Pokazywanie postów oznaczonych etykietą clippers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą clippers. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2013

Aktualności ze świata haterów

Offseason to nie tylko zmiany składów, kontraktów, koncepcji, trenerów i nowe modele butów. Offseason często wiąże się z poważnymi przetasowaniami w układzie sił po stronie kibiców. W sensie suporterów. Oczywiście proces jest długotrwały. Musimy poczekać na pierwsze wybryki nowego składu, aby krzyknąć: "Viva Suns!". Choć znam wiele osób, które z tak odważnymi okrzykami czekają do game 7 finałów konferencji. To się chyba nazywa oziębłość.

Koszykówka jest jak życie, więc łatwo można odgadnąć, iż proces nienawidzenia przebiega 73 razy szybciej niż proces uwielbienia. (Tak naprawdę 76 razy, ale nie chciałem tego robić Philly). Import KG i The Truth do Nets spotkał się z, w miarę, pozytywnym odzewem. Możliwe, iż przyczyna tego są kumulatywne 75 urodziny, które obaj panowie wyprawiają za rok. Jednak spory odsetek społeczeństwa na wieść o dealu z udziałem Jędrzeja Kirilenki, paru groszy w amerykańskiej walucie, kilku walizek na lotnisku Szeremietiewo, dwóch akrów ziemi z widokiem na Ural, taniego gazu łupkowego i 48 escort girls (słownie czterdzieści osiem), krzyknęło pełną piersią "Zafajdani Moskale!". Mark Cuban oficjalnie się nie wypowiadał na temat, jeszcze.

Nie będzie teraz akapitu o tym, o ile łatwiej krzyknąć "Zafajdani Moskale" niż "Viva Suns". Nie będzie teraz akapitu o tym, jak Michaił Prochorow chciał w jednym dealu zmieścić też Marię Kirilenko, lecz  wtedy władze NBA mogłyby zacząć węszyć szwindel. Nie będzie teraz akapitu o luxury tax. Nie będzie teraz akapitu o drużynie jaką zbudowałem w NBA 2k bez przekraczania salary cap, choć mógłbym napisać o tym kilka akapitów. Wbrew pozorom nie był to akapit nawiązujący do powszechnej aklamacji Google Poetics jako źródła świetnego humoru, co skutkuje dewaluacją mojej ukochanej anafory.

Sytuacja na Brooklynie zmieniła zasadniczo obraz mapy koszykarskiego hatingu. Dodając do tego koniec ery Boston Celtics i poważną ewentualność niedostania się do play offs przez Lakers, mamy inny świat. Przy czym, pierwsza pozycja na podium pozostaje niezmienna. Zobaczmy jak to wygląda.


Zespoły budowane przez draft są z reguły bardziej lubiane niż zespoły zbudowane z free agency, a już zdecydowanie niż te zbudowane na transferach. Zwiększając wartość draftowych picków nowe CBA może przyczynić się do zmniejszenia poziomu złych emocji wśród kibiców. Jednak bardziej prawdopodobne, że zaczniemy być świadkami wymian spod ciemnej gwiazdy, w których towarem są picki. Celtics wchodzą na drogę odbudowy poprzez draft, póki co. Mają swoich szeregach sporo młodej walecznej krwi i trenera, który co by nie zrobił, będzie szanowany przez najbliższe 12 miesięcy. Wszystko byłoby cacy, ale na scenie pojawił się Kris Humphries. Wychodzimy więc na zero. O dziwo, płazem uszło Bostonowi pozbycie się wieloletniego franchise playera, może kibice też dojrzewają.

Poziom uniwersalnego hatingu: 40


Czas czyni swoje, w związku z czym poziom nienawiści do talentów z South Beach opada. Decyzja o zatrzymaniu całego składu może temu trendowi jedynie pomóc. Brak transferów to generalnie recepta na poprawę swojego wizerunku.

Poziom uniwersalnego hatingu: 87


Całkiem dobrze im idzie coroczne multiplikowanie hype'u. Hello Brooklyn i te sprawy. Swoją drogą, macie propozycje do jakiego podkładu powinniśmy to śpiewać za rok? Ale płacenie takiego podatku od luksusu automatycznie będzie wzbudzać szyderstwa przy każdej porażce. Wszelkie przeliczniki wydanych dolarów na procent zwycięstw będą wpłynały na psychikę Derona Willimsa. Rosyjski rodowód też raczej nie wpłynie na ocieplenie wizerunku. W przypadku finału konferencji Heat - Nets jedynie względy szacunek do Garnetta może powstrzymywać zagorzałych koszykarskich haterów przed wysadzeniem Barkley Center w powietrze.

Poziom uniwersalnego hatingu: 79


No coż, Clippersie raczej nie mają szans na wcielenie się w rolę brzydkiego kaczątka przeistaczającego się w uwielbiany festiwal koszykówki. Szacunek do Doca Riversa i Chrisa Paula razem, nie jest w stanie podnieść wizerunku organizacji. Dodać należy do tego, że w tym offseason obaj panowie stracili delikatnie w notowaniach. Co jest bardzo śmieszną historią, bo gdybyśmy mieli rok 1994, taki offseason byłby niczym tożsamościowe zbawienie. Internet, natłok informacji, sprzeczne wieści, te sprawy. To cały czas jest L.A.

