Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miami heat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miami heat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2013

Aktualności ze świata haterów

Offseason to nie tylko zmiany składów, kontraktów, koncepcji, trenerów i nowe modele butów. Offseason często wiąże się z poważnymi przetasowaniami w układzie sił po stronie kibiców. W sensie suporterów. Oczywiście proces jest długotrwały. Musimy poczekać na pierwsze wybryki nowego składu, aby krzyknąć: "Viva Suns!". Choć znam wiele osób, które z tak odważnymi okrzykami czekają do game 7 finałów konferencji. To się chyba nazywa oziębłość.

Koszykówka jest jak życie, więc łatwo można odgadnąć, iż proces nienawidzenia przebiega 73 razy szybciej niż proces uwielbienia. (Tak naprawdę 76 razy, ale nie chciałem tego robić Philly). Import KG i The Truth do Nets spotkał się z, w miarę, pozytywnym odzewem. Możliwe, iż przyczyna tego są kumulatywne 75 urodziny, które obaj panowie wyprawiają za rok. Jednak spory odsetek społeczeństwa na wieść o dealu z udziałem Jędrzeja Kirilenki, paru groszy w amerykańskiej walucie, kilku walizek na lotnisku Szeremietiewo, dwóch akrów ziemi z widokiem na Ural, taniego gazu łupkowego i 48 escort girls (słownie czterdzieści osiem), krzyknęło pełną piersią "Zafajdani Moskale!". Mark Cuban oficjalnie się nie wypowiadał na temat, jeszcze.

Nie będzie teraz akapitu o tym, o ile łatwiej krzyknąć "Zafajdani Moskale" niż "Viva Suns". Nie będzie teraz akapitu o tym, jak Michaił Prochorow chciał w jednym dealu zmieścić też Marię Kirilenko, lecz  wtedy władze NBA mogłyby zacząć węszyć szwindel. Nie będzie teraz akapitu o luxury tax. Nie będzie teraz akapitu o drużynie jaką zbudowałem w NBA 2k bez przekraczania salary cap, choć mógłbym napisać o tym kilka akapitów. Wbrew pozorom nie był to akapit nawiązujący do powszechnej aklamacji Google Poetics jako źródła świetnego humoru, co skutkuje dewaluacją mojej ukochanej anafory.

Sytuacja na Brooklynie zmieniła zasadniczo obraz mapy koszykarskiego hatingu. Dodając do tego koniec ery Boston Celtics i poważną ewentualność niedostania się do play offs przez Lakers, mamy inny świat. Przy czym, pierwsza pozycja na podium pozostaje niezmienna. Zobaczmy jak to wygląda.


Zespoły budowane przez draft są z reguły bardziej lubiane niż zespoły zbudowane z free agency, a już zdecydowanie niż te zbudowane na transferach. Zwiększając wartość draftowych picków nowe CBA może przyczynić się do zmniejszenia poziomu złych emocji wśród kibiców. Jednak bardziej prawdopodobne, że zaczniemy być świadkami wymian spod ciemnej gwiazdy, w których towarem są picki. Celtics wchodzą na drogę odbudowy poprzez draft, póki co. Mają swoich szeregach sporo młodej walecznej krwi i trenera, który co by nie zrobił, będzie szanowany przez najbliższe 12 miesięcy. Wszystko byłoby cacy, ale na scenie pojawił się Kris Humphries. Wychodzimy więc na zero. O dziwo, płazem uszło Bostonowi pozbycie się wieloletniego franchise playera, może kibice też dojrzewają.

Poziom uniwersalnego hatingu: 40


Czas czyni swoje, w związku z czym poziom nienawiści do talentów z South Beach opada. Decyzja o zatrzymaniu całego składu może temu trendowi jedynie pomóc. Brak transferów to generalnie recepta na poprawę swojego wizerunku.

