Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wczoraj to jutro, a dziś to przedwczoraj

Jeżeli urodziłeś się w Stanach, mieszkałeś tam kilkanaście lat i nie interesowałeś się zagranicznym kinem, po przyjeździe do Europy z pewnością przykuje Twoją uwagę, że samochody tu są takie małe i fikuśne, a drogi wąskie i kręte. Jeśli całe dzieciństwo spędziłeś w leśnej chatce, bez prądu i bieżącej wody, światła nocnej Warszawy oślepią Cię doszczętnie. Jeśli jesteś rodowitym Svenssonem, karmionym klopsikami z koniny, prowadzącym w swoim kraju dochodowy biznes, będziesz jakiś czas dochodził do siebie po swoim pierwszym spotkaniu handlowym w Chinach. Rodowity Europejczyk o zdrowych zmysłach nie powie słów "fikuśny" i "Passat" w jednym zdaniu. Warszawiak z krwi i kości będzie świecił sobie telefonem szukając upuszczonej monety na chodniku. Chińczyk prawdopodobnie nie ma w swoim słowniku haseł: "impertynencja" lub "wścibski" (w zasadzie Szwed na terenie swojego kraju też ich nie potrzebuje). To co widzieliśmy do tej pory, określa to, co widzimy, patrząc na daną sytuację czy obraz.

źródło

Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dalej w czas, tym więcej obrazów. Jak wiele osób już snuło przepowiednie, gdzie natłok informacji niszczy ludzkość. Abstrahując od apokaliptycznych wizji (choć lubię je przytaczać i gasić ich nadzieje, takie małe przyjemności), dostępność szerokiej gamy informacji i szybkość  ich przepływu u człowieka wyjętego z XII wieku spowodowałaby epilepsję w ciągu kilkunastu godzin. Nie wiem jak jest z Wami, ale ja w XII wieku nigdy nie byłem. Przeżyłem kilka końców świata, które odcięły mnie od XX wieku. Ale z XII nie miałem zbytnio do czynienia. Nawet w książce od historii nie było wielu obrazków z tego okresu.

Patrząc sobie tu i ówdzie, natrafiam na przypadki osób wyciągniętych z otchłani lat 50-tych XX wieku (tak namieszałem, z tymi wiekami, że teraz muszę precyzować), które wypowiadają się o mediach. Co istotne, drugorzędną kwestią w przypadku tych osób jest ich wiek. Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi mi o ludzi w wieku 20 - 30 lat. Jak słyszę te wszystkie historie o zakłamanych mediach, o wciskaniu nam kitu, o nie wypełnianiu misji, o płytkim przekazie, robi mi się smutno. Nie z powodu telewizji czy prasy tylko tych ludzi, którzy prawdę, wyżyny intelektualne i nową jakość rozrywki znajdują na Kwejku. Nie mam zamiaru krytykować Demotywatorów, ani Pudelka, są zajebiste (Jak trochę postudiować Alexe, to wychodzi, że czas, który Polacy spędzają na Demotywatorach i Pudelku Czesi lub Francuzi spędzają na stronach porno. Trochę gorzej to wygląda jak się porównamy z Duńczykami). Sęk w tym, że w przypadku internetu odpada kilka argumentów związanych z wciskaniem i brakiem wyboru. 

Nie trzeba być medioznawcą, by stwierdzić, że oligopol kilku spółek medialnych jeszcze chwilę potrwa. Po pierwsze społeczeństwo nie jest przystosowane do większego zróżnicowania opinii. Nie ważne jakich pojęć będziemy używać, by objaśnić ten proces. Czy to będzie przeciążenie sensoryczne, upośledzenie epistemologiczne, niemożność semiologiczną czy teoria dependencji. Po prostu potrzeba czasu, a i tak nie ma pewności, że się kiedykolwiek uda. Po drugie, po ich stronie stoi dość poważny argument, w postaci pieniędzy. Po trzecie, przerost wykształciuchów w sąsiedztwie nie zawsze przełoży się na zapotrzebowanie na kulturę wyższą na dzielni. Po czwarte, tak szczerze, jak codziennie czytasz, słyszysz, widzisz komunikat: "zalewa Cię natłok informacji", to czujesz wewnętrzną motywację, by włożyć wysiłek w dotarciu do odpowiadającego Ci źródła?