Poziom uniwersalnego hatingu: 54


Na stare lata, San Antonio zyskuje estymę nie tylko koszykarskich purystów, ale też codziennych fanatyków. W tym kontekście stały trzon drużyny i niemedialność młodej gwiazdy stają się ich kartą przetargową. Oczywiście przyprawioną tekstami Popovicha. Konsekwencja w cenie.

Poziom uniwersalnego hatingu: 35


W tym roku ciężko określić, która drużyna z L.A. jest bardziej lubiana. Kobe jest coraz milszym człowiekiem. Poza tym jest połamany, a tacy są lubiani. Zazwyczaj. Derick Rose? Nie ma marudnego Howarda. Jest nieustępliwy Steve Nash. Nie ma już Światowego Pokoju. Warto więc napisać takie zdanie. Koniec Światowego Pokoju zmniejszył poziom nienawiści w Los Angeles. W przypadku ewentualnego tankowania sezonu, może jednak wszystko runąć.

Poziom uniwersalnego hatingu: 57



Oklahoma nie tak dawno weszła do tego grona. Do niedawna była uniwersalnie uwielbiana. Teraz zrobiła się delikatnie nijaka. Bez Jamesa Hardena jest jakaś taka smutna. Uśmiechu Westbrooka też nie było nam dane od dawna zobaczyć. Zaczynają się pierwsze krytyczne opinie odnośnie Sama Prestiego i drugie krytyczne opinie odnośnie Scotta Brooksa. Nie ma mocnych, drużyna, która przez 3 lata jest kontenderem musi trafić na tą listę.

Poziom uniwersalnego hatingu: 44

bk



poniedziałek, 25 marca 2013

Czym jest Los Angeles Clippers

Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący wygrywać z każdym. Chciałbym, żeby to był zespół potrafiący się odnaleźć w każdych okolicznościach. Chciałbym, żeby ten zespół łączył efektywność z efektownością. Los Angeles Clippers stoi przed ogromną szansą stania się czymkolwiek w tej lidze. Bardzo bym chciał, by czymkolwiek się stał. Szkoda, że w tym sezonie to niemożliwe.

Czasami subtelna jest różnica, pomiędzy znaczącym teamem, a blendem najlepszych zawodników. Przykład? Proszę bardzo. Utah Jazz z lat 90-tych i New Jersey Nets z początku millenium. Oba zdobyły dwa razy vice-mistrzostwo. Z jednej strony mamy Listonosza i Stockton'a, z drugiej Vince'a i Kidd'a. Jerry Sloan vs. Byron Scott. Widać subtelną różnicę? Nawet, gdyby pominać, iż Scott jest tylko bardzo dobrym trenerem, a Sloan wybitnym oraz to, że Vince Carter ma troszkę mniej charakteru od trójki pozostałych zawodników, to nadal występuje ten tajemniczy dysonans odbiorczy. Utah Jazz stworzyli historię tej ligi, Nets zdobyli tylko dwa vice-mistrzostwa (w tym okresie).

Historia w subiektywie


Oczywiście, Clippers nie są na poziomie Nets z 2002 roku. A mogliby już być. Zresztą Clippers mogliby być czymkolwiek innym niż pośmiewiskiem już sto lat temu, ale dopiero niedawno znudziła im się ta rola. W 2008 roku zobaczyłem w grze pierwszy raz Erica Gordona. "Kurcze, szkoda, że jest w LAC" pomyślałem i poszedłem spać, ale dla niego obejrzałem później kilka meczy Clippers. Po cichu liczyłem na jego rozwój. Sukcesywnie wybierałem go w draftach fantasy. Z tym rozwojem trochę się zawiodłem. Właściwie Gordon rozwinął się jedynie w kwestii ścinania do kosza. Bardziej wiązało się to z poczuciem pewności siebie niz z treningiem. Co gorsza, szybko obróciło się przeciw niemu. Dziś czuję się trochę jak Kevin Pritchard.

To co robił Blake Griffin z naszą wyobraźni w październiku 2009, można porównać jedynie do tego:

źródło
Gdy, Blake Griffin wrócił z czyśćca, gdzie musiał odpokutować za grzech pychy i szaleństwa, LAC mieli tzw. skład z iskrą. Griffin, Gordon, Baron Davis w dobrym humorze i nieokrzesany Eric Bledsoe kreowali basket pełen pozytywnej energii i zabawy. To była taka wersja Warriors lub Suns stworzona podemnie. Mieli problemy z defensywą, udany grudzień i styczeń oraz moje dobre słowo. Niestety, nie wystarczyło w zasadzie na nic. Do dziś nie bardzo rozumiem, po co komu Mo Williams, ale widocznie, członkowie tej organizacji stwierdzili, że jest niezbędny. Na szczęście, trochę wyższym priorytetem niezbędności obdarowany został Chris Paul.

