Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doc rivers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doc rivers. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2013

On and on and on and on


Rok w rok to samo. Czy to koniec Boston Celtics. Trochę to męczące. Koniec już był. Teraz czekamy na koniec numer dwa. Jest jednak taka opcja, że ponownie koniec nie nastąpi (tzn. pierwszy raz nie nastąpi koniec numer dwa). Dla zielonych porażka w pierwszej rundzie to odrobinę koniec świata. Nie ma co rozmyślać, jak by ta seria wyglądała w pełnym składzie. Trzeba pomyśleć, co będzie za rok o tej porze. Brawo Tadek, będzie wiosna. Dlatego pomyślmy jednak o tym, co było.

Nie wiem, czy pamiętacie, co pisałem kiedyś o Jasonie Terry'm. Spada na niego ogromna fala krytyki po tym sezonie. Zapominamy o jednym. Terry przyszedł za Raya wraz z Courtney'em Lee. Od początku było wiadomo, że sam nie wpiszę się w zagrywki pisane pod Allen'a. On ma zupełnie inne zadanie. Swoje zadanie spełnił na jakieś 65%. Co więcej, ze wszystkich nabytków (pomijam draft) ostatniego roku, spełnił oczekiwania wobec siebie najlepiej. Oglądając mecze Celtics, gdzieś w grudniu - styczniu widać było wyraźnie, solidny, pewny trzon drużyny (Rondo, Pierce, KG), część wchodzącą w system (Green, Sullinger, Terry) i absolutne elementy destrukcyjne (jak patrzyłem momentami co robi Barbosa wołałem o trzy pomsty i trebunie tutki do nieba). No właśnie poprzedni offseason.

Problemy są dwa i w pewien sposób są ze sobą powiązane. Po pierwsze są takie zespoły w tej lidze, które zbudowały pewnego rodzaju system i dobierają do niego klocki. Szczególnie dobre systemy działają tak, że zawodnicy, którzy w innych teamach grali nic, tu odnajdują swoje mocne strony. Flagowym przykładem jest San Antonio Spurs, gdzie osoby decyzyjne wiedzą jakich cech na boisku szukają, a w środowisku ciężko pracujących, doświadczonych weteranów i trenera z charakterem (to zdecydowanie zbyt delikatne określenie) tworzy się idealne środowisko do szlifowania osobowości. Boston Celtics działał na tej samej zasadzie i po cichu (już nie do końca po cichu) uważam, że gdyby nie rozdział w zielenii, Nate Robinson nie byłby historią tych play offów. W systemie momentami należy zrobić znaczącą zmianę i jest to naturalne. Danny Ainge od co najmniej trzech lat próbuje przygotować się na zmianę warty w drużynie. Póki co udało mu się zachwiać ducha drużyny i poczucie przynależności poszczególnych zawodników. Rzeczywiście kwestia systemu może sprawić następujący problem: w sytuacji, gdy zawodnik po przyjściu do zespołu staje się lepszy, to jak słabego zawodnika możemy zatrudnić? Oczywiście pytanie jest dość abstrakcyjne, bo nie rozpatrujemy graczy w sposób tak jednolity, ale taki casus powinien być problemem dla mnie, a nie stanowić dylemat dla odpowiedzialnego człowieka w NBA. Druga kwestia jest jeszcze bardziej dziwna i abstrakcyjne (to lubię), Ainge uwielbia stawiać na sprawdzone nazwiska, możliwe, że to kwestia traumy z czasów pre-big-triowych, możliwe, iż to kwestia potrzeby szybkiego sukcesu i goniącego gwiazdy drużyny czasu, ale na spokojnie. Najważniejsze nazwiska zatrudnione przez ostatnie sezony: Rasheed, Shaq, Marbury, J. O'Neal, Kristic, Pietrus, Wilcox, Terry i na deser Darko Milicic. Z czego Rasheed, Shaq i Terry pokazali cokolwiek. Nie jest to porcja eliksiru młodości (a pamiętacie Finleya?). Mamy oczywiście Green'a (był testowany przez Boston wcześniej), Nate'a (dość popularny gość), Bass'a (typowy trade między rywalami), to typy, które się sprawdziły. 