Kolejnym smutnym aspektem (na serio, nie da rady z niczego dziś pożartować) jest moje autorskie pojęcie  (Ha!) - motywacja ostateczna. Tak się składa, że mam w swoim zeszyciku konspekt notatki, która będzie robić podchody do tego pojęcia z przeciwległej strony, więc dziś tylko krótko. Motywacja ostateczna® uwidacznia się jako determinacja powstała na skutek buntu i żądzy zniszczenia/obalenia systemu, który ten bunt sprowokował. Zdeterminowany w ten sposób osobnik nie szuka alternatywy po prostu. Szuka źródła potwierdzającego jego buntownicze idee. A z takimi, to nawet nieprzyjemnie się w bierki gra.

Idę poszukać sobie jakiegoś nowego medium. Mam nadzieję, że za 50 lat wciąż będę umiał to robić.

bk



sobota, 2 marca 2013

Cyberek, za i przeciw


Wspominałem już, że internet nie spełnia pokładanych w nim nadziei, czyż nie? Już kilka razy, parę osób zawiodło się na nowych technologiach. Sieć po prostu ssie, chociaż, z założenia, to my mieliśmy zasysać. Tylko, że... to nie do końca tak. 

Spora część dysonansów na linii internet - użytkownik wynika z rozbuchanych oczekiwań i przedwczesnych ekscytacji. Wiemy, jak to było z dot-comami. Nikt nie potrafił określić rozmiarów tego przedsięwzięcia. Ludzka wyobraźnia lubi takie pożywki. Wyobraźnia marketingowców lubi brawurę. Wyobraźnia sprzedawców lubi impertynencję. Razem tworzą wyuzdany team to beat. Bubble Up!

Tworzymy mnóstwo baniek. Internet ma z nami rozmawiać. Odpowiadać na każde pytanie. Znajdować przyjaciół. Dopasowywać partnerów seksualnych. Zabawiać nas. Mówić prawdę. Zmniejszać odległości. Być lekarstwem na tęsknotę. Wyrównywać szanse. Poznawać nasze gusta. Przewidywać przyszłość. Właściwie, oprócz mówienia prawdy, wszystko jest możliwe. Jednak, wszystkie te rzeczy, bez prawdy oczywiście, może nam zapewnić Charlie Sheen. A przecież, powszechnie wiadomo, iż nie jest on idealnym kandydatem na męża. 

Zdaje sobie sprawę, jak ważne są wizje i pomysły na rozwój i wykorzystanie internetu. Problemy, z którymi się dziś borykamy, jutro będą stanowiły o wartości naszego komfortu. Mogę też spokojnie stwierdzić, że sieć rozwija się w monstrualnym tempie. Suma kreatywności wszystkich internautów pikuje niczym Kanye West. Ogranicza ich technologia. Oczywiście, trochę to złudne. Możliwości, którymi dysponujemy nie zostały nawet w połowie wykorzystane. Ktoś, jednak nauczył nas patrzeć w przyszłość. Niczym mały brzdąc wyciągamy ręce po nową zabawkę, gdy nawet nie odkryliśmy, że z klocków można coś poskładać.

Nellie Akalp odnosząc się do ostatniej głośnej sprawy z Yahoo, wyjaśnia dlaczego nie akceptuje w swojej firmie pracy zdalnej. Ładnie punktuje niewydolność sieci w zastępowaniu bezpośredniej interakcji. Gdy przypomnę sobie obawy rodzące się wraz z pojawieniem się internetu na skalę masową, uśmiecham się. Ludzie nie będą wychodzili z domu! Nie będziemy używać słów! Tak, mniej wychodzę z domu niż dawniej. Tak, wiele osób nie potrafi posługiwać się słowami. Tak, internet miał na to wpływ. Tylko, że językowych niedorajdów spotkać można było od zawsze. Co więcej, sam się czasem na tym łapię, skoro pisownie nowych słów mogę sprawdzić w Google, po co je zapamiętywać. Właśnie takie ułatwienia rozleniwiają nas. Tak jak socjalizm rozleniwia moralność (piękne wplecenie). Każde udogodnienie wiąże się z ryzykiem, z dwoma wizjami świata - piękną i okrutną. Żadna z nich się nie spełni, a to, która będzie bliżej rzeczywistości, zależy do jakich ludzi trafi.