Jak to działa?


Organizacja. O dziwo, wiele problemów z klubowych biur znajduje odzwierciedlenie na boisku (zaiste dziwne). Zobaczmy, jak wygląda LAC dziś, bez Erica Gordona, a z Chrisem Paulem i paroma innymi nabytkami. Zeszły sezon można zdecydowanie zaliczyć do udanych. Emocjonująca seria z Memphis i trochę mniej emocjonująca ze Spurs. Za bardzo nikt nie może mieć pretensji, że tą serię przegrali. To cudownie mieć tak nieciekawą historię - nikt od Ciebie nic nie wymaga. Obecny sezon ciężko podsumować. Zaczeli bardzo mocno. W grudniu byli niepokonani. Wszystko wyglądało cacy. Tylko, że to początek sezonu. 

Większość drużyn (ok, większość tych lepszych drużyn) wykorzystuje rozciągłość sezonu do nabierania tempa, poszerzania arsenału zagrywek, badania rywali. Te lepsze drużyny mogą sobie na to pozwolić, bo prawdziwa walka rozpocznie się w marcu i kwietniu. Oczywiście rozpędzanie się nie wszystkim wychodzi płynnie (Lakers), ropędzając się można stracić pół składu (Celtics), w rozpędzie można pójść kilka kroków powyżej normy (Heat), można mieć wszystkie stare prawdy w nosie (Spurs), albo po prostu można zrobić to podręcznikowo (Nuggets). Clippers jakby zapomniało zmienić mindset na faworytów konferencji. Oni od początku sezonu walczyli o play offy. Nie mówimy tu o Sacramento, gdzie najbardziej doświadczoną osobą jest sprzedawca hot-dogów z czwartego sektora, tylko o drużynie, w której na każdą pozycję można wstawić gościa z dwucyfrowym stażem i pokaźną listą osiągnięć (i tak stworzyłem heroiczną piątkę Billups, Crawford, Butler, Hill, Odom, która raczej nie zagra ze sobą razem już nigdy!). Dodatkowo gwiazdą tej drużyny jest CP3. A widzieliście kiedyś bardziej zrównoważoną i rozsądną gwiazdę NBA? (Cliff Paul jest gwiazdą innego formatu.) Wracamy, więc do organizacji. To organizacja jest niedojrzała. Tego nawet nie trzeba udowadniać.

Patrzę, jak Clippers często nie mają pomysłu na rozegrania piłki. Widzę, jak wszystko zależy od inwencji twórczej CP3. Wszystko w tym zespole oparte jest na indywidualnych umiejętnościach. Świetny przykład, w połowie marca do Staples Centre zawitały misiaki z Memphis. To jak wyglądała czwarta kwarta tego meczu, nie zostanie na pewno wizytówką przemiany LAC w kontendera. Billups próbujący samodzielnie utrzymać drużynę w meczu, Vinny Del Negro tajemniczo rotujący zawodnikami, co mogło być odczytane jako prymitywny substytut rozpisania dwóch zagrywek. Pomijam fakt, jak bardzo Memphis są w stanie ośmieszyć Clippers pod koszem (są w stanie to zrobić z większością drużyn w tej lidze). Tam absolutnie nie było walczącego zespołu. Zero woli walki. Zupełnie coś innego widziałem wczoraj, gdy z Memphis przegrał Boston. Walka do ostatnich sekund, zaangażowanie Rivers'a w deprymowanie przeciwników, zaangażowanie i poświecenie. Można oczywiście powiedzieć, że Doc miał łatwiej, bo nie miał kim rotować. Można też podsumować, to właśnie było coś czego brakuje Clippers do bycia czymś więcej w tej lidze. Póki co.

źródło

bk

niedziela, 9 grudnia 2012

Świecie, bądź wolny


World B. Free

- World be free! - każdym swoim zagraniem na boiskach Brooklynu, NBA, Miami Tropics, a o mały włos i AC Milan, krzyczał World Bernard Free, jedyny taki zawodnik w historii ligi.
- World be free! - skandowała publiczność wypełnionej po brzegi hali Cleveland Cavaliers po tym jak ten praktycznie w pojedynkę uratował Ohio przed znkinięciem na dobre z mapy NBA.
- World be free! - jeszcze długo po zakończeniu jego kariery można było usłyszeć na boiskach gimnazjów i liceów USA, kiedy tylko jeden z młodych zawodników trafił szalony rzut z niemożliwej pozycji lub zapakował piłkę do kosza po wykonaniu obrotu o 360 stopni (liceum w USA).
The Original Boston Strangler, Prince of Midair, All-World, przez 30 lat jedyny startujący All-Star w historii Clippersów. Obchodzący dziś swoje 59. urodziny World B. Free świat czynił wolnym w jeden z najprawdziwszych sposobów.

Easy Rider


Slam Online: You were one of the first to bring playground style to the NBA. Tiny Archibald always says that the problem with playground players is that they try to look good, when the goal is to score.
Free: Good for him, but I like to look good and score.