Jednak, gdy popatrzymy na asymilację Bass'a z zespołem, to zobaczymy spokojnego, trochę smutnego człowieczka. Nigdy w Bassie nie widziałem tej synergii z drużyną. Co innego Glen Davis. Może to kwestia charakteru. Może to kwestia zmiany w zespole. Ciężko powiedzieć. Sasha Pavlovic miał swoje momenty w play-offs. Momenty te niestety wspominam inaczej, niż chwile Tonego Allena (ok, trochę inna klasa zawodnika) czy Leona Powe. Z jednej strony Boston z sezonu na sezon ma coraz gorszą ławkę, z drugiej strony poza trzonem drużyny jest coraz mniej tego ducha zwycięzców. Moment odejścia Perkinsa był bardzo ciężki dla drużyny. Nigdy nie byłem fanem Perka, zdawałem sobie sprawę, że jest tą twardą skałą, a ofensywnie funkcjonuje w systemie. Niestety, po jego odejściu w Bostonie nie pojawił się żaden człowiek, który mógłby pomóc KG na pozycji nr 5. Shaq'a zawiodło zdrowie, co było potem ciężko opisać słowami. Gdzieś w tym wszystkim zaczęła się myśl o small-ballu.

Pytanie brzmi, czy idea small-ballu przyświecała Ainge'owi przy podejmowaniu tych decyzji. Kim w takim razie w tej układance są Darko Milicic i Luke Harangody lub, jak kto woli Semih Erden i Greg Stiemsma. Ruchy w tym sezonie mogą być wpisane w klucz zniżania składu, ale nie wcześniej. Na wszelki wypadek mamy Fab Melo i Ryan'a Hollinsa (świetnie). Ewidentnie ktoś tu szuka gościa pod kosz, a wychodzi mu średnio. Biorąc pod uwagę to co pisałem wcześniej, Danny Ainge zapewne czyta sporo gazet, brak mu jednak trochę perspektywicznego wizjonerstwa (opartego na liczbach oczywiście, absolutnie). Teraz podchwytliwe pytanie: czy jeśli Warriors i Thunder odpadli z play-offs, to oznacza, że Danny Ainge sprzeda Jeffa Greena i kupi Chris'a Kamana?

Oczywiście, przy słowach krytyki wobec Ainge'a nigdy nie można mu zapomnieć zdolności negocjatorskich i organizacyjnych, tego takiego biznesowego sprytu. Właśnie te cechy pozwoliły na zbudowanie tej dynastii. Przede wszystkim stało się tak, dzięki nieugiętej walce o Rondo przy wymianach z Sonics i Timberwolves.

kto nowy?

Znacie to uczucie? Wyobrażacie sobie coś, nie macie pojęcia jak to zwizualizować, ale wiecie co to? Kilka dni temu usiadłem na krześle, spojrzałem przez okno i bardzo mocno zacząłem się zastanawiać. Kogo potrzeba w Celtics? Poustawiałem wirtualne suwaczki umiejętności, zbudowałem sylwetkę i miałem odpowiedź. Tylko, że był to zawodnik z papierową torebką na głowie. Wtedy wyszukałem listę free agents. Przeskanowałem listę nazwisk i bach. Do mojego wykreowanego zawodnika podszedł garbaty chudzielec w  zdezelowanych okularach i zdejmując papierową torbę odkrył twarz Will'a Bynum'a. Głosów, iż to byłby dobry pomysł przybywa, więc nie czuję się jak szalony Wiktor Frankenstein ze swoją intrygującą wizją. Bynum to gość, który w jakimś stopniu może zniwelować brak Rondo, a po jego powrocie spełniać ważną rolę w rotacji, uzupełniając ofensywnie Bradley'a i utrzymując tempo gry. 