Poziom uniwersalnego hatingu: 87


Całkiem dobrze im idzie coroczne multiplikowanie hype'u. Hello Brooklyn i te sprawy. Swoją drogą, macie propozycje do jakiego podkładu powinniśmy to śpiewać za rok? Ale płacenie takiego podatku od luksusu automatycznie będzie wzbudzać szyderstwa przy każdej porażce. Wszelkie przeliczniki wydanych dolarów na procent zwycięstw będą wpłynały na psychikę Derona Willimsa. Rosyjski rodowód też raczej nie wpłynie na ocieplenie wizerunku. W przypadku finału konferencji Heat - Nets jedynie względy szacunek do Garnetta może powstrzymywać zagorzałych koszykarskich haterów przed wysadzeniem Barkley Center w powietrze.

Poziom uniwersalnego hatingu: 79


No coż, Clippersie raczej nie mają szans na wcielenie się w rolę brzydkiego kaczątka przeistaczającego się w uwielbiany festiwal koszykówki. Szacunek do Doca Riversa i Chrisa Paula razem, nie jest w stanie podnieść wizerunku organizacji. Dodać należy do tego, że w tym offseason obaj panowie stracili delikatnie w notowaniach. Co jest bardzo śmieszną historią, bo gdybyśmy mieli rok 1994, taki offseason byłby niczym tożsamościowe zbawienie. Internet, natłok informacji, sprzeczne wieści, te sprawy. To cały czas jest L.A.

Poziom uniwersalnego hatingu: 54


Na stare lata, San Antonio zyskuje estymę nie tylko koszykarskich purystów, ale też codziennych fanatyków. W tym kontekście stały trzon drużyny i niemedialność młodej gwiazdy stają się ich kartą przetargową. Oczywiście przyprawioną tekstami Popovicha. Konsekwencja w cenie.

Poziom uniwersalnego hatingu: 35


W tym roku ciężko określić, która drużyna z L.A. jest bardziej lubiana. Kobe jest coraz milszym człowiekiem. Poza tym jest połamany, a tacy są lubiani. Zazwyczaj. Derick Rose? Nie ma marudnego Howarda. Jest nieustępliwy Steve Nash. Nie ma już Światowego Pokoju. Warto więc napisać takie zdanie. Koniec Światowego Pokoju zmniejszył poziom nienawiści w Los Angeles. W przypadku ewentualnego tankowania sezonu, może jednak wszystko runąć.

Poziom uniwersalnego hatingu: 57



Oklahoma nie tak dawno weszła do tego grona. Do niedawna była uniwersalnie uwielbiana. Teraz zrobiła się delikatnie nijaka. Bez Jamesa Hardena jest jakaś taka smutna. Uśmiechu Westbrooka też nie było nam dane od dawna zobaczyć. Zaczynają się pierwsze krytyczne opinie odnośnie Sama Prestiego i drugie krytyczne opinie odnośnie Scotta Brooksa. Nie ma mocnych, drużyna, która przez 3 lata jest kontenderem musi trafić na tą listę.

Poziom uniwersalnego hatingu: 44

bk



sobota, 22 czerwca 2013

Noc po czyli noc kupały



Dzisiejsza noc jest tak krótka, że muszę się streszczać, by zdążyć przed świtem. W tą wyjątkową noc, kiedy puszczamy chińskie lampiony w niebo, powołując się na święto, o którym nie mamy pojęcia, mamy możliwość usiąść wygodnie, zgarnąć z czoła strużkę potu i rozmyślać o zakończonym sezonie NBA. Możemy na spokojnie spojrzeć na zakończone wczoraj finały, zrzucić z barków tłamszące pokłady emocji i opowiedzieć sobie na spokojnie historię jaką napisała nam liga.

W tych, prawdopodobnie, najlepszych finałach w XXI wieku (muszę sobie odświeżyć finały z 2005 roku, by się upewnić w tym przekonaniu) widzieliśmy pure basketball finest (kolejność wyrazów dowolna). Szala zwycięstwa ważyła się do 30 sekund przed końcem meczu nr 7. Intensywność gry dała się we znaki wszystkim, nawet Tracy McGrady wyglądał na wyeksploatowanego (choć u niego to może być przypadłość chroniczna). Każdy zawodnik miał swoje 5 minut, a każda osoba biorąca udział w tej eskapadzie napisała nowa historię w swoim kajecie wspomnień. Pozwólcie, iż przedstawię Wam kilka historii tych finałów NBA.