World na świat przyszedł jako Lloyd, pochodził z jednej z najgorszych dzielnic Nowego Jorku, Brownsville. Jak sam mówił gra na Brooklynie nie mogła go nie przygotować do gry w NBA, bo już wtedy grał z najlepszymi. Jego zdaniem wielu z którymi mierzył się na ulicach Nowego Jorku zdecydowanie przewyższało umiejętnościami rywali z ligi zawodowej, jednak nie prowadzili się za dobrze, brali narkotyki, albo po prostu uważali się na ligę zbyt dobrzy (enter David Stern?). Nie mniej jednak, typowa dla Brooklynu pewność siebie i szalone rzuty o zdecydowanie za wysokiej paraboli lotu połączone z pionowym wyskokiem na poziomie 112cm (jeden z najwyższych w historii NBA - Vince Carter skakał 2cm niżej) na trwałe zapisały się w historii brooklyńskiego streetballu. Przełomowy dla historii moment miał miejsce w pewien szczególny dzień, kiedy spotkały się ze sobą drużyny reprezentujące dzielnice Bedford i Brownsville. Ekipa z Bedford nie mogła jeszcze wtedy liczyć na kilkuletnich Shawna Cartera, Chrisa Rocka czy Mike'a Tysona, za to GZA na pewno ucieszył się na możliwość spotkania z reprezentującym Brownsville RZĄ. Nieopodal, w Fort Greene Spike Lee odrabiał lekcje, a mały Eddie Murphy zabawiał własnymi żartami ciocię w Bushwick. Woody Allen, dajmy na to, spacerował, bardziej na południu, w okolicy Midwood (za uprzejmością thejewmap.com). Najlepiej z nich czuł się jednak Herb Smith, wesoły gość, który był naczelnym autorem ksyw w Brownsville i właśnie oglądał kawał dobrej koszykówki. Lloyd wychodził w szybkiej kontrze na wyższego od siebie o głowę przeciwnika, wyskoczył w górę, minął go w locie obrotem o 360 stopni, zapakował piłkę do kosza, Herb zaczął krzyczeć "World! World! You are all world, Lloyd!” i ten na ziemię brooklyńską wrócił już jako World.

famous people from Brooklyn and where they lived


Po ukończeniu liceum Canarsie, Free udał się do Północnej Karoliny gdzie jako freshman poprowadził koledż Guilford do mistrzostwa NAIA. W drafcie w 1975 roku wybrany został z numerem 23. przez Philadelphie 76ers, gdzie grał 3 lata, znacząco pomagając trio Collins - McGinnis - Erving w wejściu do finałów w 1977, gdzie razem uratowali karierę największemu hipsterowi w dziejach ligi, Billowi Waltonowi grającemu wtedy w Portland. World stanowił wtedy część kipiącej potencjałem, nieokrzesanej ławki Philadelphii z Chocolate Thunderem i tatą Kobe'go Bryanta na czele:

Free: "I fed off the crowd and liked to get them involved. In Philly, we had the bomb squad on the bench and our thing was to spark the team and excite the crowd. It was me, Harvey Catchings, Darryl Dawkins, Steve Mix and Joe “Jelly Bean” Bryant. Our second unit was almost better than the first, though we lacked experience."

Darryl Dawkins, popularny Chocolate Thunder, pochodził z nieco innego świata, wspominał później jak to przed spotkaniem z Worldem był głównie jump-shooterem. Ale World B. Free. 

Dawkins: "One night, he took it down the middle and dunked on Bill Walton, a great shot blocker, and I said, “Damn, how’d you do that?” He said, “You can, too.” I went out and dunked on Walton myself. After that I dunked on everyone, with no fear. It was just a matter of having confidence, and World showed me. For that, I am forever grateful."

Początki kariery Worlda w NBA to też ostatnie lata gry Clyde'a Fraziera, którego cenił od najmłodszych lat za agresywną obronę. Ale World B. Free.

Free: "I used to sit outside with my little transistor radio struggling to hear the playoff games and root for Clyde. But then dude broke my heart. When I was about 14, I snuck into a game and sat in the very top row of the Garden. Afterwards, I went and stood in the pouring rain to get an autograph. I saw Spencer Haywood and everyone else but I only wanted Clyde, who was the last one out. He was super bad, wearing a cape and a big ol’ sombrero hat and big black shoes. I walk up and go, “Mr. Frazier, can I please have your autograph?” He goes, “I can’t sign right now,” and walks on the bus, leaving me standing in the rain, heartbroken. About seven years later, I’m in the NBA and play against him for the first time. And, man, I took it to him — came off the bench and gave him 20 quick and hard ones. I did that every time we played and he finally asked me why I played him so damn hard, and I told him. He just looked at me, sort of shocked. That’s one of the reasons I love signing autographs. You never know who those kids are going to be."