Co u góry to oczywiście kwestia zadecydowania, w którą stronę idziemy. Czy bardziej w DeJuana Blair'a czy w Tylera Zellera (swoją drogą, w bierniku brzmi fantastycznie). Oczywiście, pojawią się głosy za Marcinem Gortatem i dla tych głosów za chwilę będę miał niespodziankę.

the big ticket ride

Kevin Garnett jest jednym z tych zawodników, którzy decydują o sobie. Z tej grupy ważnych zawodników KG i tak się wyróżnia. W pewnym stopniu na każdym etapie swojej kariera przeciera nowe szlaki. Jako pierwszy przystąpił do draftu przed ukończeniem szkoły wyższej (chciałem, żeby nie było zbyt amerykańsko, ale ta szkoła wyższa wygląda tu dość upośledzenie), co sprawia, że jego koledzy z draftowej klasy wyglądają jak dziadkowie lub stryjkowie. Kontrakt KG z 1998 rok obrósł już legendami i wywołał prawdziwą burzę, w sumie to wywołał lockout. Decyzja o przejściu do Bostonu była kolejnym punktem zwrotnym w historii ligi, po tamtym dniu pojęcie "wielka trójka" w NBA stało się zjawiskiem powszechnym. Dziś każdy zespół chce mieć wielkie trio. Wcześniej raczej mówiliśmy o parach (Jordan & Pippen, Kobe & Shaq). Stwierdzenie, że każda decyzja KG zmieniała obliczę ligi będzie delikatną kolorowanką, ale nie fantasmagorią.

Dziś czekamy na decyzję, która przedłuży żywot tej drużyny lub rozpocznie etap reorganizacji. A on uzależnia swoją decyzję od posunięć Pierce'a i Riversa. Od kilkunastu godzin Boston żyje informacją, iż Doc Rivers zostaje na kolejny sezon, choć do końca nie wiadomo na ile potwierdzona to nowina. Z drugiej strony mało kto wierzy w pozostanie Pierce'a w zespole, a wśród fanów można spotkać się ze zdaniem, iż nie chcą dalej swojego kapitana. Możliwe, że obie gwiazdy Celtics udadzą się w jednym kierunku, a tym sugerowanym kierunkiem wydaje się Los Angeles. Dom Garnetta w Malibu, korzenie Pierce'a, przyjaźń KG z Billups'em (choć on jako wolny agent może równie dobrze trafić do Bostonu), potrzeby obu drużyn z LA wskazują, że to jak zrządzenie losu. Clippers Kevinem interesują się od dawna. Jestem w stanie sobie wyobrazić wymianę DeAndre Jordan i Bledsoe za KG i Pierce'a, choć nie wiem czy spina się to kontraktowo. Dużo w tym wszystkim gdybów i chociów, dużo w tym wszystkim oczywistości i budząć się każdego dnia coraz mniej w to wierzę. 

Kontynuując choćki, choć Clippers jako pretendent do jednego z moich ulubionych teamów i  z Del Negro na możliwym wylocie są dla mnie najlepszym miejscem dla mojego ulubionego zawodnika, to boje się o tą organizację. Prawdopodobnie z czasem coraz częściej będzie się mówić o możliwym zjednoczeniu Flip'a Saunders'a z Garnett'em w krainie wilków i to opcja jest bezpieczniejsza do obstawiania. Zostaje jeszcze Lakers i Miami (double big trio, czaicie?!), ale nie rozpędzałbym się. KG do końca nie był przekonany co do "uciekania" z Minny. Długo nie pogodził się z przejściem Allena do Heat. Na pewno jego postrzeganie ewoluowało z czasem, tym niemniej w przypadku, gdy nie będzie to Boston, Los Angeles lub Minnesota, można obstawiać opcję emerytalną. 

Czyli co?

Tak czy inaczej. Kevinie Garnecie, jeśli mnie pytasz o zdanie, jestem za jeszcze jednym sezonie w Bostonie. Jestem za Piercem, Rondo, KG, Sullingerem i Bradleyem w play offach. Jestem w stanie poświęcić Green'a, mimo, że fajny z niego chłopak. Zostawiłbym Jeta, pozbył się Lee (z nim może być problem) i zdecydowanie Crawforda, spróbowałbym nawet za Alonzo Gee (nagle on). I tak chwili z maszynką do świerkania i nutką patriotyzmu mam takie coś.