Historia fana GSW

źródło

Nie znam Twojej historii, ale wydaje się być ciekawa.

Historia Dannego Greena

Tak sztampowy, filmowy, sztywny schemat rysuje się pod tą postacią. Z dna na szczyt i ze szczytu w przepaść. Danny Green w przeciągu dwóch lat zmienił się z gościa z D-League w człowieka, o którym dyskutowano w kategoriach kandydata na MVP Finałów. Wow. To mały, waleczny chłopiec bijący rekord Raya Allena. I nagle skupiający na sobie obronców. Gdy obrona Miami zaczeła pilnować Greena niczym oczka w głowie, świeży rekordzista załamanie trendu przyprawił gorączką w Game 7. W pierwszych meczach serii był bohaterem, w meczu numer siedem był najsłabszym ogniwem Spurs i to jego nierozsądne decyzje przyczyniły się do przegranej. Turnus w niebie szybko sie skończył.

Historia Manu

Ginobili zawsze był all-starem z trzecich stron gazet, zawsze ciut chimeryczny, nieprzewidywalny i skłonny do  motorycznej abstrakcji. Manu to swojego rodzaju emocjonalny dyszel San Antonio Spurs. Stoicki spokój Duncana i niewzruszona brew Parkera miały swoje odbicie w głowie argentyńskiego obwodowego. To właśnie on otwarcie mówił jak ciężko jest się podnieść po meczu numer 6. To właśnie on wykorzystywał emocje jako swój motor napędowy. W serii skomponowanej w systemie naprzemiennych runów Ginobili nie mógł znaleźć swojego rytmu. Oczywiście to nie jedyny powód, wiek, kontuzje i zmęczenie zrobiły swoje. Manu wspominał, że wolałby grać w finale z Indianą oraz jak ważna dla niego jest przewaga parkietu. To wszystko lepi nam się w historię gościa, który mówi to co myśli, nie będąc przy tym ani Marcinem Gortatem, ani Metta World Peacem. Przebłyski jego geniuszu są coraz krótsze i pewnie gdzieś zacznie świtać myśl o emeryturze, lecz mecz nr 7 nie był tak tragiczny w jego wykonaniu, jak można wyczytać z niektórych relacji. Momentami to on ciągnął swój zespół w pogoni za Miami.

Historia emocji

W koszykówce emocje mają szczególne przełożenie na obraz gry. Precyzja nadgarstka. Balans ciała. Pewny wyskok i przeciwieństwo w postaci ciężaru w nogach. Długo myślałem, że zawodnicy NBA już tego nie mają, jednak kolejne play-offs utwierdzają mnie w przekonaniu, że ich odporność wzrasta, ale zasady funkcjonowania już nie. San Antonio Spurs stracili panowanie nad emocjami w czwartej kwarcie ostatniego meczu. Dali się ponieść fali i upaść po jej załamaniu. Zupełnie nie jak San Antonio Spurs. Mówimy o zmęczeniu fizycznym, o próbach emocjonalnych, lecz rzadko wspominamy o narastaniu zmęczenia emocjonalnego właśnie. Obie drużyny były w tej kwestii w krańcowym punkcie swoich możliwości i dla mnie to była kwestia stanowiąca o wyśrubowanej jakości tego widowiska. 

Historia Shanea Battiera

Nikt nie potrafi tego wyjaśnić, ale ten człowiek budzi się do życia w momentach, kiedy przy stole mówi się więcej o śmierci niz o witalności. Wstrzelił się w ten mecz, ten ostatni, wcześniej będąc końcowym elementem rotacji. Ten człowiek kocha presje i wysokie stawki. I w przeciwieństie do Kamila Grosickiego wykorzystuje tą miłość na boisku.

