Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 marca 2013

Nie jestem typem plażowicza. Część druga.

Trochę czasu minęło. Nad czasem się jednak dziś rozwodzić nie będę. Czas na kontynuacje patrzenia na miasta, jak na byty z tożsamością (tak, tak, przebrnąłem właśnie przez dwie strefy konotacyjne słowa "czas"). Jak to powtarza co kilka chwil pewien znawca tematu, zobaczmy jaką historię niosą ze sobą dane miasta. Muzyka, która określa dane miejsce należy do grupy atrybutów, które wspólnie skompilują nam się w fabułę, tworzą tożsamość. Na podstawie jednego elementu tożsamościowego można rozwijać kompozycje na dalsze kręgi. Dziś do gara dodam element dość fundamentalny. Bohater. Mieszkaniec miasta, który będzie z charakterystycznym dla siebie wyrazem na twarzy spoglądał na nas, gdy przemierzamy ulice jego miasta z uchylonymi szybami i próbującymi opisać je dźwiękami z nich płynącymi. Sam słysząc opisujące go dźwięki powinien poczuć się skonfundowany, nie w tym jednak rzecz, by go niepokoić, dlatego dziś przejdziemy się chodnikiem, na pieszo, po prostu, z słuchawkami na uszach (lub w uszach, choć to mniej komfortowe i higienicznie niezbyt). A nuż okaże się, iż ma on tą samą nutę w uszach. Będziemy mogli dzięki temu spojrzeć naszemu bohaterowi w oczy, nie łudźmy się jednak, że będzie to prawdziwy as.

Dzisiejszy wybór miast jest dość szczególny. Ostatnio (nonszalancko szacując) było po europejsku, dziś będzie po polsku (jaka to różnica, ktoś zapyta). Miasta, dość mocno wpisane w moją świadomość, gdyż w każdym z nich miałem przyjemność pomieszkiwać. Panie i Panowie, przed Wami cała ściana zachodnia.

Szczecin



Deszczowe miasto, kiedyś witało mnie zawsze deszczem, dziś z tego wyrosłem. Gdzieś w świadomości, istnieje jako Polski Londyn. Gdzieś tam w środku jest wiecznie pochmurne lub wietrzne. To takie miasto gdzie Sting chętnie włóczyłby się głównymi alejami. Trochę takie rozleniwione. Coś tam mówił o tym kiedyś Łona. Powolny deszczowy chill. 
I CAN SEE YOU
Szczecinianin. W długim płaszczu, gość deko melancholijny. Nie jakiś tam zapyziały, bo w Berlinie czasem bywa. Nie taki ponury, bo nad morze ma blisko. Sprzeda nam szybkie spojrzenie i odwróci się, patrząc w dal. Trochę taki rozlazły, przez deszcze może przemoknięty. Lubi niemieckie kosmetyki i proszki do prania, które w pewien sposób dodają kolorytu do jego tożsamości. Całe życie szuka w swoim mieście starówki. Ma na jej punkcie bzika. Nie lubi wakacji w  Egipcie, bo te piramidy to trochę zbyt radykalne podejście do starówki. Jako jedyny z całej Polski, umie poruszać się po Paryżu.

Poznań


Miasto ładu i porządku z dziwnymi barwami komunikacji miejskiej. Zdecydowanie nie ujdzie nam na sucho skręcanie w lewo. Tu się jeździ prosto. Wszyscy znają kierunek w którym podążają. To miasto ma swój wykształcony rytm, jeśli spróbujesz go zachwiać, pożałujesz. Noce są tu głuche, a poranki w tramwajach pompatyczne.

Poznaniak ma własny biznes, to pewne. Spogląda na nas spod wejścia do swojego sklepiku. Ubrany schludnie. Kiedyś znalazł dla siebie idealny krój swetrów, od tego momentu nosi wyłącznie takie. Nie lubi eksperymentować, gdy nie ma potrzeby. I jest z tego dumny. Spokojnie idzie przed siebie, nigdzie się nie ogląda. Jeśli nie wejdziesz mu w drogę, nie naruszysz jego zasad, nie zauważy Cię. Nie bardzo lubi, gdy się o nim mówi. Lubi żartować z siebie, problem w tym, że te żarty nie są śmieszne. 