Ok, jest tu parę niedociągnięć. Trzeba by było tu i ówdzie rzucić pickami. Nie do końca rozwiązuje się problemu tłoku na pozycjach 1-2 w Sacramento, ale to już kwestia na inną pogadankę, poza tym pomyślmy o Kings bez Tyreke Evansa. Dla nas smutne powinno być, że po wymianie Gortat za Thorntona, Suns zyskują +3 w rankingu na podstawie PER, a wiemy kim był Thornton w tym sezonie. Co najważniejsze, bardzo mi się podoba Jeff Green w Cleveland. Jak widać na powyższym obrazku, zrobiłbym dużo by utrzymać trzon Boston Celtics na następny sezon.

poniedziałek, 25 marca 2013

Czym jest Los Angeles Clippers

Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący wygrywać z każdym. Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący się odnaleźć w każdych okolicznościach. Chciałbym, żeby ten zespół łączył efektywność z efektownością. Los Angeles Clippers stoi przed ogromną szansą stania się czymkolwiek w tej lidze. Bardzo bym chciał, by czymkolwiek się stał. Szkoda, że w tym sezonie to niemożliwe.

Czasami subtelna jest różnica, pomiędzy znaczącym teamem, a blendem najlepszych zawodników. Przykład? Proszę bardzo. Utah Jazz z lat 90-tych i New Jersey Nets z początku millenium. Oba zdobyły dwa razy vice-mistrzostwo. Z jednej strony mamy Listonosza i Stockton'a, z drugiej Vince'a i Kidd'a. Jerry Sloan vs. Byron Scott. Widać subtelną różnicę? Nawet, gdyby pominać, iż Scott jest tylko bardzo dobrym trenerem, a Sloan wybitnym oraz to, że Vince Carter ma troszkę mniej charakteru od trójki pozostałych zawodników, to nadal występuje ten tajemniczy dysonans odbiorczy. Utah Jazz stworzyli historię tej ligi, Nets zdobyli tylko dwa vice-mistrzostwa (w tym okresie).

Historia w subiektywie


Oczywiście, Clippers nie są na poziomie Nets z 2002 roku. A mogliby już być. Zresztą Clippers mogliby być czymkolwiek innym niż pośmiewiskiem już sto lat temu, ale dopiero niedawno znudziła im się ta rola. W 2008 roku zobaczyłem w grze pierwszy raz Erica Gordona. "Kurcze, szkoda, że jest w LAC" pomyślałem i poszedłem spać, ale dla niego obejrzałem później kilka meczy Clippers. Po cichu liczyłem na jego rozwój. Sukcesywnie wybierałem go w draftach fantasy. Z tym rozwojem trochę się zawiodłem. Właściwie Gordon rozwinął się jedynie w kwestii ścinania do kosza. Bardziej wiązało się to z poczuciem pewności siebie niz z treningiem. Co gorsza, szybko obróciło się przeciw niemu. Dziś czuję się trochę jak Kevin Pritchard.

To co robił Blake Griffin z naszą wyobraźni w październiku 2009, można porównać jedynie do tego:

źródło
Gdy, Blake Griffin wrócił z czyśćca, gdzie musiał odpokutować za grzech pychy i szaleństwa, LAC mieli tzw. skład z iskrą. Griffin, Gordon, Baron Davis w dobrym humorze i nieokrzesany Eric Bledsoe kreowali basket pełen pozytywnej energii i zabawy. To była taka wersja Warriors lub Suns stworzona podemnie. Mieli problemy z defensywą, udany grudzień i styczeń oraz moje dobre słowo. Niestety, nie wystarczyło w zasadzie na nic. Do dziś nie bardzo rozumiem, po co komu Mo Williams, ale widocznie, członkowie tej organizacji stwierdzili, że jest niezbędny. Na szczęście, trochę wyższym priorytetem niezbędności obdarowany został Chris Paul.

