zapomniało zmienić mindset na faworytów konferencji. Oni od początku sezonu walczyli o play offy. Nie mówimy tu o Sacramento, gdzie najbardziej doświadczoną osobą jest sprzedawca hot-dogów z czwartego sektora, tylko o drużynie, w której na każdą pozycję można wstawić gościa z dwucyfrowym stażem i pokaźną listą osiągnięć (i tak stworzyłem heroiczną piątkę Billups, Crawford, Butler, Hill, Odom, która raczej nie zagra ze sobą razem już nigdy!). Dodatkowo gwiazdą tej drużyny jest CP3. A widzieliście kiedyś bardziej zrównoważoną i rozsądną gwiazdę NBA? (Cliff Paul jest gwiazdą innego formatu.) Wracamy, więc do organizacji. To organizacja jest niedojrzała. Tego nawet nie trzeba udowadniać.

Patrzę, jak Clippers często nie mają pomysłu na rozegrania piłki. Widzę, jak wszystko zależy od inwencji twórczej CP3. Wszystko w tym zespole oparte jest na indywidualnych umiejętnościach. Świetny przykład, w połowie marca do Staples Centre zawitały misiaki z Memphis. To jak wyglądała czwarta kwarta tego meczu, nie zostanie na pewno wizytówką przemiany LAC w kontendera. Billups próbujący samodzielnie utrzymać drużynę w meczu, Vinny Del Negro tajemniczo rotujący zawodnikami, co mogło być odczytane jako prymitywny substytut rozpisania dwóch zagrywek. Pomijam fakt, jak bardzo Memphis są w stanie ośmieszyć Clippers pod koszem (są w stanie to zrobić z większością drużyn w tej lidze). Tam absolutnie nie było walczącego zespołu. Zero woli walki. Zupełnie coś innego widziałem wczoraj, gdy z Memphis przegrał Boston. Walka do ostatnich sekund, zaangażowanie Rivers'a w deprymowanie przeciwników, zaangażowanie i poświecenie. Można oczywiście powiedzieć, że Doc miał łatwiej, bo nie miał kim rotować. Można też podsumować, to właśnie było coś czego brakuje Clippers do bycia czymś więcej w tej lidze. Póki co.

źródło

bk

niedziela, 17 lutego 2013

Czasy się zmieniają

By uczcić dzisiejsze koszykarskie święto, jakim jest All Star Game, nie będę o nim już wspominał. Parę dni temu miał miejsce dość szczególny mecz. Powtórka ostatnich finałów. Drugi raz w tym sezonie Oklahoma nie dała rady odegrać się za wydarzenia minionego lata. Właściwie sam mecz był bez historii. Russell Westbrook starał się urozmaicić show, kilka razy naprawdę się uśmiechnąłem. Np. wtedy. W pewnym momencie, Oklahoma nabrała wiatru w żagle i odrobiła 10 punktów straty, następnie LeBron uświadomił im, iż to była ta "mniejsza" połowa do odrobienia. Właściwie, w końcówce spotkanie tylko jedna kwestia miała znaczenie. Czy James pobije swój własny rekord?

Nie zrobił tego. Jednak, gdy kiedykolwiek, ktokolwiek wypowie słowa "mogłem, ale nie chciałem", przed oczami stanie mi ten mecz. Spójrzmy na to z tej strony: najlepszy obecnie koszykarz na świecie bije rekord z grupy tych "konsekwentnych". Coś w stylu, przez ile minut Dino Zoff nie puścił bramki, tylko trochę bardziej (tłumaczenie koszykówki na bazie piłki nożnej - jestem pasjonatem). W grę wchodzą dwie kategorie: punkty i skuteczność - kategorie, które niezbyt chętnie chodzą w parze. W takim wypadku, teraz każdy mecz może być podbijaniem rekordu. Tak się składa, że następne spotkanie to mecz mistrzów świata z vice-mistrzami (na potrzeby notki stosuje amerykańską narracje). Tak się składa, że takie mecze są specjalnie traktowane w terminarzu, by nikomu nie przyszło do głowy w tym czasie oglądać innego pojedynku (nomenklatura bokserska jest również przydatna). Tak się składa, że właśnie ten zawodnik odstawił ten mecz do lodówki (całkiem możliwe, że tym samym naraził się panu Szefowi). Gdy na kilka minut przed końcem Lebron miał powyżej 30 punktów i skuteczność 60%, rzucił dwa razy coś, co odczytałem jako komunikat "jak to trafie, to Westbrook jedzie na wakacje do Ciechocinka, z miejsca". Nie trafił, więc Russell mógł spokojnie zaliczyć jeszcze kilka strat. Gdyby Lebron trafił, mógłby się pojawić na okładce Super Expressu następnego dnia, ja zrobiłbym wielkie "ooooooouch, co za gość", a Micheal Jordan byłby smutny w swoje urodziny.