Nie wychodzenie z domu: zakupy można zrobić z dostawą, pracować można zdalnie, pogada się na fb, pogra przez sieć, w zasadzie zwiedzać można przez Google Street View. Dopiero teraz bezpośrednia interakcja zyskuje rzeczywistą wartość. Ludzie będą się socjalizowali poza cyberprzestrzenią, bo mają taką potrzebę. Po drugie, przy tworzeniu technologicznych substytutów opuszczania swojego m2, rodzą się niezliczone wyzwania. Poczekamy jeszcze długo, nim zostaną zliczone, a co dopiero skutecznie podjęte.

Predyspozycje do pracy zdalnej to nie jest oczywiście kwestia genetyczna. Akalp trochę umniejsza roli pracowników w tym wszystkim. Różne stanowiska, różne style pracy, różne priorytety, różne przyzwyczajenia, po prostu różni ludzie. Prawdopodobnie kolejne pokolenie będzie lepiej przystosowane do  pracy w domu. Jakbym miał wróżyć z fusów, wybrałbym takie, które wskażą, iż za trzy pokolenie, ponownie będziemy zwierzem biurowym. Może wtedy technologia pozwoli nam przemieszczać się pomiędzy miejscami, a pozostawać w jednym w sensie geograficznym. Można krytykować Yahoo za to w jakiej sytuacji się znajduje i jaka atmosfera tam panuje, jednak nie można stracić z oczu jednego punktu - praca biurowa i praca zdalna nie są tożsame i nigdy nie będą. Gdzieś tam, potwierdza to rozwój co-workingu, gdzie indziej fundusze pompowane w rozwój biurowych udogodnień, a jeszcze w innym miejscu perfekcjonizm w tworzeniu biur domowych (to zawsze lepiej działa, gdy jest biurem a nie tylko biurkiem).  Podobnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić zdalnego wyjścia do pubu. Możemy sobie pić do kamerki i opowiadać dowcipy, ale nie będziemy przeżywali tego samego wachlarza doznań. To naprawdę nie jest tak, że jedno musi wyprzeć drugie. Od ilu lat korzystamy z gier komputerowych i czy w związku z tym rynek gier planszowych upadł. Nawet nie dałbym sobie ręki uciąć, że się zmniejszył.

Wykorzystujmy nowe technologie świadomie. Rozwijajmy je w sposób szalony, ale oceniajmy na trzeźwo. Te wszystkie apokaliptyczne wizje są potrzebne, żeby nie popadać w samozachwyt. Ale spokojnie, jeszcze długo będziemy wychodzić z domu i odwiedzać biura. Do zmian w tej kwestii potrzeba trochę więcej niż nowe technologie.


bk

zdjęcie 1: michaeljosh via photopin cc

zdjęcie 2: Kaptain Kobold via photopin cc

czwartek, 29 listopada 2012

Dikembe Mutombo's 4 1/2 Weeks to Save the World Vs. Barkley Shut Up and Jam: Gaiden


Dikembe Mutombo's 4 1/2 Weeks to Save the World by Old Spice

To było tak oczywiste, że stało się przestarzałym newsem jeszcze przed swoją premierą. Old Spice wypuścił 8/16-bitowy homage dla starych gier z Systemu Rozrywki Nintento (NES), w którym Dikembe Mutombo z pomocą random turkeya i Science the Bear'a wydłuża czas do przepowiedzianego przez Majan końca świata (prawie tak dobre jak Media Markt, nie?). Żeby nie było tak daremnie, na razie możemy grać tylko na 2 poziomach i z każdym kolejnym tygodniem dochodzi nowy, a na pierwszym poziomie latamy na jet-packu z Old-Spice ("Thank goodness. This superior deodorant product is also a jet-pack.") etc. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za strategię odradzania nieco zapomnianej kiedyś marki P&G, ale jestem mu bardzo wdzięczny, że przepchnął big idea, które jest tak elastyczne i sprzyjające niepopartym badaniami fokusowymi pomysłom. Z wielu wielu powodów.

Old Spice przypomniało mi jednak o innej NES-ówce, w którą każdy człowiek powinien kiedyś zagrać. Dość powiedzieć, że bez niej nie byłoby nigdy gry z Dikembe w roli tytułowej.

Warning: This Game is Canon. Obraz z gry Barkley Shut Up and Jam: Gaiden.