Jak to działa?


Organizacja. O dziwo, wiele problemów z klubowych biur znajduje odzwierciedlenie na boisku (zaiste dziwne). Zobaczmy, jak wygląda LAC dziś, bez Erica Gordona, a z Chrisem Paulem i paroma innymi nabytkami. Zeszły sezon można zdecydowanie zaliczyć do udanych. Emocjonująca seria z Memphis i trochę mniej emocjonująca ze Spurs. Za bardzo nikt nie może mieć pretensji, że tą serię przegrali. To cudownie mieć tak nieciekawą historię - nikt od Ciebie nic nie wymaga. Obecny sezon ciężko podsumować. Zaczeli bardzo mocno. W grudniu byli niepokonani. Wszystko wyglądało cacy. Tylko, że to początek sezonu. 

Większość drużyn (ok, większość tych lepszych drużyn) wykorzystuje rozciągłość sezonu do nabierania tempa, poszerzania arsenału zagrywek, badania rywali. Te lepsze drużyny mogą sobie na to pozwolić, bo prawdziwa walka rozpocznie się w marcu i kwietniu. Oczywiście rozpędzanie się nie wszystkim wychodzi płynnie (Lakers), ropędzając się można stracić pół składu (Celtics), w rozpędzie można pójść kilka kroków powyżej normy (Heat), można mieć wszystkie stare prawdy w nosie (Spurs), albo po prostu można zrobić to podręcznikowo (Nuggets). Clippers jakby zapomniało zmienić mindset na faworytów konferencji. Oni od początku sezonu walczyli o play offy. Nie mówimy tu o Sacramento, gdzie najbardziej doświadczoną osobą jest sprzedawca hot-dogów z czwartego sektora, tylko o drużynie, w której na każdą pozycję można wstawić gościa z dwucyfrowym stażem i pokaźną listą osiągnięć (i tak stworzyłem heroiczną piątkę Billups, Crawford, Butler, Hill, Odom, która raczej nie zagra ze sobą razem już nigdy!). Dodatkowo gwiazdą tej drużyny jest CP3. A widzieliście kiedyś bardziej zrównoważoną i rozsądną gwiazdę NBA? (Cliff Paul jest gwiazdą innego formatu.) Wracamy, więc do organizacji. To organizacja jest niedojrzała. Tego nawet nie trzeba udowadniać.

Patrzę, jak Clippers często nie mają pomysłu na rozegrania piłki. Widzę, jak wszystko zależy od inwencji twórczej CP3. Wszystko w tym zespole oparte jest na indywidualnych umiejętnościach. Świetny przykład, w połowie marca do Staples Centre zawitały misiaki z Memphis. To jak wyglądała czwarta kwarta tego meczu, nie zostanie na pewno wizytówką przemiany LAC w kontendera. Billups próbujący samodzielnie utrzymać drużynę w meczu, Vinny Del Negro tajemniczo rotujący zawodnikami, co mogło być odczytane jako prymitywny substytut rozpisania dwóch zagrywek. Pomijam fakt, jak bardzo Memphis są w stanie ośmieszyć Clippers pod koszem (są w stanie to zrobić z większością drużyn w tej lidze). Tam absolutnie nie było walczącego zespołu. Zero woli walki. Zupełnie coś innego widziałem wczoraj, gdy z Memphis przegrał Boston. Walka do ostatnich sekund, zaangażowanie Rivers'a w deprymowanie przeciwników, zaangażowanie i poświecenie. Można oczywiście powiedzieć, że Doc miał łatwiej, bo nie miał kim rotować. Można też podsumować, to właśnie było coś czego brakuje Clippers do bycia czymś więcej w tej lidze. Póki co.