źródło

MJ ma 50 lat. O bracie, czas płynie. Różne czynniki z poprzedniego akapitu wpłynęły na zaostrzenie dyskusji "o najlepszym koszykarzu wszechczasów". W tym momencie można powiedzieć jedno: LeBron James jest bardziej dojrzałym koszykarzem niż Jordan. Nie koszykarsko, mentalnie. Nie chodzi tylko o to, jak radzi sobie z werbalną kreatywnością. Chodzi o to, jak podchodzi do tej gry. To ta postawa: ok, najpierw załatwmy zwycięstwo, potem pobawię się w kotka i myszkę z tym rekordem, nie wyszło, trudno. Wykorzystał sytuację, by zgnieść przeciwnika i zbudować team chemistry. W tym sezonie Miami wygląda imponująco, nie tylko pod względem gry, ale pod względem redystrybucji wiary, energii, zaufania i radości z gry. To czego brakowało im w pierwszym sezonie i w co powątpiewaliśmy rok temu. Patrząc na Chicago w latach 90-tych, Jordan był największym talentem i wolą walki tej drużyny, ale to Pippen był spoiwem drużyny. Gdyby zabawić się w moją ulubioną grę w gdybanie, możnaby zapytać "Gdzie dziś byłby MJ, gdy nie spotkał na swojej drodze Phila Jacksona?" Trenerzy NBA, którzy kształtowali LeBrona, delikatnie rzecz ujmując nie rażą nas silnymi osobowościami, a dziś jest on sercem i duszą drużyny.

Na czym powinno polegać porównywanie wielkich zawodników na przestrzeni lat. Na tym, kim są na boisku i co na nim robią. Czy można zrobić to biorąc pod uwagę całokształt, a nie pojedyncze statystyki? Nie, koniec, kropka. Mamy czasy Jordana, mamy czasy LeBrona, gdzieś pomiędzy mamy Kobiego. Wszyscy trzej zasługują na miano hegemonów koszykówki. Nic ponadto. Co można porównać? Czasy. Patrząc z perspektywy gwiazd tej ligi, zobaczyć jak się zmieniała. Widać tu jak na dłoni jak archetyp mistrzowskiej pychu ustępuje na rzecz mistrzowskiemu dystansowi. I gdzieś w tym wszystkim dostrzegamy, że jesteśmy więźniami pewnej narracji i kreacji (kreacja jest tu tylko dla rymu). Bo nagle, pojawia się pytanie, a może to Tim Duncan miał większy wpływ na rozwój tożsamości NBA, a dlaczego Kobe stał się bardziej zrównoważony po piątym mistrzostwie, kim w tej całej układance jest Allen Iverson itp. I cała układanka nam runie. Bo pewnych procesów nie da się tak po prostu trywializować.



bk


niedziela, 9 grudnia 2012

Świecie, bądź wolny


World B. Free

- World be free! - każdym swoim zagraniem na boiskach Brooklynu, NBA, Miami Tropics, a o mały włos i AC Milan, krzyczał World Bernard Free, jedyny taki zawodnik w historii ligi.
- World be free! - skandowała publiczność wypełnionej po brzegi hali Cleveland Cavaliers po tym jak ten praktycznie w pojedynkę uratował Ohio przed znkinięciem na dobre z mapy NBA.
- World be free! - jeszcze długo po zakończeniu jego kariery można było usłyszeć na boiskach gimnazjów i liceów USA, kiedy tylko jeden z młodych zawodników trafił szalony rzut z niemożliwej pozycji lub zapakował piłkę do kosza po wykonaniu obrotu o 360 stopni (liceum w USA).
The Original Boston Strangler, Prince of Midair, All-World, przez 30 lat jedyny startujący All-Star w historii Clippersów. Obchodzący dziś swoje 59. urodziny World B. Free świat czynił wolnym w jeden z najprawdziwszych sposobów.