Barkley Shut Up and Jam: Gaiden, czyli najlepsza amatorska gra roku 2007 to rozbudowana mieszanka Final Fantasy, Fallouta i NBA Live z elementami dating simulatora, poem simulatora i zręcznościowymi wyzwaniami na których wzorowali się twórcy Heavy Rain. Nie wiem jak szeroka jest nisza lubująca się w oldschoolu, NBA i RPG, ale nawet do niej nie należąc, trudno nie dać się porwać makabrycznie internetowemu poczuciu humoru w najlepszym wydaniu i niemal perfekcyjnej realizacji wszystkich nauk Josepha Campbella. Nie zdradzę za dużo fabuły (jest złożoną, mistrzowską, wielofasadową kompozycją), jeśli powiem, że na swojej drodze spotykamy Kazaama, Vinceborga 2050, walczymy z Ghost Dad'em i Jordanem czy ratujemy Dikembe Mutombo, przedłużając nadzieje na rok 2013. Gra jest darmowa i warta świeczki. If you can't slam with the best, then jam with the rest.


ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

ujęcie z gry Barkley Shut Up and Jam Gaiden autorstwa Tales of Game's

P.S. Na Kickstarterze sfinansowana została już druga część gry, jednak budzi u mnie zbyt wiele obaw fabularnych, żeby polecać ją przed ukończeniem.

kz

piątek, 7 września 2012

Wtem internet z równowagi wyprowadził mnie

Miałem lat kilkanaście, ale zdecydowanie bardziej pamiętałem czas, kiedy miałem lat kilka niż myślałem o perspektywie życia w wieku lat kilkudziesięciu, moja mama zastanawiała się gdzie pomieszczę kolejne segregatory Świata Wiedzy, ja cieszyłem się, że w naszej kablówce w końcu jest TVN, jednocześnie delektując się chwilą, w której mogę obejrzeć program prowadzony przez murzyna, w szkole trwała wojna fanów Backstreet Boys z miłośnikami Kelly Family, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość, która wzbudziła pakiet nowych oczekiwań od świata i rozbudziła wyobraźnie. (kropka! a co) Idzie internet, czyli taki ogromny Świat Wiedzy. Na pierwszym miejscu internet miał być źródłem informacji. Taki obraz, jako dziecku był mi przestawiany. Dostęp do wiedzy miał być nieograniczony. Wyobrażałem sobie taki Świat Wiedzy, w którym odnalezienie informacji będzie intuicyjne, a perspektywy szerokie. 


Drugi flashback pamiętam jakby był tuż przed ostatnim spotkaniem w klubie muzycznym, czyli dobrze, ale niewyraźnie. Rozmawialiśmy z kumplem o perspektywie, w której obaj będziemy mieli Gadu-Gadu i nie będziemy musieli dzwonić na domowy, żeby ustawić się na kosza. Niektórzy nie mieli takiego problemu, bo prostu byli na koszu codziennie o 17, ale my byliśmy bardziej rozchwytywanymi chłopcami (bicycles, girls and pop music). Dzwonienie do domu było dość krępujące, bo nigdy nie wiadomo było kto odbierze, ile razy trzeba będzie dzwonić, żeby się udało się pogadać z kumplem. Nigdy nie było wiadomo, kiedy ktoś wróci do domu z podwórka lub z dodatkowych zajęć. Wynalazek Gadu-Gadu był wtedy czymś wyjątkowym. Na początku nie przyjmowaliśmy tego, jako kanału do wymiany myśli i dłuższych rozmów. Na takie wykorzystanie komunikatory musiały poczekać na mój rozwój psycho-fizyczny (fizyczny ciut mniej). 


Potem pojawiły się kolejne wymiary myślenia o internecie. Na początku to technologia hamowała wyobraźnie, dziś powoli staje się odwrotnie. Odkrywanie internetowych rozrywek(przełom w procesie rozprzestrzeniania się kultury - DivX), gier(snooker na wp), społeczności (epuls, anybody?), pornografii (z twarzą Marilyn Monroe), tworzyło obraz nowego medium. Porzucajmy teraz clichami z jednej beczki. Internet zmienił nasze życie, internet ułatwia kontaktowanie się z ludźmi, internet zmniejsza odległość. No kilka jeszcze. Ale jak popatrzyłby na internet, mój ulubiony biolog (sarkazm), Karol Darwin. 