Historia Erika Spoelstry

Kilka dni temu Spoelstra wypowiadał się na temat fali zmian na stanowiskach head coachów w NBA. Mówił o umniejszaniu wartości trenerów i braku szacunku do nich, co jest odrobinę tricky, bo gdyby nie świadomość roli trenera w procesie wygrywania, nikt by nikogo nie zwalniał, dopóki w grę nie wchodziłyby jakieś łóżkowe mezalianse. Spoelstra jest trenerem specyficznym. Nie ma tej charyzmy i siły w głosie co przedstawiciele starej szkoły. Często w trakcie meczu wygląda jak smutny, zagubiony chłopiec. Otoczony jest przez silne osobowości w postaci LeBrona Jamesa z jednej strony i Pata Rileya  z drugiej. Z tego wszystkiego wychodzi obronną ręką, a w trakcie tej serii polubiłem te momenty kiedy kucał przy linii bocznej i wbijał wzrok w grę, jakby chciał przeczytać szyfr zapisany tam przez Popovicha. I ten time-out po spudłowanym rzucie Duncana, kluczowy. Good boys can win, Erik, good for You.

Historia Gregga Popovicha

I dla kontrastu ten stary wyga. Postać kultowa. Bohater w stylu teksańskim, prosto z Jugosławii. Pop od trzech lat marzył o tym pojedynku. Od początku powstania Big Trio w Miami trener Spurs stał się ich cichym fanem. Podchody w sezonie regularnym pokazywały, że to są przygotowania do finałów, choć niewielu widziało w nich Spurs. Seria z Heat z jednej strony dodatkowo motywowała Popa, z drugiej strony nie było widać w nim tej zajadłości, którą pałał dawniej. Gdzieś dopadł go już stan refleksyjny, może jakieś nowe marzenie, może wizja przebudowy drużyny, może plan, a może tylko pomysł. Historia Gregga Popovicha to jedna z tych enigmatycznych, odrobinę mistycznych legend, które sprawiają, że zasypiamy z uśmiechem na ustach.

Historia Tonego Parkera

Kontuzja Parkera zmieniła obraz tej serii, przełączyła akcenty, uszkodziła metronom. Taktyka Miami względem Parkera w dwóch ostatnich meczach była skuteczna. Nigdy się jednak nie dowiemy czy była aż taka skuteczna czy kontuzja sprawiła, że była w sam raz skuteczna.

Historia LeBrona

LeBron James prawdopodobnie jeszcze parę dobrych lat będzie musiał udowadniać mnóstwo rzeczy kibicom i mediom. Jednak ten tytuł zmienia w jego karierze bardzo wiele. Jest królem tej ligi i to właśnie teraz otrzymał klucze do jej bram. W życiu LeBrona istniały dwa demony: Boston Celtics i San Antonio Spurs - dwa solidne, odpowiadające na jego fenomen defensywą systemy. Demon Celtics upadł dwa lata temu (wersja z jedną ręką Rondo) i rok temu (wersja z dwoma rękoma Rondo). Okazji do zwalczenia demona Spurs nie było wiele. Ta seria była absolutnym przeciwieństwem finałów w 2007 roku. Jedynym podobieństwem między 2007 a 2013 jest fakt, że LBJ jest najlepszym graczem swojej drużyny. Ta liga należy do Ciebie, najtrudniejszy test zdany.

Historia Duncana

Pierwszy raz widziałem Tima Duncana w takim stanie. Wyprowadzony z równowagi, wściekły i zawiedziony. Grał fantastyczną serię. W tym jednym momencie...

źródło

... zawiódł. Tak, w kluczowym. Oczywiście wcześniej miał problemy z broniącym go Boshem, lecz  w tym momencie bronił go mniejszy Battier. Niewykorzystane okazje się mszczą. Tutaj nawet nie musiały. To tak nieprzyjemny widok, gdy tak znakomity zawodnik, w takim momencie, zawodzi sam siebie. Nie nas, nie zawodników z drużyny, siebie. A może w tej chwili pomyślał o tym, że bez względu na to czy trafi czy nie, za kilka godzin wróci do swojego życia i do swojego rozwodu z żoną. Tim Duncan nie myśli o rzeczach niezwiązanych z koszykówką w trakcie meczu, ja wiem. A co jeśli stało się tak pierwszy raz w jego karierze...

Oczywiście, jak to zwykle bywa, wiele historii pozostaje niedopowiedzianych...