Wrocław


Tam gdzie Poznań stąpa po ziemi, Wrocław buja w obłokach. To miasto zawsze będzie mi się kojarzyło z chmurami, obłokami i wszelkimi zjawiskami na sklepieniu. O trochę inne chmury mi tu chodzi niż w Szczecinie. Tu po prostu wiele rzeczy jest bliżej abstrakcji niż logiki, więc nawet nie będę próbował tego racjonalnie wyjaśniać. Wystarczy usiąść na ławce koło Magnolii, posłuchać co leci z głośnika zawieszonego na drzewie. Na próżno szukać tam przepychu czy megalomanii, a jednak czuć lekki powiew ekstrawagancji.

Wrocławianin rzuci na nas okiem, zawadiacko się uśmiechnie, po czym powróci do swojego zeszyciku, w którym zapisuje swoje pomysły. Wciąż czeka na ten realny. Możemy go łatwo uwieść, wspominając, że wiemy jak wygląda morze. Morze jest dla Wrocławianina podobną konstrukcją do starówki Szczecinianina. Wynikają z tego legendy i mity. Mówi się, że to właśnie na placu Solnym wymyślono Google Wave. Nie ulega jednak wątpliwości, iż tutejszy bywalec klubowy nie pogardzi zsyntezowanym karaibskim samplem.


bk

czwartek, 18 października 2012

Jak wejść do klubu w Rio

Hej, hej, tu NBA. Możemy już podglądać zmagania w preseason, wiemy mniej więcej jak będą wyglądać składy drużyn, możemy typować jaki przebieg będzie miał sezon. Od roku powtarzam, że jesteśmy świadkami zmiany pokoleniowo-stylowej w lidze. Finał Miami - Oklahoma potwierdził moje domniemania, choć po cichu liczyłem, że się pomyliłem. Nadal mogę się mylić, pewnie. Jednak na dzień dzisiejszy uważam, iż skończył się czas twardej, defensywnej, siłowej, taktycznej, smashmouth koszykówki. Katorżniczy defens Spurs, Pistons, Celtics, Mavericks czy nawet Lakers nie powstrzymał LeBrona przed zdobyciem mistrzostwa. Tamci mistrzowie mieli kilka cech wspólnych. W zasadzie budowa tych teamów była bardzo podobna. Kilku doświadczonych zawodników stanowiło trzon zespołu, każdy z nich był znakomitym obrońcom, miksturę z zmiennymi role players doprawiał wybitny trener, który potrafił wyciskać z ligowych średników wartości przydatne w zdobyciu mistrzostwa. Dziś Eric Spoelstra musi sobie jeszcze zapracować na miano trenera wybitnego, Miami stworzyło drużynę, ale cieżko powiedzieć, by Indianę czy Boston zwycieżyło poprzez obronę. Nie jest to może szalony high fly basket z 2001 roku, ale jest to nowa jakość. Jakość wniesiona do NBA przez Oklahomę, Memphis czy właśnie nowe Miami. W świecie gdzie James Harden jest bytem gdzieś pomiędzy role playerem a all-starem, gdzie Scott Brooks wychowuje się koszykarsko razem z Kevinem Durantem, gdzie w oazie obrony budowanej przez Thibodeau, króluje ekwilibrystyka ofensywna Rose'a, spotykamy się z nową jakością NBA. Oczywiście, jeśli Tony Parker będzie mi w czerwcu wymachiwał przed nosem pucharem, nie będzie to znaczyło, że Popovich stał się mniej wybitny. Tylko, że pan Buford po przeczytaniu tej notki, poszedł po rozum do głowy i podkupił wyrzuconego z Clippers Del Negro (just jokin').