Treści w sieci


Ewolucja mediów. Medium jest nośnikiem. W tym wypadku nośnikiem informacji. Wszystko dookoła było dodatkiem. Internet był bazą danych. I fajnie. Sieć zastąpiła nam encyklopedie, słowniki i atlasy. Ale to właściwie stało się za sprawą jednego portalu. Możecie poczytać o nim po komoryjsku. Pamiętacie internet przed Wikipedią. Choć bardziej na miejscu jest pytanie, czy pamiętacie internet przed rozpierzchnięciem wszystkiego co próbowało spełniać podobną rolę. Za 3 lata w Polsce mają obowiązywać elektroniczne podręczniki. Dla pospolitego ucznia pierwszym skojarzeniem ze zdobywaniem wiedzy może być laptop. Nie minęło 15 lat od momentu, w którym marzyłem o  Gadu-Gadu. To się dzieje teraz. Książki mogą stracić niedługo dużo więcej, niż spadki w sprzedaży, mogą stracić tożsamość. 

Sęk w tym, że to internet nie jest na to gotowy. Wystarczy, że na jeden dzień przestanie działać Wikipedia (pamiętam jak jakiś czas temu padło Google), a każda biblioteka w Polsce wcina chipsy i wymyśla nowe żarty o nieudolności sieci. Nie dlatego, że cyfrowa twierdza uwidoczni brak contentu. Mięsa tutaj jest dostatkiem, ale nikt tego nie ujarzmi. Nawet Chiny. Wracając do mojego pokoju z dzieciństwa, internet nie jest lepszą wersją segregatorów Świata Wiedzy, to multiplikacja mojego kartonu z zabawkami, z miliardem zabawek, do którego czasem wpadła jakaś książka. Poruszanie się po internecie jest sztuką. Całe szczęście, że "sztuka"to tak pojemne pojęcie, nie muszę szukać lepszego. Daleko mi w tym momencie do szukania w internecie artyzmu. Przekopywanie się przez http i ftp to czeladnicza robota, sztuka rzemieślnicza i żmudna tyrka. Nawyki, które nabywa przeciętny użytkownik internetu tylko utrudniają sprawę. Google to tylko przykrywka (zabrzmiało jak przyczynek do dobrej teorii spiskowej). W celu poszerzenia horyzontów, poznania nowych perspektyw trzeba znać inne rozgałęzienia, inne centra informacji. Ludzka pamięć wyposażona jedynie w Googla nie potrafi odszukać wartościowych informacji w internecie. Internetowy research nie jest możliwy doraźnie, niezbędne jest ciągłe obcowanie ze środowiskiem. Sieć zmienia się z dnia na dzień, przekopywanie się przez blogosferę to jak ścigania się rowerami po ruchomych schodach. Innowacje typu mapa internetu są wspaniałą zabawką dla branży marketingowej, ale nie mają żadnej wartości dla zagubionych w internecie. Z mojej pozycji, przykro mi to pisać, ale internet rozwija się, by ułatwiać życie głównie samemu sobie. Sieć nie potrzebuje przyciągać nowych użytkowników, bo to proces nieunikniony, nie ma z kim konkurować w tej kwestii, dlatego na pierwszy plan wychodzi przyciągnięcie do siebie całego świata reklamy. Bo wciąż najdroższe są spoty telewizyjne. Najbardziej cierpi na tym idiografizm. Szybko i łatwo można wyszukać daty historyczne, pisownie słów, tłumaczenia, położenie geograficzne, prognozę pogody, wiedzę encyklopedyczną, a umyka w tym wszystkim wiedza intersubiektywna. Bo Google nie potrafi jej sklasyfikować. Ktoś powie, że rozmarzyłem się o utopii, w której komputer jest moim przyjacielem omnibusem, gdzie maszyna będzie rozumiała słowa, a nie tylko je odczytywała. Wcale tego nie pragnę. Nie wiem jaką rolę powinien odgrywać internet w życiu moich dzieci. Ja chcę dostrzegać to, jaki on jest dzisiaj. Powtórzę za Henry Millerem: Take a good look at me. Now tell me, do you think I'm the sort of fellow who gives a fuck what happens once he's dead?