Easy Rider


Slam Online: You were one of the first to bring playground style to the NBA. Tiny Archibald always says that the problem with playground players is that they try to look good, when the goal is to score.
Free: Good for him, but I like to look good and score.

World na świat przyszedł jako Lloyd, pochodził z jednej z najgorszych dzielnic Nowego Jorku, Brownsville. Jak sam mówił gra na Brooklynie nie mogła go nie przygotować do gry w NBA, bo już wtedy grał z najlepszymi. Jego zdaniem wielu z którymi mierzył się na ulicach Nowego Jorku zdecydowanie przewyższało umiejętnościami rywali z ligi zawodowej, jednak nie prowadzili się za dobrze, brali narkotyki, albo po prostu uważali się na ligę zbyt dobrzy (enter David Stern?). Nie mniej jednak, typowa dla Brooklynu pewność siebie i szalone rzuty o zdecydowanie za wysokiej paraboli lotu połączone z pionowym wyskokiem na poziomie 112cm (jeden z najwyższych w historii NBA - Vince Carter skakał 2cm niżej) na trwałe zapisały się w historii brooklyńskiego streetballu. Przełomowy dla historii moment miał miejsce w pewien szczególny dzień, kiedy spotkały się ze sobą drużyny reprezentujące dzielnice Bedford i Brownsville. Ekipa z Bedford nie mogła jeszcze wtedy liczyć na kilkuletnich Shawna Cartera, Chrisa Rocka czy Mike'a Tysona, za to GZA na pewno ucieszył się na możliwość spotkania z reprezentującym Brownsville RZĄ. Nieopodal, w Fort Greene Spike Lee odrabiał lekcje, a mały Eddie Murphy zabawiał własnymi żartami ciocię w Bushwick. Woody Allen, dajmy na to, spacerował, bardziej na południu, w okolicy Midwood (za uprzejmością thejewmap.com). Najlepiej z nich czuł się jednak Herb Smith, wesoły gość, który był naczelnym autorem ksyw w Brownsville i właśnie oglądał kawał dobrej koszykówki. Lloyd wychodził w szybkiej kontrze na wyższego od siebie o głowę przeciwnika, wyskoczył w górę, minął go w locie obrotem o 360 stopni, zapakował piłkę do kosza, Herb zaczął krzyczeć "World! World! You are all world, Lloyd!” i ten na ziemię brooklyńską wrócił już jako World.

famous people from Brooklyn and where they lived


Po ukończeniu liceum Canarsie, Free udał się do Północnej Karoliny gdzie jako freshman poprowadził koledż Guilford do mistrzostwa NAIA. W drafcie w 1975 roku wybrany został z numerem 23. przez Philadelphie 76ers, gdzie grał 3 lata, znacząco pomagając trio Collins - McGinnis - Erving w wejściu do finałów w 1977, gdzie razem uratowali karierę największemu hipsterowi w dziejach ligi, Billowi Waltonowi grającemu wtedy w Portland. World stanowił wtedy część kipiącej potencjałem, nieokrzesanej ławki Philadelphii z Chocolate Thunderem i tatą Kobe'go Bryanta na czele:

Free: "I fed off the crowd and liked to get them involved. In Philly, we had the bomb squad on the bench and our thing was to spark the team and excite the crowd. It was me, Harvey Catchings, Darryl Dawkins, Steve Mix and Joe “Jelly Bean” Bryant. Our second unit was almost better than the first, though we lacked experience."

Darryl Dawkins, popularny Chocolate Thunder, pochodził z nieco innego świata, wspominał później jak to przed spotkaniem z Worldem był głównie jump-shooterem. Ale World B. Free. 

Dawkins: "One night, he took it down the middle and dunked on Bill Walton, a great shot blocker, and I said, “Damn, how’d you do that?” He said, “You can, too.” I went out and dunked on Walton myself. After that I dunked on everyone, with no fear. It was just a matter of having confidence, and World showed me. For that, I am forever grateful."

Początki kariery Worlda w NBA to też ostatnie lata gry Clyde'a Fraziera, którego cenił od najmłodszych lat za agresywną obronę. Ale World B. Free.