Większość z nas zna tegorocznych kontenderów, ale ja zwróciłbym uwagę na drużyny, które nie są brane pod uwagę w wyścigu po mistrzostwo, ale warte są zachodu. To takie drużyny, które przydają się, gdy ochroniarz nie chce Cie wpuścić do klubu na przedmieściach Rio de Janeiro, a Ty mu odpowiadasz "zoba mam ich jersey!", po czym trafiasz do viproom'u. Wybrałem 5 takich zespołów. Oglądając ich mecze i śledząc na bieżąco ich sytuację można zabłysnąc w towarzystwie, poderwać zagubioną czarnoskórą niewiastę lub wymigać się od mandatu*. Zacznę od miejsca numer 5.


Ach, Minnesoto. Z jednej strony to moja próba rekompensaty tych dni, kiedy powinienem im kibicować, a tego nie robiłem, z drugiej strony cała ta kraina owiana tajemnicą, nie zrozumiałym jak na dzisiejsze czasy rozwojem i poziomem wykształcenia. Bracia Cohen powtarzali nam, że kobiety są tam piękne i bystre, portale wmawiają nam, że nikt nie chce tam grać, choć okazuje się, że można stamtąd latać do Paryża. Minny to taka odskocznia od NYC i LA, to taka metropolia dla ludzi stroniących od blichtru, dobre miejsce do ciężkiej pracy. Hard-work-minded people na pewno znajdą w tej drużynie przyjaznego im ducha. Love stał się też dość nietypowym all-starem tej ligi, idealnie wpisującym się  w kontekst drużyny. Oczywiście można się zastanawiać czy Rubio, Kirilenko i Roy uzbierają wspólnie dwie zdrowe nogi, a Love dwie ręcę, ale to tylko dodaje tej drużynie smaczku. Już widzę hit sezonu kinowego 2016 o młodym lekarzu z Mankato, który w niesamowitych okolicznościach objął posadę głównego lekarza drużyny, ściągnął z Nebraski swojego kuzyna masażystę i wspólnie uratowali play offy dla wspaniałej koszykarskiej organizacji. Upór, ambicja i braterstwo. I ani słowa o Davidzie Kahnie.


Tak, ponownie można pisać o Cavs używając innych środków stylistycznych niż dystych eligijny. Można sobie nawet pożartować, pośmiać się z młodymi, szalonymi chłopcami. Jest w tym zespole dużo świeżej krwi i Varejao, który zna już wszystkie dzikie plaże nad jeziorem Erie. Sztama z Varejao przyda nam się przy negocjacjach w klubie w Rio. Oczywiście jeszcze daleka droga do grania w Cleveland genialnego basketu, ale jeśli ktoś szuka drużyna, której za kilka lat będzie kibicował w play offs i będzie chciał wtedy pochwalić się znajomym "ja wspierałem ich zanim grali takie cuda jak dziś", Cavs to dobry typ. Osobiście odradzam odwoływanie się do "sami wiecie, której decyzji", bo drużyny do lubienia z litości, nigdy nie utrzymują długo pozytywnej energii.


15 lat walczyliby łeb w łeb z Toronto o tytuł najlepszego logo w NBA, dziś w tej kategorii są raczej outsiderem. Świat się zmienia, przez te 15 lat Hornets gospodarzyli w trzech miastach, wszędzie zostawiali po sobie rynek gotowy przyjąć nową drużynę, jakby na to nie patrzeć, to dobrze o nich świadczy. Byli też dobrem wspólnym całej ligi, tworem sztucznie utrzymywanym przy życiu, krótko mówiąc przeszli wiele. Nie było łatwo, ale dziś mają przed sobą perspektywy. Oczywiście nie jest znowu jakoś szczególnie różowo, ogólnie jeśli chodzi o walory estetyczne nie jest temat zbyt wdzięczny do dyskusji z perspektywy tego klubu. NOH to propozycja dla wszystkich, którzy lubią powstawać z popiołu, cokolwiek to znaczy.