źródło
bk

piątek, 7 czerwca 2013

Za godzinę pierwszy gwizdek

Wszystkie mecze są ważne, ale tylko niektóre są wielkie. Wszystkie finały są wielkie, ale nie wszystkie mają potencjał na miano historycznych. Wszystkie finały NBA są ciekawe, oprócz tych w 2007 roku. Chyba wszyscy jesteśmy zgodni: to będą niesamowite finały.
źródło
Na przestrzeni ostatnich 10 lat nie mieliśmy wielu okazji do szczególnej ekscytacji na te dni czerwca (chyba, że ktoś mieszka przy jednym ze stadionów Euro). Strasznie niewiele finałów miało historię. Dwa razy w tej dekadzie mieliśmy możliwość oglądania finałowego meczu nr 7, czyli meczu, który pobudza wyobraźnie każdego nastolatka. Prawdopodobnie te dwa finały miały też najlepszą historię. W obu wystąpił Rasheed Wallace, co prowadzi do prostego wniosku: Sheed = widowisko pierwsza klasa. W 2005 roku starcie dwóch defensywnych potęg, znak czasu, kunszt taktycznej i twardej koszykówki, Robert Horry i Wall-aces. Finał Detroit, San Antonio to dla mnie też przełom w obcowaniu z NBA. Można powiedzieć, że wtedy wszedłem na 4 z 10 poziomów zaangażowania. Kolejny, wyjątkowy finał spotkał mnie między 7. a 8. poziomem. Mamy dwie pary, które przez ostatnie 10 lat spotkały się na samym finiszu rozgrywek dwa razy. O ile Miami i Dallas to jednorazowa historia, która mnie zbytnio nie kręci, tak finały Celtics z Lakers swoim hype'm przekraczały stanowczo linię Kármána. W obu powtarzających się parach mamy wynik 1-1. A tylko w 2010 roku rywalizacja dotrwała do spotkania numer 7. Mit wyjściowej piątki, kontuzja Perkinsa, Derek Fisher, Kobe, Rondo, Kobe, najbardziej utytułowane kluby w historii, wyrafinowany Paul Pierce. Oczywiście finał w 2008 miał pewnie nawet większy hype, ale nie było odpowiedniej liczby meczy, by tu je zaliczyć. Od 2010 roku mieliśmy finały miałkie i dość nudne. 2011 rok miał ten swój słynny zwrot akcji, ale kto kibicował Dallas przez całe play offy? To nie jest zabawa. 

Teraz możemy zostać nagrodzeni za cierpliwość, mamy przed sobą finały godne tej ligi. Większość ekspertów obstawia 7 spotkań, choć zdrowie Miami może  pokrzyżować szyki wszystkim (nawet Pop będzie zdezorientowany). To może być największe wydarzenie w tej lidze od dawien dawna.

źródło

Z tej okazji, trochę przewrotnie, nie będę próbował przewidzieć przebiegu serii. O match-upach, uciekaniu z pułapek, kolanie pewnego gościa, trójkach innego, rudego gościa naczytaliście się pewnie tyle, że możecie te wersety recytować w trakcie time-outów. Możemy za to się zabawić w zaszyfrowane ciekawostki i statystyki, znaki na niebie i ziemi, które potrafi odczytać jedynie szlachetny Donald Arvid Nelson.

1. Doc Rivers powiedział kiedyś, że kocha IQ LeBrona James'a.

WNIOSEK DLA HEAT:
Możliwe, że Ray Allen jest zazdrosny o względy Riversa, dlatego należy go trzymać na ławce.

2. LeBron James ma w tym roku o 9% lepszą skuteczność za trzy niż w 2007 roku, kiedy to ostatnio spotkał się z Timem Duncanem w play-offs.

WNIOSEK DLA HEAT:
Niech sieka.

3. Tim Duncan ma w tym roku o 18% lepszą skuteczność za trzy niż w 2007 roku, kiedy to ostatnio spotkał się z LeBronem James'em w play-offs.

WNIOSEK DLA SPURS:
Niech sieka więcej niż LeBron.

4. Miami w tym sezonie regularnym zdobywało jedynie 99,4 punkta na wyjeździe.

WNIOSEK DLA HEAT:
W meczach na wyjeździe należy skupić się na obronie, a w domu na ataku.