W październiku 1978 Philadelphia wymieniła Worlda na pick w pierwszej rundzie draftu 1984 (Charles Barkley) do Clippersów, którzy właśnie narodzili się z Buffalo Braves, drużyny bardzo Clippers, której walki o przedostatnie miejsce w lidze nikt już nie chciał oglądać. Ale World B. Free. W San Diego spędził 2 najlepsze lata swoje kariery, dwukrotnie zajmując 2. miejsce w klasyfikacji strzelców (28,8 pkt/mecz w sezonie 78-79 i 30,2 pkt - 4,2 as - 3,5 zb/ mecz i wybór do pierwszej piątki zachodu w sezonie 79-80) za George'm 'Icemanem' Gervinem z San Antonio. Z czerwonej latarnii ligi uczynił drużynę walczącą o playoffy. Przede wszystkim jednak swoją grą przyciągał komplety publiczności do hali w San Diego. Dygresja: podobno Gervin bardzo uważnie czytał gazety z wynikami i kiedy tylko widział, że B. Free rzucił 30 pkt w następnym meczu rzucał 32. 

Następnym przystankiem w karierze Worlda było Golden State, któremu również bliżej było wtedy do dna NBA niż kandydata do mistrzostwa. Ale World B. Free. Historia niemal identyczna jak w San Diego, naczelny wyzwalacz ligi z drużyny, która wygrała 24 mecze w 1980 uczynił drużynę wygrywająca 45 meczów w 1982. Również tutaj na taktycznej odprawie World słyszał głównie od trenera Ala Attles'a "put the damn ball in the basket", co ostatecznie ugruntowało jego reptuację jako szalonego strzelca. Kibice nie narzekali, byli z Ameryki i kochali wolność. To właśnie wtedy też, w czasie swojej przygody z Warriors (what better place), w grudniu 1981, zmienił już oficjalnie imię z Lloyd na World. Jak sam mówi, widział co się działo wtedy na świecie i chciał, żeby ludzie myśleli o tym za każdym razem kiedy wymawiają jego imię.



Największe wyzwanie wciąż było jednak przed nim. W grudniu 1982 World wdepnął w Cleveland.

Free: It was dead. You couldn’t say anything else but that it was dead. (...) When I got here, there were like 15 people in the stands and I knew every one of them by first and last name.

Cavaliers byli w rozsypce. W poprzednich sezonach przegrywali 52, 45, 54 i 67 meczów. Drużyna zarządzana przez Teda Stępnia/Stepiena, demoniczne skrzyżowanie predyspozycji Donalda Sterlinga i Isiah'a Thomasa, była pośmiewiskiem ligi na skraju wymarcia. Stepien, w ramach oszczędności, oddawał wszystkie wybory w pierwszej rundzie draftu do Dallas Mavericks ('83, '84, '85, '86!), co doprowadziło do wprowadzenie specjalnego prawa Stępnia, według którego oficjele z NBA musieli osobiście zatwierdzać wszystkie decyzje transferowe Cleveland. Wolałem uniknąć tego porównania, ale Cavs na początku lat '80 wyglądali właściwie tylko ciut lepiej niż Mike-I'm just thankful they didn't take me behind the barn and put me down-Miller przed czerwcem 2012 . Na domiar złego, katastrofalna gra zespołu nie rozgrzewała resztek kibiców drużyny, którzy musieli w środku srogiej Ohiańskiej zimy liczyć się z długimi podróżami do położonej 30 minut od miasta hali.

Ale World B. Free. I odrobinę młody George Karl. I odrobinę nowi właściciele i zmiana kultury organizacji. Ale wszystko oparte na idei wolnego świata.

I told everyone before I got there that before I leave Cleveland, there’s going to be some sell-outs back up in this bad boy. And there was.

World B. Free Vs. Larry Bird, Boston Celtics - Cleveland Cavaliers NBA playoffs


Po dwóch latach latach żmudnej walki i mozolnie poprawianych wyników przyszedł sezon 84-85, który pełna animuszu drużyna rozpoczęła 19 porażkami i 2 zwycięstwami. World nie poddał się jednak i poprowadził drużynę do 36 zwycięstw i playoffów, gdzie niewiele zabrakło a sprawiliby sensację eliminując legendarnych Boston Celtics z legendarnym Larry'm Birdem (zwycięstwo i 3 porażki dwoma punktami). Każdy mecz napawał wypełnioną po brzegi halę nadzieją na zwycięstwo. Do ostatnich sekund. Choć ostatecznie przegrywali, kibice w Cleveland zrozumieli, że do tych ostatnich sekund zawsze warto jest czekać. Cavaliers zostali uratowani.

Free: My proudest moment as a Cavalier was when we had clinched the playoffs – when we beat New Jersey – me and George Karl gave each other a big hug and there was a sign that came across the scoreboard that said “WE MADE IT!” That was my favorite moment in Cleveland. That was the most touching thing I’ve ever seen.