Doszliśmy już prawie na szczyt i przed nami mocna dawka energii. Popatrzcie jakie to radosne, nie przejmują się, iż któs ewidentnie skradł im show, chłopaki. Zespół młodych, poukładanych graczy z poczuciem humoru. Nie wiadomo jeszcze w jakim kierunku Bynum będzie rozwijał swoje poczucie humoru, jednak możliwe, że będzie mniej kapryśny niż podczas swoich ostatnich dni w L.A. (ostatnie dni w L.A., o losie!). W Phily znajdziemy całą pakę intrygujących zawodników i choć Jason Richardson nie wygląda na gościa skorego do żartów może zakończyć kilka spotkań zwięzłym punch linem. Ten zespół wygląda naprawdę bardzo ciekawie. Gdyby to był każdy inny sezon Phily byłoby najbardziej intrygującą drużyną, ale coż, nie dziś. Bo tego lata wydarzyło się to...


Hello Brooklyn. To idealny moment na tworzenie nowej koszykarskiej marki, to fantastyczne miejsce na jej tworzenie, to wyjątkowo zgrabnie przeprowadzony rebranding. Może na dzień dobry, marketingowo, nie podbili Lakersów, może ten roster mógł wyglądać lepiej, ale mamy hype. Biorąc pod uwagę, że Knicksi wrócili na stałe na play offs, Nowy York jest for real. Nie przypominam sobie momentu w którym suma talentów w LA i NYC była tak ogromna. To przyniesie kopa całej lidze. Derby obu tych miast są w tym momencie prawdziwym smaczkiem. Poza tym jak ładnie pomyślano by przyzwoicie ubrać gwiazdy Nets. Ja tu widzę wcielenie tych trzech gości w role wyjęte z szablonu rozrywkowego thrillera. Brook Lopez zapewne przez okres absencji boiskowej ćwiczył szeroką gamę pick-up lines, Deron wcieli się w rolę natchnionego spec-naukowca, a Joe będzie dobrym wujkiem Joe. Jaka intryga połączy ich losy, spytacie. Spokojnie, wszystko w swoim czasie.


* opcja aktualna jedynie w Wyoming


bk

poniedziałek, 17 września 2012

Uważaj, jak odgrzewasz kotlety!

Co tu dużo mówić, jesteśmy coraz bardziej Europejscy, więc coraz bardziej kochamy swoje miasta i regiony. Taki mieli zamysł w Brukseli, jak to wygląda w Polsce? No słabo. Jak się dobrze temu przyjrzeć (szkiełkiem i okiem, ale bardziej okiem i uchem), to miłość do tej małej ojczyzny rodziła się z niesnasek. Każdy pewnie najlepiej zna te wojny ze swojego podwórka. Jak to Gorzów z Zieloną Górą darli koty, Poznań z Wrocławiem o rozwój się ścigali, Kraków z Wrocławiem o kulturę, Warszawa z Krakowem o królów, no i wszyscy z Warszawą o wszystko.Największe poczucie przynależności regionalnej budzą w Polakach potyczki i walki o prym. Prym i honor to nasze skarby narodowe i walczymy o nie zawsze, gdzie się da. Polacy wprawdzie nie zdobyli miliona fanów na fb, ale byli najbliżej. Ta tabelka jest moim ulubionym mięsem w kategorii "narodowa tożsamość". Polak, Węgier dwa bratanki, dwa państwa, dwa przykłady path dependence, które wmawia nam: "Walczymy o honor, panowie". Taka nasza sarmacka natura, jak nas wyzwą, to do szpady. Nam nie wystarczy wyścig, rywal musi paść przed nami na kolana i błagać o litość. Duńczycy w tym czasie doją kozy i zastanawiają się, czy można być jeszcze bardziej zajebistym. Oczywiście, żeby nie było tak różowo, możemy w tym czasie zadzwonić do Holendrów i podpytać jak to jest. Podejrzewam, że odpowiedzą zgodnie. Duńczycy dzwonili i postanowili wyjść z Schengen (tak na wszelki, zanim w Kopenhadze imprezę urządzi jakiś Breivik).

Miałem tylko wspomnieć o polskich przywarach, a już zaczynam o kozach, czy tam owcach. A notka przecież miała być o rywalizacji, wyścigu miast. Branding regionalny od jakiegoś czasu jest zauważanym w kraju na Wisłą (nawet swoją rzeką się z nikim nie podzieliliśmy). Jakiś spory kawałek czasu temu, spore uznanie w sieci zyskał taki kawałek.