5. Miami w tym sezonie regularnym zdobywało 134,5 punkta, gdy po drugiej stronie parkietu ustawieni byli zawodnicy Sacramento Kings. 

WNIOSEK DLA HEAT:
Warto zaprosić DeMarcusa Cousinsa na wszystkie mecze. Niech usiądzie z Willem Smithem.

6. San Antonio Spurs najwięcej punktów zdobywało w grudniu, a najmniej w kwietniu.

WNIOSEK DLA SPURS:
Niech zawodnicy na każdy mecz przyjeżdżają w kurtkach.

7. San Antonio przegrało tylko 2 mecze w sezonie regularnym, gdy mieli ponad 1 dzień na odpoczynek.

WNIOSEK DLA SPURS:
Mecze nr 1, 2 i 5 w kieszeni, warto pomyśleć nad przełożeniem meczu nr 7. Jakieś tornado, coś?

8. LeBron ma wyższy wskaźnik Win Shares niż Parker i Duncan razem wzięci.

WNIOSEK DLA SPURS:
Podwajać LeBrona.

9. Tracy McGrady w tych play-offs ma prawie dwukrotnie większy TRB% (Total Rebound Percentage) od Tiago Splittera.

WNIOSEK DLA SPURS:
Grać small-ball z McGrady'm na PF.

10. Matt Bonner studiował na Florydzie.

WNIOSEK DLA SPURS:
Zaprosić niespełnioną miłość ze studiów Bonnera na mecz w Miami.

Dzięki tym zabiegom, będziemy mogli obserwować niepowtarzalne widowisko z ogromną ilością smaczków. Bez tych zabiegów jest to równie prawdopodobne. Już wiecie, jak wielkie będą to finały. Za godzinę pierwszy gwizdek. Dobrej zabawy!


źródło

bk




piątek, 24 maja 2013

O pieskach


Słodziak, prawda? Potulnie schował nosek między łapki. Figlarnie przekrzywił uszko. Śpi sobie ślicznie i łagodnie. Codziennie rano jeździ metrem do centrum na shopping, a wieczorkiem wraca do domku. Wie, gdzie ma wysiąść. Zna sposoby na zdobycie dobrego jedzonka. Umie przechodzić na zielonym świetle. Lubi bawić się  "kto później wsiądzie, to mistrz". Miły i inteligentny piesek. W Moskwie mają takich więcej. Nie wiem na ile sprawa jest aktualna, artykuł jest sprzed dwóch lat, ale nie jest to zbyt istotne. Psy, o których mowa są duże i bezpańskie, więc pewnie znajdzie się spora grupkach ludzi, którzy się ich boją. Patrząc na reakcje reszty do tej sytuacji wygląda to tak: a) ludzie są pod wrażeniem, b) trzymają wirtualne kciuki za biedne pieski. Biedne, niebiedne, ciężko powiedzieć. Prawdopodobnie mają się lepiej niż spory odsetek psów, które mają właściciela.

Bardzo fajnie, że obrońcy praw zwierząt i miłośnicy czworonogów rozsiedli się przed ekranami. Nie będziecie żałować. Jednak nie będę dłużej drążył tematu psów, przejdę do ludzi. Ciężko powiedzieć, czy to kwestia dotycząca naszego narodu czy może jakiejś grupy społecznej. Tak po prostu jest, żyje na świecie spora grupa osób, która ma awersje do siły. Pomijam skraje przypadki pokojowych aktywistów. Nie o nich mowa, bo nie powiedziałem przemoc. Powiedziałem siła. Każdy z inteligentnych czytelników tego tekstu (innych nie ma) zdaje sobie sprawę, iż na naszą ocenę wpływa forma przedstawienia. Poprzedni akapit o mądrych pieskach sprawił, iż psiaki zyskały swoich zwolenników. Gdybym napisał o masywnych, dzikich, niebezpiecznych zwierzętach, które terroryzując przechodniów kradną jedzenie i niszczą pociągi, wydźwięk byłby delikatnie inny. Zdecydowanie wolimy biedne pieski, jeżdżące metrem. Kochamy underdogi (i gierki słowne)!