To był właściwie koniec wielkiej kariery Worlda. Po tym momencie przyszedł jeszcze pożegnalny sezon z Cavs, veteran game w Philadelphii i Houston Rockets, MVP ligi USBL z Miami Tropics i rozmowy z Darrylem Dawkinsem o grze w Mediolanie. Ostatecznie zakończył karierę jako 49. strzelec w historii NBA ze średnią 20,3 pkt/mecz, które zdobywał w sposób definiujący znaczenie słowa extraordinary (...). Wzrostu drugiego blogera na Nawet Nawet, zawsze starał się udoskonalać swój styl gry do rywalizacji z wyższymi przeciwnikami. Stąd jego przeważnie niemożliwy do zablokowania, ocierający się o jumbotron (delikatna hiperbola) rainbow shot zza głowy, połączony z wyskokiem Lena Biasa, do którego jak wiemy miał ogromne predyspozycje i zasłużony pseudonim Księcia Powietrza, w którym spędził połowę kariery, wskakując na głowy najlepiej blokujących centrów ligi. Jeśli do tego doda się naturalną szybkość, rzut, który mógł trafić from "anywhere around the world" i wrodzoną wolę wolności na boisku, aż dziw bierze, że taka postać zdaje się mieć tak marginalne znaczenie w historii ligi (może przydałoby się wygrać więcej niż 3 serie w playoffach). Ale World B. Free.

Po zakończeniu kariery World nie przestał być Free, prowadził 2 monopolowe, wypożyczalnię video i call center, snuł plany o połączeniu wszystkich branży w jedną wielką lokomotywę emocji. W 1997 został wybrany do Nowojorskiej Hall Of Fame gdzie dołączył do Kareema Abdula-Jabbara, Lenny'ego Wilkensa, Nate'a 'Tiny' Archibalda i Connie'go Hawkinsa, ocierając się (jak zwykle o wszystko) o Mount Rushmore nowojorskiej koszykówki. Osiem lat później w przerwie meczu Kawalerzystów z Clippersami World wstąpił do wcale nieskromnej galerii legend Cleveland Cavaliers. W 2009 wybrany został jako twarz "the freshest collection ever" koszykarskiej marki K1X, według której styl gry Worlda utorował drogę graczom pokroju Allena Ivesona i Kobe'go Bryanta. Dziś jest dyrektorem ds. rozwoju zawodników i ambasadorem 76ers, organizuje liczne campy dla dzieci z regionu, jeździ po szkołach i szpitalach, uśmiecha się i przybija piątki w Pennsylvanii, New Jersey i Delawere czyli gdzie tylko może byle nie w Nowym Jorku. World B. Free.

Na koniec jeszcze jeden rainbow shot z dziewiątego metra.



kz

poniedziałek, 29 października 2012

Perpetuum Mobile 2012


Michael Jordan vs. Utah Jazz, buzzer beater, grafika nieznanego autora


Niezależnie od tego czy przeżywamy NBA od roku czy od lat 30-u, wszyscy dobrze wspominamy lata '90 kiedy po boiskach biegali centrzy i więcej niż pięciu rzucających obrońców z Clyde'm the Glide'm na czele. O jedno trofeum zabijali się wtedy jednocześnie Jego Powietrzność, Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, David Robinson, Hakeem Olajuwon, Pat Ewing, Shaq, Pippen, Rodman, Hardawayowie, Dikembe, Payton, Kemp, wspomniany Drexler, Jason Kidd, Grant Hill (ej, jako drugoroczniak miał statystyki bliskie 20-10-7 z pozycji SF, ktoś pamięta?) czy Chris Webber (do lat '90 zaliczyłem najważniejszych zawodników dekady, którzy grali tam minimum 5 lat). Trzeba było być naprawdę dobrym, żeby wygrać w takich okolicznościach 6 pierścieni na 7 podejść i naprawdę wkurzającym, żeby zabrać nam 2 finały z Hakeemem na rzecz spraw jakkolwiek większych niż koszykówka... Nie zmienia to faktu, że był to z pewnością złoty wiek NBA, który miał już nigdy nie wrócić. Co znamienne te piękne czasy zakończone zostały charakterystyczną grubą kreską w postaci końca kariery MJ i początku lokautu. 



[*]



LeBron vs. Indiana Pacers fans, free throws, nba playoffs 2012

Teraz mamy rok 2012, początek drugiej dekady po złotym wieku Jordanowskim. Lokaut za nami, nowy sezon puka do drzwi, a w nim nowy król, który góruje niepodważalnie nad resztą książąt, hrabiów i margrabiów. W podobnym wieku do MJ'a na tym etapie kariery, po latach mozolnych trudów i kolejnych nauk na drodze do mistrzostwa (ekchem, Dallas AD 2011 vs. Detroit 1990?) pojął już podobno ciężar pierścienia i jest gotów zdominować całą dekadę, bez żadnych przerw na baseball (aczkolwiek z być może większym indywidualnym zagrożeniem w postaci Kevina Duranta). Okoliczności do pisania swojej legendy ma wcale nie mniej sprzyjające niż jego poprzednik. Nie ma już praktycznie centrów, rzucających obrońców jest właściwie jeszcze mniej, ale nowy płynny podział na combo-guardów i różnego rozmiaru skrzydłowych nie wydaje się być uboższy. 