Sprawa prosta, nie cieszyła się Warszawa zbyt sympatycznym wizerunkiem na prowincji. Podobne problemy znane są oczywiście wielu stolicom. Obraz chama, aroganta, karierowicza, zadbanych ciał i zepsutych dusz toczy się przez kraj cały. Całkiem cwanie to Warszawiacy ujeli. Genialne wykorzystanie starych tekstów, ciekawa kreacja Garlickiego (o ile jeszcze ktoś pamięta, że kreacja miała kiedyś takie znaczenie) i oprawa wizualna i muzyczna niczego sobie, ja osobiście, nie raz sobie słuchałem, jakby kto pytał, sobie.

Niezupełnie z biglem, inne miasta ruszyły z odezwą. Tu przyznam szczerzę, trochę się na polskich miastach zawiodłem. Abstrahując, w tym momencie od jakości, ilość odpowiedzi jest skromna. W 2011 pojawiły się 3 projekty innych miast lub regionów. W 2012 kotleta odgrzał Poznań, a ja dorzucam bułki tartej. Jakość tego "beefu" ma swoje wzloty i upadki, ale warto zwrócić uwagę, na co inni zwracają uwagę, co by mą polszczyznę na piedestał wznieść.



Odpowiedź z Pomorza. Pierwsza różnica, która mnie uderza po oczach: humor. Mimo wielu elementów naśladownictwa i inspiracji, mamy tu do czynienia z zupełnie innym poczuciem humoru. Nie wiem czy reprezentacji Sopotu wyszło to samowolnie czy jako świadoma decyzja, prawdopodobnie chcieli, żeby było podobnie, ale śmieszniej, a wyszło równie śmiesznie, ale inaczej. W Warszawie nikt się nie uśmiechał, nikt nie pokazywał: "zobacz, to komedia", humor był bardziej surowy i teatralny. Tu jest burleska, wysokich lotów, ale burleska. Oczywiście wersja pomorska dysponuje większą swobodą tekstową i mnóstwo żartów zawartych jest w słowach. Tam wszystko skupiało się wokół Garlickiego, tu mamy więcej aktywnych bohaterów (definicja aktywnego bohatera mówi, iż robi on coś więcej niż kiwanie głową). Klip z Sopotu jawnie odnosi się do Projektu Warszawiak, nawiązuje, pstryka w nos, dystansuje i pokazuje słoneczne obliczę.



Śląsk trochę odstaje estetycznie od poprzedników, ciekawa aranżacja muzyczna (ej, zróbmy taki hipsterski folk), ale chłopaki nie do końca popisali się tekstowo i rytmicznie. Oprócz pana, który moplikiem se jada na szychta i robi to lepiej niż Krzysztof Hanke, reszta nie wpada mi zupełnie w ucho. Z drugiej strony, ciężko mi coś więcej napisać, bo nigdy nie czułem śląskiego humoru.


Okazuje się jednak, że istnieją jednostki podzielające moje zdanie na temat śląskiego humoru. Górale! No i proszę, oni to potrafią. Odpowiedzieli Ślązakom w ciągu 9 dni. Tu tempo już bardziej przypomina beef tych dwóch panów. Górale umykają zupełnie konkurencji, bo robią rzecz ińszą. Zupełnie inny target, zupełnie inny produkt, zupełnie inny sposób budowania więzi z odbiorcą, mało formy, więcej treści, mniej humoru, to samo przesłanie. "Nas nie trzeba długo prosić, żebyś krótszy był o głowę", "Nie ma cwaniaka na Warszawiaka", jest zależność. Górale nie rywalizują w tej samej kategorii co reszta, ale wykorzystują idee by powiedzieć parę słów od siebie, jak to Górale.