Free: "I used to sit outside with my little transistor radio struggling to hear the playoff games and root for Clyde. But then dude broke my heart. When I was about 14, I snuck into a game and sat in the very top row of the Garden. Afterwards, I went and stood in the pouring rain to get an autograph. I saw Spencer Haywood and everyone else but I only wanted Clyde, who was the last one out. He was super bad, wearing a cape and a big ol’ sombrero hat and big black shoes. I walk up and go, “Mr. Frazier, can I please have your autograph?” He goes, “I can’t sign right now,” and walks on the bus, leaving me standing in the rain, heartbroken. About seven years later, I’m in the NBA and play against him for the first time. And, man, I took it to him — came off the bench and gave him 20 quick and hard ones. I did that every time we played and he finally asked me why I played him so damn hard, and I told him. He just looked at me, sort of shocked. That’s one of the reasons I love signing autographs. You never know who those kids are going to be."

W październiku 1978 Philadelphia wymieniła Worlda na pick w pierwszej rundzie draftu 1984 (Charles Barkley) do Clippersów, którzy właśnie narodzili się z Buffalo Braves, drużyny bardzo Clippers, której walki o przedostatnie miejsce w lidze nikt już nie chciał oglądać. Ale World B. Free. W San Diego spędził 2 najlepsze lata swoje kariery, dwukrotnie zajmując 2. miejsce w klasyfikacji strzelców (28,8 pkt/mecz w sezonie 78-79 i 30,2 pkt - 4,2 as - 3,5 zb/ mecz i wybór do pierwszej piątki zachodu w sezonie 79-80) za George'm 'Icemanem' Gervinem z San Antonio. Z czerwonej latarnii ligi uczynił drużynę walczącą o playoffy. Przede wszystkim jednak swoją grą przyciągał komplety publiczności do hali w San Diego. Dygresja: podobno Gervin bardzo uważnie czytał gazety z wynikami i kiedy tylko widział, że B. Free rzucił 30 pkt w następnym meczu rzucał 32. 

Następnym przystankiem w karierze Worlda było Golden State, któremu również bliżej było wtedy do dna NBA niż kandydata do mistrzostwa. Ale World B. Free. Historia niemal identyczna jak w San Diego, naczelny wyzwalacz ligi z drużyny, która wygrała 24 mecze w 1980 uczynił drużynę wygrywająca 45 meczów w 1982. Również tutaj na taktycznej odprawie World słyszał głównie od trenera Ala Attles'a "put the damn ball in the basket", co ostatecznie ugruntowało jego reptuację jako szalonego strzelca. Kibice nie narzekali, byli z Ameryki i kochali wolność. To właśnie wtedy też, w czasie swojej przygody z Warriors (what better place), w grudniu 1981, zmienił już oficjalnie imię z Lloyd na World. Jak sam mówi, widział co się działo wtedy na świecie i chciał, żeby ludzie myśleli o tym za każdym razem kiedy wymawiają jego imię.



Największe wyzwanie wciąż było jednak przed nim. W grudniu 1982 World wdepnął w Cleveland.

Free: It was dead. You couldn’t say anything else but that it was dead. (...) When I got here, there were like 15 people in the stands and I knew every one of them by first and last name.

Cavaliers byli w rozsypce. W poprzednich sezonach przegrywali 52, 45, 54 i 67 meczów. Drużyna zarządzana przez Teda Stępnia/Stepiena, demoniczne skrzyżowanie predyspozycji Donalda Sterlinga i Isiah'a Thomasa, była pośmiewiskiem ligi na skraju wymarcia. Stepien, w ramach oszczędności, oddawał wszystkie wybory w pierwszej rundzie draftu do Dallas Mavericks ('83, '84, '85, '86!), co doprowadziło do wprowadzenie specjalnego prawa Stępnia, według którego oficjele z NBA musieli osobiście zatwierdzać wszystkie decyzje transferowe Cleveland. Wolałem uniknąć tego porównania, ale Cavs na początku lat '80 wyglądali właściwie tylko ciut lepiej niż Mike-I'm just thankful they didn't take me behind the barn and put me down-Miller przed czerwcem 2012 . Na domiar złego, katastrofalna gra zespołu nie rozgrzewała resztek kibiców drużyny, którzy musieli w środku srogiej Ohiańskiej zimy liczyć się z długimi podróżami do położonej 30 minut od miasta hali.