młody Blake Griffin i przyjaciółkiNa parkietach NBA z LBJem biegają dziś jednocześnie Chris Paul, Kobe Bryant, Kevin Durant, Kevin Love, Dwight Howard, Derrick Rose, Dwyane Wade, Carmelo, Ginobili, Rondo, Westbrook, Deron Williams, Dirk Nowitzki, 'Drew Bynum i Blake Griffin (14. miejsce w rankingu top500 ESPN, jak to napisał Noam Schiller, jedyny z top20 koszykarzy NBA który ma szanse być dwa razy lepszy niż jest teraz). Zanim zostanę deską zabity za te niegodne porównania, przypominam, że porównujemy całą dekadę '90 z reprezentacją zaledwie jednego roku dekady '10. Nie wygląda to chyba tak najgorzej, nie? W kwestii wysokich faktycznie prezentuje się to raczej zatrważająco, ale na pozostałych pozycjach młodzi nie mają się czego wstydzić.


Przyjrzyjmy się najbardziej rzetelnemu rankingowi zawodników w sieci. Top100 NBA 2012 w wykonaniu połowy Nawet Nawet, z którą w zasadzie od pierwszych sekund nie zgadza się całe Nawet Nawet, ale tak to już z rankingami bywa.

Top 100 NBA 2012 posortowani według pozycji, Chris Paul, Kobe Bryant, LeBron James, Kevin Love, Dwight Howard

Trzy gwiazdki oznazają bardzo dobrych zawodników z potencjałem na udział w przyszłości w meczu gwiazd, pięć gwiazdek oznacza możliwości na poziomie elity historii NBA. Wyróżnionych zawodników jest łącznie 56 co daje blisko dwóch potential all-stars na drużynę. Szukając niżej, nie mogłem się nadziwić ilu świetnych koszykarzy musi grać w lidze 10-e skrzypce i czekać na swoje 5 minut, oglądając codziennie 10 reklam z MJ-em. Talentu starczy dla wszystkich, moim skromnym zdaniem w tym wieku więcej w jednym miejscu go nie widzieliśmy. Nie wiem ilu potencjalnych MVP Euroligi mamy w tym roku w NBA, ale przeglądając składy skazanych na pożarcie Bobcats, Kings, Pistons i Wizards, nie macie wrażenia, że oni mają po prostu bardzo dużo dobrych gości? Dawno już nie było tak mało słabych drużyn w lidze. Ponadto drużyna złożona z Paula, Bryanta, Jamesa, Love'a i Howarda mogłaby przegrać kwartę w Rucker Parku z drużyną złożoną z Millera, Allena, Mariona, Ilyasovy i DeAndre Jordana, co świadczy o wyrównanym poziomie ligi, hoho.

Konferencja prasowa Memphis Grizzlies, smutni zawodnicy czekają na jakiekolwiek zainteresowanie mediów

Po sporządzeniu rankingu moją uwagę przykuły jeszcze dwie rzeczy.

KrangPo pierwsze, mocno zarysowane dążenie do równowagi po odejściu (nie oszukujmy się więcej) Barona Davisa. Najsilniej obsadzoną pozycją w lidze jest pozycja rozgrywającego. Jest pewnie wiele składników takiego stanu rzeczy, zastanawiam się jednak, czysto magicznie i absurdalnie, jaki udział (choćby najmniejszy, maciupeńki) bierze w tym wszystkim wieloletnie drążenie skały czarnej kultury w postaci powtarzanego przez amerykańskich trenerów jak mantra etosu sportowca, odpowiedzialności, rozwoju, kultury, edukacji i awansu społecznego, nomen omen kierowania swoim życiem. Kiedy patrzę jak Chris Paul czy Rajon Rondo kontrolują wydarzenia boiskowe, dowodzą drużyną, zastanawiam się nad tym jak bardzo poczynania ich i idących w ich ślady młodych adeptów koszykówki nie wpisują się w szkołę bycia generałem w swoim życiu jaką dostają dziś w pamiątce po poprzednich 100 latach historii USA. Może chęć realizacji tych idei w swoim życiu przekłada się w jakiś minimalny sposób na kilka punktów procentowych więcej młodych, którzy marzą o byciu rozgrywającym a nie rzucającym, co ostatecznie przekłada się na nadmiar bogactwa na jednej pozycji? Może właśnie działalność Isiah'a Thomasa w Chicago? A może po prostu Earvin 'Magic' Johnson i Anfernee 'Penny' Hardaway?

A może po prostu specjalizacja jest zawsze dobra do momentu w którym potencjał rywali jest zbyt duży na samą specjalizację i mamy dziś erę combo-guardów? Raczej na pewno kilku dzisiejszych PG byłoby SG w poprzednich systemach (choćby Russel Westbrook, który stanowi, w swoim stylu z resztą, jakiś horrendalny, przejaskrawiony przykład tego stanu rzeczy). 