Ogromne korporacje muszą wydawać na dbanie o wizerunek coraz więcej nie tylko ze względu na skale swoich działań, nie dlatego, że mają tyle pieniędzy, z którymi nie wiedzą co zrobić, nie tylko dlatego, że wraz ze wzrostem firmy wzrasta prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś zaplątanego słabego ogniwa na punkcie styku  z klientem. Co więcej, w to może nie uwierzycie, nie jest tak też dlatego, że wszystkie działy zostały wyoutsourcingowane. Jest tak dlatego, że im większa firma tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie znienawidzona. Taki społeczny ostracyzm. Z wielkich rzeczy lubimy tylko cycki, ale też bez przesady.

W przypadku firm i polityków, jest jeden ratunek dla takiego stanu rzeczy. Istnieje możliwość, iż razem z rozwojem i obrastaniem w siłę wzrośnie zaufanie. Polityk i zaufanie? Ktoś zapyta. Tak, polityk i zaufanie, na mapie słów te wyrażenia są na jednej dzielnicy. Zaufanie jest naturalnym remedium na niechęć wobec siły.

Wielkie koncerny nas oszukują. Wielkie korporacje rządzą światem. Rząd nas robi w balona. Produkty wielkich marek są miałkie. Rosja jest ble. Międzynarodowe organizacje to mafia. Wielcy ludzie mają małe penisy. Tak myślą mali ludzie.

Oczywiście najgorsza jest siła. San Marino nie jest złe. Złe są Chiny. Pewnie, tam gdzie ta siła jest, dochodzi do uchybień, do nadużyć, do smrodu. Błędne założenie polega na tym, że wydaję nam się, że jakby San Marino było duże, byłoby dobre. No nie, bo żeby być duże musiałoby być silne.

Los Angeles Lakers, San Antonio Spurs, Miami Heat, jaka jest cecha wspólna. To są silne organizacje. Mają wrogów. Każdy niech odpowie sobie w duchu. Spokojnie, wycisz się. Czy widziałeś kiedyś hatera Sacramento Kings. Czy to, może być związane, z tym, że w swoim najlepszym sezonie w ciągu ostatnich dwóch dekad, drużyna ta była największym przegranym? Przegrana nie łączy się z siłą. Teorie spiskowe zawsze będą się lepiej lepiły do dużych, chociaż to mali mają więcej powodów, by do spisku doprowadzić.

Nie ważne, czy głosujesz przeciw jakieś opcji, czy kibicujesz przeciw jakiejś drużynie. Robisz to schematycznie. Gubi się tu meritum. To jest notka o finałach NBA. O możliwości występu w tych finałach Memphis i Indiany. Byłoby ciekawie. Całe moje myślenie o tym defnesywnym pojedynku, o dość sporej dozie nieprawdopodobieństwa tej sytuacji, o różnych takich kuriozach, zamyka się na myśli, ile osób na świecie, pragnęłaby takiej pary finałowej jedynie dlatego, że to są słabsze drużyny. To nie jest kibicowanie na zasadzie: chce, żeby Indiana była dobrą drużyną. To jest myślenie na zasadzie: niech Miami zostanie pokonane przez słabszych. Co lepsze, nie mamy roku 2004, gdzie patrzymy z perspektywy silnych i nudnych drużyn. W tym roku rozwiązanie, w którym do finału trafiają underdogi, jest dla większości finałem nudy.

Siła daje możliwości. Możliwości dla beneficjenta są pokusą do nadużyć. Dla całej reszty polem do zazdrości. Kombinacja jest dość niebezpieczna. Rzekłbym toksyczna. LeBron James bez względu na to czy będzie pyszałkiem opałkiem czy będzie potulnym barankiem znajdzie swoich przeciwników, bo przecież nie ukryje, że jest silny. Wszystko co zwieńczone pieniędzmi i zwycięstwem będzie ogniskiem zapalnym. Chyba, że opowie się historię, o drodze od pucybuty do milionera. Dowód na ciężką pracę? Sporadycznie. Tak czy inaczej, czy naprawdę jest sens zabierać innym siłę. Starczy jej dla każdego po trochę. Miami i tak wygra mistrzostwo. Bo jest dobre.

bk