Double edge sword

No bo tak, mamy dużo informacji, wiadomo. Wartość informacji jest niska, wiadomo, żeby generować dużą ilość informacji trzeba zrezygnować z wysokiej jakości. Albo zatrudnić geniuszy, wielu. Aby dostać się do bardziej skomplikowanych danych trzeba się natrudzić, owszem trochę mniej, niż 30 lat temu, ale wciąż. Ok, sporo jest dziś łatwiej niż kiedyś, ale to wynika z innej cechy tej technologii tj. globalności, a nie systemu systematyzacji danych. Gdybym teraz znalazł się w Bibliotece Kongresu, miałbym łatwiejsze zadanie niż wyposażony w Googla. Gdyby, abstrakcyjnie do rzeczy podchodząc, zapisać internet w książce, łatwiej byłoby to obsłużyć niż w internecie. Przy założeniu, że szukamy całościowego obrazu, a nie pojedynczych informacji. Wikipedia jest systemem bliskim ideałowi, pobudza zmysł ciekawości (ten najbardziej ludzki), wciąga, przedstawia, stara się być wszechstronna i multi-perspektywiczna (czekam na dzień, kiedy profesor Miodek pozwoli mi to pisać bez myślnika), ale to nie wystarczy, by mnie usatysfakcjonować. Niech cały internet działa jak Wikipedia. A nie jak Facebook. Czy to jest wykonalne? Dziś, nie mam zielonego pojęcia.

Widzę dwa trendy rodzące się jako odpowiedź na zaistniałą sytuację. Po pierwsze jest grupka ludzi, którzy pod natłokiem masy informacji szukają w internecie spokoju. Szukają chwili wytchnienia i możliwości zastanowienia się nad jedną rzeczą na raz. Jak często mamy możliwość, my multitaskingowe pokolenie, pomyślenia o jednej rzeczy na raz przez dłużej niż minutę. Dla potrzeb tej notki wymyśliłem właśnie tezę, według której 300 lat temu przeciętnie nawet orgazm trwał dłużej. Dziś pojawiają się ludzie, którzy zdają się mówić "hej kolo, wyluzuj, nie spinaj się, zatrzymaj się i pomyśl o tym... a potem biegnij dalej". One Important Thing jest serwisem, na którym mamy do czynienia z jednym motywem pobudzającym dziennie. Nie ma tej stronie nic innego, żadnych przeszkadzajek i innych szachrajek. Nie ma też archiwum, co sprawia, że każdy dzień jest wyjątkowy, a przeżywania tego co się dzieje, nie można odłożyć na potem. Fajnie jest, czasem zatrzymać się nad jednym stymulatorem głowy. Sam osobiście, czuję często stymulatorów dużo więcej niż w dwójnasób. 

Jak to mawiają znawcy metodologii negocjacji z każdego zestawu argumentów można wyciągnąć przynajmniej dwa przeciwstawne wnioski. Cóż więc, można inaczej. One Important Thing zatrzymuje chwilę, lecz odchodzi w niepamięć. A przecież natłok informacji prowadzi do wykorzeniania z naszych głów pamięci. Współczesny człowiek ma głowę od myślenia (zaskoczka), a od pamięci pendrivy. Bardzo mnie zasmuciło, gdy odkryłem, iż timeline na Facebooku wcale nie stymuluje naszej pamięci (przynajmniej na mnie zupełnie nie działa w ten sposób). Było, mineło. Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Otwórz się na przyszłość i takie różne. A jednak, ktoś widzi to podobnie (jak ja, a nie jak Zuckerberg). Panie i panowie, oto moja nowa zabawka, prawdziwa diva internetu, kamień milowy w drodze do odkupienia i inne patetyczne epietety. Strona archiwum. Rzecz niezbyt innowacyjna i świeża, ale naprawdę można zobaczyć, jak wyglądało nba.com w 1998, cool, huh? Dużo mięsa i wiele perspektyw patrzenia na te wszystkie procesy. Z drugiej strony, portal, który niszczy idee One Important Thing, ale nic to. Wkrótce na pewno pokuszę się o analizę rozwoju kilku webowych przylądków, więc jeśli jest ktoś, kogo ta perspektywa rajcuje, w takim stopniu jak mnie, stay tuned.

Tymczasem nic się nie zmienia, wciąż bicycles, girls and pop music.




bk