źródło

bk

środa, 10 października 2012

Single P Support

Fajnie, że KZ wprowadził nas w temat suportowania (kibicowanie mi zbrzydło, a na protegowanie jeszcze przyjdzie czas). Ciekawe to koleje losu z tym suportowaniem (single P!). Podzieliłbym wielbicieli wszelkich odmian sportowców na cztery grupy: sympatycy lokalni, sympatycy sentymentalni, sympatycy analitycy, sympatycy impulsowi. Pierwsza grupa, jasna sprawa, lokalni patrioci, synowie ojców, wspierający kluby i sportowców z własnego podwórka, żyjący wszystkim co dzieje się wokół sportu, zainteresowani wszelkimi newsami z backstaga, przynależność do społeczności danego klubu jest dla nich zrozumiała sama przez się. Gdy skupimy się na sportach drużynowych. gdzie zaangażowanie społeczności wokół klubu jest największe i emocje, łatwo zauważymy co kluby sportowe znaczą dla miasta i jego mieszkańców, ile dodają do jego tożsamości. Skąd już niedaleko do drugiej drogi prowadzącej do sportowej miłości, najlepsze wakacje, film, reportaż, marzenia i inne przesłanki skłaniające do polubienia drużyny z danego miasta. Pewnie spora grupa fanów Lakers z całego świata, kibicuje im, bo chciałoby mieszkać w LA. Mechanizm działa tu na tej samej zasadzie co w pierwszym wypadku, gdyż sportowe uwielbienie jest ściśle powiązane z miejscem. Zupełnie inaczej jest w pozostałych dwóch przypadkach. No, albo niezupełnie zupełnie. Analitycy w zasadzie rzadko są przywiązani do jednego klubu. Częściej ich sympatie podążają za konkretnym zawodnikiem lub trenerem, generalnie hołdują jakiemuś stylowi gry, argumentacją dla ich uwielbienia są walory sportowe, a nie geograficzne. No i ostatnia grupa, której przesłanką do polubienia drużyny nie jest ani sport, ani geografia, przynajmniej nie bezpośrednio. Zatrwożony czytelnik mógłby spytać: jak nie to, to co? Śpieszę z odpowiedzią. Wszystko inne. Często jest to okolica przypadku, akurat leciał taki mecz w telewizji, akurat oni przegrali finał, gdy ja zacząłem się interesować sportem, akurat oni wygrali finał, akurat w pracy wszyscy ich lubią, akurat oni byli najlepsi w fifie. Kolejna seria argumentów, już bardziej ugruntowanych przekracza wszelkie granice wyobraźni, od fajnych koszulek (w końcu trzeba w jakiś fancy kolor się ubrać na wieczór z Ligą Mistrzów), przez rozsądny zarząd (association, man), po medialny szum, pr itd (domena PRITD.pl jest jeszcze wolna, jak coś). Swoje skłonności suporterskie określiłbym na poziomie: lokalny - 15%, sentymentalny - 5%, analityczny - 35 %, impulsywny -  45%.