Russell Westbrook konferencja prasowa NBA

Tutaj nasuwa się drugi wniosek. Dawny podział na 5 pozycji na boisku jest już przestarzały. Rozgrywający rzucają, rzucający rozgrywają, dwóch rozgrywających gra obok siebie, niscy skrzydłowi wykorzystują przewagę szybkości pozycję wyżej, centrzy rozciągają grę i rzucają trójki, a większość z nich to właściwie i tak silni skrzydłowi. Koniec końców zostają nam combo-guardzi i silni skrzydłowi. Atletyzm się szerzy. I to + LeBron James = teorie o small ball. Warto w tym roku się bliżej temu przyjrzeć. Faktycznie, granice między pozycjami się zacierają, jednak jak na razie zbyt wiele przykładów przeczy taktyce small ball jako skutecznej. Po pierwsze, zbyt często mylona jest ona z teorią, którą ja nazywam LeBron James. Najważniejszym argumentem w teorii small ball jest rezurekcja drogi po mistrzostwo Miami Heat po przesunięciu LBJ'a na pozycję silnego skrzydłowego, gdzie grał najefektywniej. 

really stupid joke, LeBron James, Rudy Gay

Czy nie jest jednak tak, że ideą trenera Spoelstry było po prostu wystawienie najsilniejszej piątki na parkiet, bez skazywania się na dzielnego, walecznego w obronie, ale fatalnego w ataku Joela Anthony'ego czy jego jeszcze gorszych zmienników na pozycji centra? Czy nie jest tak, że mówimy tutaj o wybryku natury, który jest najlepszym zawodnikiem na świecie i niekoniecznie najrzetelniejszym obiektem badań nad skutecznością small ball? Podobnie rzecz się ma z Durantem i Anthony'm w Knicks. Właściwie całe rozumowanie za small ball bardzo mnie przekonuje i nie poddawałbym go w wątpliwość, gdyby nie 2 bardzo dobre kontrargumenty w postaci fenomenalnych wyników +/- Utah Jazz z końca sezonu 11/12 z Paulem Millsapem jako niskim skrzydłowym i Derrickiem Favorsem i Alem Jeffersonem jako podkoszowymi, a także tym jak sprawdzał się small ball dream teamu 2012 na olimpiadzie w Londynie. W reprezentacji znalazło się 1,5 centra w postaci Tysona Chandlera i Kevina Love'a. Ani jeden ani drugi nie byli w pierwszej piątce czy nawet pierwszej siódemce najlepszych zawodników reprezentacji, jednak wyniki +/- USA z jednym albo drugim w składzie były o niebo lepsze niż wyniki magicznych piątek z Paulem, Bryantem, Durantem i Jamesem, ale bez klasycznego centra na parkiecie.

Tak czy siak (a jak) przed nami jeden z najlepszych sezonów w historii NBA, który powinien na dobre rozpocząć drugą złotą erę w dziejach organizacji. Wystarczy porównać fatalny lokaut 1999 z poprzednim i spojrzeć na 31. (zasłużone) miejsce gracza pokroju Josha Smitha w rankingu ESPN, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Jeśli to nie wystarczy, warto spojrzeć na najlepsze drafty w historii. Draft 1984 - Olajuwon, Jordan, Barkley, Stockton - napisał historię lat '90, draft 1996 - Iverson, Allen, Bryant, Nash - był niezły, draft 2003 - James, Wade, Anthony, Bosh, Szewczyk - pisze historię na naszych oczach, draft 2012 - Davis, Kidd-Gillchrist, Beal, Robinson, Lillard? - jest prawdopodobnie najgłębszym z wszystkich dotychczasowych i może niekoniecznie da nam czwórkę zawodników pokroju tych z 1984 roku, ale raczej na pewno przyniesie nam najwięcej all-starów z wszystkich pozostałych. Myślę, że w większości poprzednich draftów Jared Sullinger (20 pick w 2012), Perry Jones (27.) i Draymond Green (35) wybierani byliby bliżej miejsc 5-15. Tylko czekać na kolejnych chętnych do mistrzostwa. 

maskotka Phoenix Suns skacze w przerwie meczu przez płomienny okrąg i pakuje piłkę do kosza. NBA

Liga jest przygotowana na koniec świata znakomicie, przedwieczni będą zadowoleni panie Stern. W lokautowym sezonie 11/12 finały NBA transmitowane były do 215 krajów, a średnia wartość jednego klubu wynosiła około 400 mln $. Kiedy Stern przychodził do ligi 30 lat temu, finały (z udziałem Magica Johnsona, Kareema Abdula-Jabbara, Larry'ego Birda, Juliusa Ervinga, czy Mosesa Malone'a) nagrywane były na kasetę i odtwarzane następnego dnia, a wartość wszystkich 23 klubów wynosiła około 400 mln $. Teraz NBA jest małą marketingową utopią, świetnie opakowaną maszynką, perpetuum mobile do tworzenia historii, za które każdy chętnie płaci, bo wie że warto. I zawsze będzie. 


kz