Minął rok. O projektach już większość zapomniała, lecz Poznań stwierdził, że gra się nie skończyła. To nie jest odpowiedź dla Warszawy czy Sopotu. To początek nowej dyskusji. Tylko pomysł zaczerpnięty od innych. Poznań, jako miasto biznesu i przedsiębiorczości, nie będzie po prostu walczył o honor i wizerunek. Poznań musi mieć z tego coś więcej. Mamy, więc szybki przejazd po mieście, mamy promocje kilku lokali i miejsc, dowiadujemy się co w Poznaniu robić i czego się spodziewać. Dodatkowo mamy kilka gatunków muzycznych po trochu, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie i odbiorców było więcej. No niestety, takiej dosłowności nie lubię. Jak wejdę na stronę miasta i będę szukał informacji, podajcie mi wszystko na tacy, ale w takiej formie jest miejsce na niedopowiedzenie, na poszukiwanie. Poznań obdarł tą formę dialogu miast z dobrego smaku. Z drugiej strony pokazał innym nieśmiałym nowe możliwości. Zróbcie teledysk, powiedzcie w nim, gdzie turyści mają wydawać pieniądze i czekajcie na zyski. Całkiem możliwe, że teraz na taką formę promocji zdecyduje się więcej miast, bo zobaczy realne profity. Mam jednak nadzieję, że w obecnej sytuacji, jakiś opiniotwórczy gość (niestety nie będę to tym razem ja) powie im, iż robienie tego typu klipów jest już passé.


bk




piątek, 31 sierpnia 2012

Nie jestem typem plażowicza. Część pierwsza.


Na początku załatwmy kwestie formalne. To jest blog. Można go czytać i mam nadzieję, że się przy nim dobrze bawić. Autorów blog ma dwóch, jeden bardziej oryginalny od drugiego, drugi bardziej błyskotliwy od pierwszego. Dlaczego postanowiliśmy pisać bloga? O czym będziemy pisać? Czym będziemy się wyróżniać? Dlaczego używamy pytań retorycznych jako form stylistycznych? Wszystko to, stanie się jasne dla każdego, kto spędzi tutaj trochę czasu, a przynajmniej mam taką nadzieję. Aby sprawy delikatnie uprościć dodam, że prawdopodobnie poznacie nasze zdanie na temat nowego tatuażu Jasona Terry’ego, tym samym dowiecie się czym różni się od swojego niemalże przyrodniego brata Johna, poznacie tajemnicę nowej polskiej marki zwanej PZU, będziecie mogli podzielić się z nami opiniami o kobietach, które się Wam śnią, porozmawiamy o tym kto wielkim człowiekiem może być, a kto nie powinien, zastanowimy się kto jest lepszy w Fife: Tarantino czy Guy Ritchie? A może wymyślimy takiego tematy, które zjedzą wymienione na lunch i nawet im się nie odbije. Będziemy pisać, o tym co nas interesuje, a interesuje nas wiele. Tak błyskotliwą puentą zakończę swój pierwszy akapit na tym blogu. Ok, Guy Ritchie by wygrał w Fife, nie ma sensu o tym pisać.

Drugi akapit zacznę w stylu dojrzałej pani, która odchowała już trójkę dzieci i jedyne o czym marzy to domek w dziewiczej Toskanii (to wspaniałe uczucie umieścić w jednym zdaniu dojrzałą panią, dziewictwo i Toskanię, warto założyć bloga dla tego momentu). Kończy się lato, to wspaniały czas na wakacyjny temat, nieprawdaż. W sumie dla mnie lipiec i sierpień to niekoniecznie czas wyjazdów, nie jestem typem plażowicza, lubię poznawać nowe miasta, mniejsze znaczenie ma w moim wypadku pogoda i pora roku, ale czego się nie robi dla konwencji. Nowe miasta, nowi ludzie, nowe miejsca, nowe odczucia, każde miasto ma swój klimat. Łatwo zauważyć, że różne miejsca wzbudzają w nas różne emocje. Należę do tej grupy osób, które lubią poznawać świat przy akompaniamencie dźwięków. Jest takich osób więcej.  Dla sceptycznie nastawionych do tej idei, proponuję wsiąść natychmiast do samochodu i przejechać się ulicami swojego miasta, otworzyć okno i puścić na pełny regulator jakąś intrygującą piosenkę. Wskazane jest w tym wypadku opuszczenie alejek osiedlowych, bo taka muzyka w połączeniu z progami zwalniającymi może powodować arytmię serca. Lepiej wybrać się do centrum, obserwować ruch uliczny i reakcje ludzi, gdy usłyszą melodyjną przyśpiewkę. Sam sprawdzałem, reakcje przechodniów są najciekawsze, trzeba mieć się na baczności, by z tego wszystkiego się nie roześmiać, to psuje wytworzoną atmosferę. Carl Orff jest rozwiązaniem dość ekstremalnym i uniwersalnym. Szukam czegoś co pozwoli, już nie ekspansywnie przez okna samochodu, lecz intymnie w słuchawkach intensyfikować klimat danego miejsca. Krótko mówiąc: czego słuchać, by ujrzeć dane miasto z najlepszej perspektywy.