Koniec z teoriami, czas na historię. Zacznijmy od piłki nożnej. Były kiedyś takie czasy, gdy znałem skład Galatasaray i wiedziałem kto jest królem strzelców Serie A. Dziś nawet w Fife gram rzadko (nie baczac na to wspominam o niej średnio trzy razy na notkę). Zaczeło się dość sentymentalnie (te moje 5%), na mundialu w Francji kibicowałem Włochom, w związku ze wspomnieniami z wakacji rok wcześniej. Na tym turnieju postanowiłem wybrać sobie ulubionego gracza. Roberto Baggio, tu pokręcił nóżką, tu strzelił jakiemuś nieświadomemu istocie tej sytuacji Chilijczikowi w rękę, coś tam strzelił, nie zagłębiając się w szczegóły, padło na niego. Jak na złość nigdy nie znalazłem koszulki Baggio, która by mi odpowiadała, w cenie dopasowanej do wysokości mojego kieszonkowego, także na w-fie wcielałem się w lebiegę przebranego za Del Piero lub Vieriego. Co tu dużo mówić, kwestia nie jest zbyt przebojowa, nie zaznałem łaski futbolowych bogów. Koszykarscy bogowie w tym czasie nie mogli znaleźć wspólnego języka z dostawcami usług telewizyjnych w Polsce. Skrzętnie korzystałem z prób pewnej masońskiej stacji na aktywizowanie koszykarskich dusz. Pierwszym meczem NBA jaki obejrzałem na żywo były derby Florydy. Byłem za Magic, no bo Backstreet Boys i Disneyland, a nie jakieś tam South Beach. Moim bohaterem w tym meczu został Nick Anderson ze swoimi 30 punktami, trochę szkoda mi było, że nie dane mi było zobaczyć wtedy tego prawdziwego Hardaway'a, a nie tego mniejszego. Dziś zastanawiam się, jak to jest, że wtedy to The Bug był graczem formatu All-Star, a dziś połowa osób interesujących się koszem, które znam, z sentymentem wspomina swoje fascynacje stylem gry, jaki prezentował Penny. Smutne, że musieliśmy wybierać wtedy sobie idoli z tych 10 starterów, którzy dotarli do finałów. Od momentu odejścia Shaq'a do L.A. przez jakieś 6 lat Miami było zdecydowanie najlepszym zespołem na Florydzie, nawet gdy Chuck Daly wyciskał z Orlando wszystko, a Penny był relatywnie zdrowy w krótkim sezonie polockoutowym. Ale to Magic byli dwa razy w finale i oni utrzymywali przy sobie wiernych suporterów. Potem przyszedł Doc Rivers i zaczeła się przebudowa. Nie miałem okazji oglądać szczególnie tego zespołu, ale lubiłem go. Lubiłem zmagania młodzieży i poszukiwanie lidera do tego zespołu. Czy to był McGrady, czy Grant Hill, czy mentor w postaci Ewinga, czy po wyrzuceniu Doca, Steve Francis, nadal tak z założenia byłem za Orlando, chociaż nawet nie miałem pojęcia, jak wygląda to ich granie. W międzyczasie trochę odpuściłem sobie NBA, przez to, że było dla mnie kompletnie nienamacalne. Głównie dzięki internetowi i kilku znajomym, po kilku latach zwątpienia, NBA wróciło do moich łask. W tym momencie nie byłem za nikim, bardziej przeciwko. Nienawidziłem Orlando z Howardem, nienawidziłem Dwighta. Po pierwsze, gość kompletnie bez dystansu do siebie, z absurdalnie dziecięcym poczuciem humoru ma być gwiazdą mojej drużyny? Po drugie, on nie potrafi budować wokół siebie drużyny, mało tego, jest młody, nie musi być mentorem, ale on niszczy cały team building. Po trzecie, jeszcze wtedy to wyglądało tak, jakby nie potrafił panować nad swoim ciałem, jakby te wszystkie bloki i zbiórki były przez przypadek. Zupełnie inną postawę na boisku prezentował Kevin Garnett. Ok, dystans i poczucie humoru nie są może w jego wypadku fundamentem osobowości, ale przynajmniej nie robi z siebie płaczącego klowna. KG gra na mojej ulubionej pozycji, gra koszykówkę przemyślaną, nie przeginał nigdy z fajerwerkami, gra z pasją, jest bogiem obrony. Minnesote lubiłem, ale ominął mnie czas, kiedy była realnym zagrożeniem dla Lakers, także ciężko powiedzieć, że cała drużyna mi imponowała. Lubiłem Detroit, bo czułem wewnętrzną satysfakcje będąc za drużyną, która przez trzy kwarty gra spokojny, zdystansowany basket, by w czwartej kwarcie włączyć fizyczną i psychiczną demolkę przeciwników. Mieszane miałem odczucia w stosunku do Spurs, z jednej strony robili dobrą robotę, z drugiej strony te czarne stroje i jakieś głupie "u" i Teksas, nie,nie,nie. I tak dochodzimy do roku 2007. KG idzie do Bostonu. KG ma szanse na mistrzostwo. KG jest trenowany przez Doca. Doc to wspomnienia. KG to pure basketball. Powoli doszło do tego jak ten team bronił, jak wykorzystywał role players, jak dzielił sie piłką, Ray wychodził zza zasłon, jak Pierce zdobywał punkty za pomocą stepback, jaki pojedynek stworzyli w finale konferencji z Detroit. To stał się mój zespół. Zupełnie inaczej ogląda się mecze mając swojego faworyta, zupełnie inaczej, gdy grają Twoi gracze z fantasy, zupełnie inaczej, gdy chcesz podpatrzeć jakieś zagrania i ich kiedyś użyć. 