Ale World B. Free. I odrobinę młody George Karl. I odrobinę nowi właściciele i zmiana kultury organizacji. Ale wszystko oparte na idei wolnego świata.

I told everyone before I got there that before I leave Cleveland, there’s going to be some sell-outs back up in this bad boy. And there was.

World B. Free Vs. Larry Bird, Boston Celtics - Cleveland Cavaliers NBA playoffs


Po dwóch latach latach żmudnej walki i mozolnie poprawianych wyników przyszedł sezon 84-85, który pełna animuszu drużyna rozpoczęła 19 porażkami i 2 zwycięstwami. World nie poddał się jednak i poprowadził drużynę do 36 zwycięstw i playoffów, gdzie niewiele zabrakło a sprawiliby sensację eliminując legendarnych Boston Celtics z legendarnym Larry'm Birdem (zwycięstwo i 3 porażki dwoma punktami). Każdy mecz napawał wypełnioną po brzegi halę nadzieją na zwycięstwo. Do ostatnich sekund. Choć ostatecznie przegrywali, kibice w Cleveland zrozumieli, że do tych ostatnich sekund zawsze warto jest czekać. Cavaliers zostali uratowani.

Free: My proudest moment as a Cavalier was when we had clinched the playoffs – when we beat New Jersey – me and George Karl gave each other a big hug and there was a sign that came across the scoreboard that said “WE MADE IT!” That was my favorite moment in Cleveland. That was the most touching thing I’ve ever seen.

To był właściwie koniec wielkiej kariery Worlda. Po tym momencie przyszedł jeszcze pożegnalny sezon z Cavs, veteran game w Philadelphii i Houston Rockets, MVP ligi USBL z Miami Tropics i rozmowy z Darrylem Dawkinsem o grze w Mediolanie. Ostatecznie zakończył karierę jako 49. strzelec w historii NBA ze średnią 20,3 pkt/mecz, które zdobywał w sposób definiujący znaczenie słowa extraordinary (...). Wzrostu drugiego blogera na Nawet Nawet, zawsze starał się udoskonalać swój styl gry do rywalizacji z wyższymi przeciwnikami. Stąd jego przeważnie niemożliwy do zablokowania, ocierający się o jumbotron (delikatna hiperbola) rainbow shot zza głowy, połączony z wyskokiem Lena Biasa, do którego jak wiemy miał ogromne predyspozycje i zasłużony pseudonim Księcia Powietrza, w którym spędził połowę kariery, wskakując na głowy najlepiej blokujących centrów ligi. Jeśli do tego doda się naturalną szybkość, rzut, który mógł trafić from "anywhere around the world" i wrodzoną wolę wolności na boisku, aż dziw bierze, że taka postać zdaje się mieć tak marginalne znaczenie w historii ligi (może przydałoby się wygrać więcej niż 3 serie w playoffach). Ale World B. Free.

Po zakończeniu kariery World nie przestał być Free, prowadził 2 monopolowe, wypożyczalnię video i call center, snuł plany o połączeniu wszystkich branży w jedną wielką lokomotywę emocji. W 1997 został wybrany do Nowojorskiej Hall Of Fame gdzie dołączył do Kareema Abdula-Jabbara, Lenny'ego Wilkensa, Nate'a 'Tiny' Archibalda i Connie'go Hawkinsa, ocierając się (jak zwykle o wszystko) o Mount Rushmore nowojorskiej koszykówki. Osiem lat później w przerwie meczu Kawalerzystów z Clippersami World wstąpił do wcale nieskromnej galerii legend Cleveland Cavaliers. W 2009 wybrany został jako twarz "the freshest collection ever" koszykarskiej marki K1X, według której styl gry Worlda utorował drogę graczom pokroju Allena Ivesona i Kobe'go Bryanta. Dziś jest dyrektorem ds. rozwoju zawodników i ambasadorem 76ers, organizuje liczne campy dla dzieci z regionu, jeździ po szkołach i szpitalach, uśmiecha się i przybija piątki w Pennsylvanii, New Jersey i Delawere czyli gdzie tylko może byle nie w Nowym Jorku. World B. Free.

Na koniec jeszcze jeden rainbow shot z dziewiątego metra.



kz