Berlin

Stolica Niemiec jest metalicznie zimna, nowoczesna, rozparcelowana. Życie tętni tam 24 godziny na dobę, ale nie skupia się w jednym, dwóch czy trzech miejscach. Berlin jest ogromny, wszędzie jest dużo przestrzeni. Żeby tam przeprowadzić eksperyment z Carlem Orffem, trzeba mieć wybitny sprzęt audio. Berlin to przestrzeń, Berlin to wyzwolenie moralne połączone jasnymi ramami estetycznymi. Zawsze mi się wydawało, że mieszka tam populacja technokratów i szaleńców. Z jakim hymnem na ustach poznawać Berlin, by poczuć jego klimat? Nie na darmo Niemcy byli królami europejskiego techno. Jest kilka utworów z legendarnej Loveparade, które mogłyby nas wprowadzić w odpowiedni mindset, jednak ja wybrałem cos takiego.
Surowe dźwięki, energia i prostota, to elementy łączące tych moich technokratów z szaleńcami.

Barcelona

Jak już jesteśmy przy literce „B”. Z racji, że skończyłem właśnie kolejną powieść Mendozy, mam w głowie świeży obraz tego miasta. Kontrastuje się on delikatnie z Berlinem, nie ma co ukrywać, ale jest w pewnym sensie przedstawieniem bardziej uduchowionej nowoczesności. Wiadomo, jest cieplej, bardziej śródziemnomorsko, wytrawniej. Jest Mendoza, Messi i Gaudi, nie ma Almodovara. Ricky Rubio trochę jest, trochę go nie ma. Barcelona przeszła wielkie przeobrażenie przez ostatnie 20 lat, przynajmniej tak mówią znawcy tematu. Miasto jest zdecydowanie na topie i w chwili obecnej jest najbardziej seksownym mainstreamowo miastem Europy (może kiedyś podzielę się moim rankingiem seksownych mainstreamowo miast i jego metodologią, tymczasem musicie go uznać, za najlepszy dostępny system ekspercki). Na poranny spacer przez barcelońskie zaułki najlepszy jest brazylijski akcent.


Od razu zastrzegam, że ja żyrafy w Barcelonie nie widziałem.

Rzym

Rzym jest przewrotny. Tu papież i kościoły, a tam wino i śpiew. Chociaż w kościele wina też pod dostatkiem. Gorąca atmosfera i zimne kamienie. Podobnie jak Szczecin Rzym leży na morzem, ale niewiele z tego wynika. To najbardziej historyczne miasto Europy, podobnie jak Kraków w odniesieniu do Polski. Kontynuując tą paralelę Gniezno jest polskimi Atenami, a Warszawa nie może się zdecydować czy lepiej być Londynem, Madrytem czy Moskwą. Rzym w ostatnich latach przyjmował wizerunkowo raczej trend spadkowy, określany erą PostFellini. Zapożyczenie zapisu od króla basketu niewiele pomogło, na szczęście na ratunek przybył Woody Allen. W całym tym galimatiasie najlepiej w Rzymie słuchać piosenki o Neapolu w koszulce z nadrukiem Wieży Eiffla. 

CDN.


bk