Tak, w wielkim skrócie prowadziły mnie drogi i ścieżki do etapatu w moim życiu zwanego Celtics Supporter. Co roku słyszałem, że to ostatnia szansa Bostonu na mistrzostwo, co roku spokojnym głosem odpowiadałem: ok, zobaczymy. Gdzieś między legendą o tej piątce z pojedynku z Detroit, która nigdy nie przegrała serii play-offs, a regułą, że doświadczone teamy budzą sie w maju, było moje przekonanie, iż ze zdrowym Rondo i KG Celtics są w stanie dojść do finału i tam to już inna historia. Z tą myślą oglądałem ostatnie finały konferencji. Po game 5 buzowałem energią, po game 6 niewiele się zmieniło, bo wyczyn LeBrona był na tyle legendarny, że nie mógł się powtórzyć w game 7. Nie powtórzył się, ale gdy Garnett schodził bez słowa do szatni, jako przegrany, pierwszy raz poczułem, że to może być koniec.

Tamten Boston skończył się z odejściem Ray'a, tak patrząc logicznie. Była wielka trójka, nie ma wielkiej trójki. Z drugiej strony, trzon zespołu w postaci KG, Rondo i Pierca się nie zmienił, Doc pozostał, a zespół, jako taki, wzmocnił się w offseason. I tu zaczyna się mój problem (w końcu doszedłeś do meritum, brawo). 


Meritum
Ludzie z dziwnym kształtem głowy nie potrafią zbytnio wzbudzić mojego zaufania, w dodatku gość po trafionej trójce udaje samolot, sprawia wrażenie opryszka pyszałka, swoje wizje tatuuje sobie na ciele, grał w Mavs, na których nie mogłem patrzeć (nie mam pojęcia dlaczego, po prostu oglądałem 15 minut meczy Dallas i zaczynał boleć mnie brzuch, true story), nie chciałbym z nim jechać na obóz harcerski i mam wrażenie, że jak się poci to pachnie gorzej ode mnie. Co na moim miejscu robią reprezentancji poszczególnych typów suportowania. Lokalni się cieszą, zespół się wzmocnił, w dodatku Dallas nie było jakimś rywalem Bostonu, więc wszystko cacy. Sentymentalni w przypadku Bostonu prawdopodobnie nie istnieją, ale jeśli juz to mają całą sytuacje w głębokim poważaniu. Analitycy prześcigają się w zaawansowanych statystykach porównujących Ray'a z Jetem. Impulsywni mają problem. Właśnie moja impulsywna część ma teraz zagwozdkę. 

Okazuje się jednak, iż Jason Terry ma sztab dobrych doradców. Najpierw był tatuaż, który nie zrobił na mnie wrażenia. W międzyczasie doradcy dorzucili do pralni Jasona mocno farbujący zielony ręcznik, dorzucili Persil Green Power, a ubrania, które nie dały się w ten sposób przefarbować wyrzucili. Sam Terry dzień w dzień afiszuje się z swoja afirmacją do Bostonu, analizuje drzewa genealogiczne w poszukiwaniu babci w Irlandii, pije kilka herbat dziennie i inne podobne zabiegi. Robi też takie rzeczy:


Tak, dobrze zauważyliście, to jest cała seria. Jason Terry może stać się niedługo pełnoprawnym Bostończykiem. Po prostu będzie to tak długo mówił, aż wszyscy, nawet ja, w to uwierzymy. Mój lód powoli topnieje. To już jest inny Boston Celtics, ale może być równie ekscytujący. Raczej nie stanie się moim ulubionym graczem, ale jeśli pokaże swoja wartość na boisku, będę mógł śmiało powiedzieć: "To dobry chłopak"


bk